Nawet bardzo biedne okolice, spoza bogatych ziem kultury mykeńskiej, rodziły swoje biedne, ale pełne fantazji bóstwa. Arkadia w sercu Peloponezu nie cieszyła się obfitością bydła, możemy domyślać się, że kontentowała się kozami — świadczyłby o tym rogaty bożek Pan, pół człowiek z włochatymi nogami kozła i koźlimi uszami. Utrwalił się w pamięci ludzkiej na całą historię cywilizacji „paniką” i „panicznym lękiem”, wywoływał go nagłym, niespodziewanym wrzaskiem. Podobno przyprawił nim o panikę Persów w bitwie pod Maratonem, za co go otoczono kultem w Attyce. Przypuszczam, że wódz naczelny, pomysłowy Miltiades, kazał swym wojom ryknąć w pewnej chwili razem ze wszystkich sił, co stropiło przeciwników. Ryki w ataku dla postrachu i dla wzbudzenia ducha zwycięstwa w swoich wojownikach nie były niczym nowym w sztuce wojennej, ale widać ten wrzask aż po zdarcie gardła przeszedł swą siłą tradycyjne ryki bojowe. Czy może tak właśnie przydano wrzaskowi „paniczną” świętość? Nic to Panowi jednak nie pomogło w zalotach do arkadyjskich nimf — nimfa Echo zamieniła się w echo, Syrinks w trzcinę, z której muzykalny skądinąd Pan wycinał sobie fujarki, a Pitys umknęła mu, obróciwszy się w jodłę. Powinien zajmować się rozpłodem stada, sam w swej pobudliwości seksualnej kopulował z kozami. Kiedy mimo dopingu modłami zaniedbywał się i stado się przerzedzało, dawniej chłostano jego posągi, a chłostano pękami ckliwicy, cebuli morskiej, w języku nauki urginea maritima, jej polska nazwa odgadnąć pozwala, że miała wzmóc żądzę w Panie. Podejrzewam, że to jeszcze pozostałości stepowej sodomii…
Tylko morze leniwe było w rodzeniu bogów. W czasach narodzin mitologii, czyli z końcem II tysiąclecia p.n.e. Grecy pod wodzą swoich, skądinąd odważnych pań jakoś chyba nie zapuszczali się na morze. Łatwo to wnioskować — z braku ich statków na obrazkach z epoki. W niezgłębionych morskich odmętach nie mnożyły się żadne groźne duchy męskiego rodzaju, żarłacze i inne zębate poczwary. Nawet niebezpieczne egejskie szkiery, podwodne skały, podstępne cieśniny, złośliwe mielizny, nagłe szkwały, nie dorobiły się wrogiego przebóstwienia, zapamiętali Grecy wszystkiego jedynie dwa niebezpieczne potwory u dwu brzegów trudnej do przebycia cieśniny Messeńskiej — Scyllę (obecnie — poprawnie Skyllę) i Charybdę. W morzu mitologicznym igrały za to nereidy, piękne nimfy morskie (co najmniej kilkadziesiąt!). Były córkami Nereusa, brodatego, wieszczego i dobroczynnego starca, jeżdżącego na trytonie z trójzębem w garści. Mieszkały w jego pałacu na dnie morza, pływały na delfinach i trytonach, a chętnie pomagały ludziom w morskich trudnościach – dowód, że Grecy, kiedy zaczęli już pływać, dobrze sobie radzili na morzu, a delfiny już wtedy trenowały pomoc topielcom. O jedną z córek Nereusa, prześliczną Tetydę, będą rywalizowali Zeus i Posejdon, zrezygnują, usłyszawszy od Temidy, że Tetydzie sądzone jest urodzić syna potężniejszego od ojca (Tetyda zostanie żoną Peleusa, jednego z królów Tesalii, i matką herosa wojny trojańskiej, Achillesa).
Setki lat musiały jednak upłynąć, nim jońscy i ateńscy Achajowie zaczęli pływać, uprawiać handel na wielką skalę i budować cywilizację, od której pochodzi nasza.
Kiedy Achajowie zaczną wreszcie pływać, nie pozwolą im Fenicjanie żeglować poza Gibraltar, czyli poza Słupy Melkarta. Tam leżał Tartessos, ośrodek handlu cyną i srebrem, nad zatoką przy ujściu rzeki tej nazwy, dzisiejszego Gwadalkiwiru. Wedle wiadomości, jakie mamy, Grecy zawitali do Tartessu dopiero około 650 r. p.n.e., w 800 lat od katastrofy Krety, już w innej cywilizacji. Myślę wszelako, że to jedynie pierwsza zanotowana data, czyli, że dotarli tam już wcześniej. Żeby wybrać się dalej, najpierw nie było interesu, potem – zabrakło ciekawości.
W świecie helleńskim dopiero w końcu IV wieku p.n.e. zasłynie swą żeglugą na północ Atlantyku Pyteasz z Massilii; tę założyli Fokejczycy na przecięciu szlaku bursztynowego z drogami wywozu cyny. Fachowo posługiwał się Pyteasz danymi astronomicznymi, osiągnął jakąś najodleglejszą wyspę na Północy, nazwaną Thule, być może Islandię, bo na Irlandii Fenicjanie byli jak u siebie i żeglarz by to wiedział. Aleksander Wielki swoimi wtedy zwycięstwami i podbojami rozwinął wyobraźnię współczesnych, a morze od wieków przyciągało wszelkich awanturników — przygodami i szansą rabunków. Handel morski przysparzał ryzyka i lęku. Nękali go piraci. Zarówno greccy, jak i kartagińscy — homerowy, porzucony mąż Heleny, Menelaos z Iliady, był korsarzem, chwalił się swoimi łupami! Wniosek stąd, że strach przed Posejdonem pierwsi z Greków przezwyciężyli piraci. Skądinąd logiczne. Od czasów Menelaosa jako rozbójnika upłynie blisko tysiąc lat, zanim upora się z piratami, wytrzebi ich, Rzym.
Menelaos był Achajem. Achajem uczyniła go Iliada. Nie było już w niej Eolów. Homer mógł o nich wręcz po kilkuset latach nie wiedzieć, skoro mity znały tylko tytanów. Czy to Homer jest winien temu, że Eolowie, twórcy wielkiej cywilizacji, nie stali się ulubieńcami historiografii? Nie, to wielu historyków nazywało Eolów Achajami, bo też nic prawie o Eolach nie wiedzieli.
