07.05.2026

Paranoje codzienne… Czy to się kiedyś skończy?
Mało było kilkuletniej balangi purnonsensów z beznadzieją. Mało. Ale było – minęło. Baba z wozu, koniom lżej. I nagle pojawił się taki wygalantowany pajac z tęgim łgarstwem na facjacie. Matołecki niejaki, czy jak mu tam. Przyjezdny. Gdzieś pono wcześniej już furmanił, ma pojęcie. I zna język. Przyklepali, zarejestrowali działalność, miał się sprawdzić.
On sam liczył, że zabradziaży, choć marzyło mu się i więcej, i lżej. No bo żaden tam miał być z niego stangret, żadna dlań kareta i szyk. Licencjonowanym wozakiem został. Robota według zleceń i stuprocentowa dyspozycyjność. Bez wnikania w rodzaj frachtu. Furę dali, a jakże, choć już po przebiegu, rozklekotaną solidnie chaotyczną do tej pory jazdą. Furda to! W łapy wkleili nadparciałe lejce i bat co się zowie. Pokiereszowany dyszel na gwałt przytroczyli do zabiedzonej, wystraszonej szkapiny, aż zatrzeszczały orczyki i kłonice, a ośki przeraźliwym zgrzytem swój obwieściły protest. I wio! – nagłym klepnięciem w zad wystartował zaprzęg od razu do ostrego sprawdzianu. W urojonym planie – niejasne mistrzostwo. Tylko nie bardzo byli świadomi czego: niekompetencji i partactwa czy zakłamanego nadoptymizmu? Nikt nie zawracał sobie głowy audytem.
Egzamin zdał wyśmienicie. Z lojalności również. Był z tej samej gliny. Niejeden ładunek już od tej inicjacji powiózł, większość o jedną kwartę cierpliwości odbiorców za daleko. Ale bez uszczerbku dla własnego konta. Tak był potrzebny i doceniany. Aż w końcu i na oczy mu padło od tego uporczywego wpatrywania się w koński zad przesłaniający horyzont. Bo i nie była wielką atrakcją ta niezbyt ryzykowna, monotonna jazda bez trzymanki. Chabeta bezustannie za kantar szarpana i okładana batem, a z wydolnością lipa. Olśnienie przyszło nagle: a gdyby tak…
No i zrobił to. Błogosławieństwo dało wolną rękę. Krótkie, dosadne hasło. Miało mieć jego twarz i być symbolem tego, w czym się z taką pasją realizował. Co czuł każdego dnia ciężko harując i widział oczami nie tylko wyobraźni. Co dopieszczał we snach. Miało stać się ikoną.
Do biznes klasy wokół solidnego kozła nowej obszernej platformy do oporu napakował takich jak on spragnionych lotu w finansowy kosmos. Reszta upychana gdzie popadnie. To, z założenia, miała być jazda życia. Potwierdzenie kunsztu i jednocześnie ukłon w stronę szeroko rozumianego Ogółu. Miała.
Wystrzelili fajerwerkiem wśród pień dętej propagandy.
Awarie zaczęły się natychmiast po starcie. A tu tyle niekumatego luda kłębiącego się za plecami… Biznesowcy rzucili do łatania swój nabuzowany intelekt. Chaotycznie. Niektórzy naprawiali już przywrócone do działania, inni to, co dotąd bez szwanku kołatało. Psuli jeszcze bardziej. W postępie geometrycznym. Stanowczo za dużo tam było niedouczonych gamoni i krętaczy. Zawiedziony wozak w amoku zaczął okładać koński zad batem, chociaż to w niczym nie mogło pomóc. Ale przy okazji dostało się niejednemu trutniowi. Z asymetrycznym grymasem złośliwego półuśmieszku, jeszcze raz zezem omiótł pakę. Odpadają? Ha, ryzyko życiowe. Niech sobie radzą. On jeden nie mógł z kozła spaść. Strzelił z bata dla animuszu i popuścił wodze.
*
Miał to być American Dream. Najbliższy świat ze zdziwieniem dostrzegł blamaż, smród i dym. Ale co szlachetnego da się wycisnąć z Końskiego Zadu? Koń by się uśmiał.
To i ludzie, jak przed zarazą, umykają. Tam, gdzie ten dream jest przynajmniej w części realny. Zechcą wracać?
A całujcie wy się w ten swój koński zad. W sam środek podogonia.
WaszeR Londyński
