Takie rzezie były wówczas przyjęte powszechnie i wszędzie. W czwartej księdze Ksiąg Mojżeszowych, w rozdziale 31 (to mniej więcej XIII w. p.n.e.), rozwścieczony Mojżesz pyta, czemu to syny Izraelowe zachowały niewiasty pokonanych Madianitów? I powiada — językiem księdza Wujka – „A tak wszystkie zabijcie, cokolwiek jest mężczyzny i między dziećmi: i niewiasty, które już poznały męże w złączeniu, pozabijajcie: a dzieweczki i wszystkie białogłowy panny zachowajcie sobie”. To samo, wszedłszy do ziemi Kanaan – w takim samym przekładzie księdza Wujka – „Wytraćcież wszystkie obywatele onej ziemie (…) Jeśli nie będziecie chcieć wytracić obywatelów ziemie, (ci) którzy zostaną, będą wam jako gwoździe w oczach i oszczepy w bokach; i będą się wam przeciwić w ziemi mieszkania waszego”. Biblia jest piękną, ale straszną literaturą. Jej wzorcowy dla nas Pan Bóg nie miał nic przeciw masowemu, pracowitemu podrzynaniu gardeł pokonanym ludom.
Gordon Childe potwierdzał zasadność takiej interpretacji, nie miał nic przeciw achajskiemu wymordowaniu cywilizacji mykeńskiej, nawet jeśli datowanie od jego czasów uległo zmianom: „Ciągłość kultury została tam (w Grecji — przyp.SB) przerwana gwałtownie u schyłku wczesnej epoki brązu w r. 1800 p.n.e. Było to rezultatem całkowitej zmiany ludności, a nie jedynie zastąpienia jednej dynastii czy grupy panującej inną niż to często bywało w Babilonii” (V. Gordon Chile, Postęp a archeologia, s.140). W rzeczywistości paręset lat później, ale to nie najeźdźcy wykończyli Mykeny. Wykończyli innych mieszkańców półwyspu bałkańskiego.
Wraz z mykeńskimi Grekami zanikło najprawdopodobniej i pismo linearne B. Francuski historyk wychowania, Henri-Irenee Marrou, napisał wprost: „Zaginęło nie tylko pismo, lecz cała cywilizacja, która je stworzyła” (H.-I. Marrou, Historia wychowania w starożytności, tłum. Stanisław Łoś, Warszawa 1969, s.27).
Gdzieś w połowie XV stulecia p.n.e. Achajowie najechali „minojską” Kretę, żeby ją obrabować. Za późno, już nic z Krety nie zostało. Pozabijali pewnie, kogo się dało. I prawdopodobnie natura gniewem swoich wulkanów i morza odstraszyła ich na przyszłość od żeglugi, i to na długo, na paręset lat. Posejdon ich sobie nie życzył.
I może opowieść o wojnie trojańskiej jest, przynajmniej w części, trawestacją opowieści o długoletnich próbach zdobycia Myken? Skoro na owych tabliczkach z Pylos, na zachodnim skraju Messenii, z czasu paruset lat przed wojną trojańską, pojawiły się takie imiona jak Achilles i Hektor? Skąd niby tam? Czy nie były to imiona spod Myken, a nie spod Troi?
Wedle już achajskiego mitu założył Mykeny Perseusz, ale Odyseja zna „uwieńczoną Mykene”. Mitologia, czyli Graves, zna jej ojca, Inachosa, najstarszego króla Argosu, boga rzeki tegoż imienia w Argolidzie. Miał rozstrzygnąć spór Posejdona z Herą o Argolidę, a i to był tylko jeden z trzech bogów rzecznych, którym Zeus poruczył sąd. Jeśli kiedyś Hera, której imię nie przypadkiem znaczy po grecku „Pani”, panowała nad Argolidą, zaś o władzę nad nią rywalizował wódz napastników z morza, Posejdon, byłoby to logiczne, ale nie mamy żadnych dowodów na uzasadnienie takich domysłów. Innymi słowy, nie tylko zdobycie, ale nawet panowanie Achajów nad krainą Myken nie ma swojej mitologii.
Mogli Eolowie dziedziczyć po kulturze Krety poza organizacją i kulturą handlu także budowę statków i portów. Nie obwarowane Knossos musiało wierzyć w swą flotę, a tę flotę zdruzgotało egejskie tsunami… Być może nie wszyscy Eolowie zginęli wraz z Mykenami i mogli czegoś nauczyć Achajów. Dr Halina Gajewska z dr. Jackiem Przeniosłą w pracy Transport wodny (Kultura materialna…, s. 291-332), ukazali, jak morze i handel morski rozwijały cywilizację grecką, przede wszystkim jednak — achajsko-jońską. Niewiele tylko mówi się o tym, że w tych specjalnościach nauczycielami byli już — Fenicjanie. Których do dziś nie doceniamy.
Jak wiemy, fenickie faktorie po brzegach Morza Śródziemnego czyniły to morze fenickim. Kolonie się mnożyły. Kartagina stworzy własne imperium kolonii na wybrzeżach Afryki Północnej i będzie trzy stulecia konkurowała z Grekami o tak płodną Sycylię. Fenicjanie opanowali też Cypr, oglądać można tamtejszy kamienny posąg Molocha – którego w tym posągu rozpoznali nowożytni badacze, bo takiego bóstwa naprawdę nie było. Mógłby ten domniemany Moloch, gdyby takie bóstwo istniało, być jakimś innym wojennym bogiem, który podbił Cypr. I nie przypadkiem prawdopodobna cypryjska władczyni grecka, piękna Afrodite, zostanie i boginią wojny – musiała zwalczyć fenicką dominację. Może nie bez pomocy potężnej Hery z Argolidy…
Jedno ciekawe: w stuleciach XI – IX p.n.e., choć obecni we wzmiankach u Homera, nie zapuszczali się Fenicjanie na Morze Egejskie. Wedle mojej pamięci sprzed 60 lat nie znaleziono w tym okresie po-mykeńskim niczego pochodzącego z Bliskiego Wschodu. Pierwszy „skarb” z fenickimi wyrobami odkryto na Eginie i długo toczył się spór, jak go datować; przystali w końcu archeolodzy na drugą dopiero połowę VIII wieku, czyli już po Homerze! Przyjęto, że Fenicjanie pojawili się na Morzu Egejskim dopiero pod koniec IX wieku – jakby wraz z powrotnymi postępami cywilizacyjnymi Hellady. Zapewne nie trzeba tej nieobecności przypisywać potencjalnemu oporowi Greków. Żegluga wśród zdradzieckich, sterczących z morza szkierów, wśród skał podwodnych i równie zdradzieckich, skalistych brzegów groziła nieznanymi niebezpieczeństwami, a w Grecji ówczesnej nie znajdowali chyba żeglarze i kupcy feniccy niczego atrakcyjnego, ani też – co ważniejsze, mających czym płacić klientów. W IX wieku jednak Helleni zaczną przejmować ideę literowego alfabetu — z semickim nazwami liter. Pod koniec tego stulecia, jakby w reakcji na obecność Fenicjan, skupią uwagę na żegludze przede wszystkim — Ateńczycy. Do tej pory wycinali z wielkich, starych drzew o grubych pniach swoje beczkowate dłubanki. Teraz będą budowali długie, szybkie, wąskie okręty wojenne. Przy stosunkowo niskich burtach zasiądą wioślarze wojownicy, co najmniej dwudziestu pięciu po każdej stronie. Na dziobie sterczał ostry żelazny szpikulec, którym podczas bitwy celowano w burtę przeciwnika, by umożliwić sobie abordaż. Ukaże te okręty ceramika — słynne wazy „dipylońskie”, jak nazwała je archeologia, bo znaleziono je przy bramie Dipylońskiej w Atenach.
Nie mamy żadnej wielkiej historii fenickiego świata, porównywalnej z dziełami historyków starożytności egipskiej czy też greckiej. W starożytności docenił Fenicjan pierwszy, i to w pełni, choć dopiero w VI w. p.n.e., prorok Ezechiel – mędrzec Izraela już cywilizowanego, a nie okrutnych, dzikich koczowników spod ręki Mojżesza. Dał Ezechiel w rozdziale XXVII swego biblijnego „proroctwa”, sam w niewoli babilońskiej, istny poemat ku chwale… morskiego handlu fenickiego Tyru. „Okręty morskie książęta twoi w kupiectwie twojem: napełniłaś się i uwielbiłaś w sercu morza. Na wielkie wody zaprowadzili cię żeglarze twoi”. Wyliczał Ezechiel kraj po kraju, asortyment towaru po asortymencie, z kim i czym Tyr handlował. „Kartagińczycy, kupcy twoi, mnóstwem wszelakiego bogactwa, śrebrem, żelazem, cyną i ołowiem napełnili jarmarki twoje”. Z Grecji, z krain „Thubal” (Teb) i „Mosoch” (Messenii), przywożono „niewolniki i naczynia miedziane”. „Dan (Ateny, ateńscy Danaowie) i Grecka ziemia i Mosel (Milet?) na jarmarkach twoich wykładali żelazo robione: staktę i cynamon na kupowanie twoje” (niektórzy historycy Fenicji inaczej tłumaczą nazwy z Ezechiela, „Mosoch” to może być Frygia, kraj Moschów, „Thubal” – Tabal, inny kraj w południowo-wschodniej Azji Mniejszej, czyli Cylicji, „Dan” – ziemie Danunów, dosłownie tuż obok). I dalej ślicznym językiem księdza Wujka zamyka to Ezechiel słowami – „który wychodzeniem towarów twoich z morza napełniałeś narodów wiele, mnóstwem bogactw twoich i ludzi twoich zbogacałeś króle ziemskie”. Było czym wozić te bogactwa, pływały pierwotnie w handlu fenickim transportowce – klepkowej konstrukcji, potężne, ładowne trójrzędowce, z paruset wioślarzami każdy.
