20.05.2022
Polskę, należącą wówczas do innej strefy politycznej i czasowej, ominęło doświadczenie kryzysu energetycznego lat 70. Po przegranej wojnie w 1973 r. państwa arabskie wprowadziły embargo na sprzedaż ropy krajom popierającym Izrael, które objęło m.in. USA i kraje Europy Zachodniej. Zmowa cenowa w ramach organizacji producentów ropy naftowej – OPEC – doprowadziła do wzrostu cen z 2 dol. za baryłkę (w 1970 r.) do 35 dol. W Niemczech, Francji, USA pojawiły się niewidziane od wojny kolejki na stacjach benzynowych, planowano racjonowanie sprzedaży przez wprowadzenie talonów, apelowano, by w domach ogrzewać najwyżej jeden pokój. Ceny energii średnio wzrosły o 300% w porównaniu roku 1972 do 1974.
Był to szok energetyczny, który można porównać ze współczesnymi skutkami zaprzestania importowania nośników energii (węgla, ropy naftowej i gazu) z Rosji. Na przełomie lat 60/70 XX w. dynamiczny rozwój gospodarki niemieckiej, włoskiej, francuskiej itd., zależny był od zewnętrznych dostaw tanich nośników energii, zwłaszcza ropy naftowej. Kryzys energetyczny doprowadził do kilkuletniej stagflacji (wysokiej inflacji połączonej ze spowolnieniem wzrostu gospodarczego).
Politycy czuli się bezradni wobec oczekiwań wyborców, których tania ropa i lata prosperity przyzwyczaiły do żarłocznej konsumpcji. W powszechnym „amerykańskim śnie” marzono o krążownikach szos, spalających 20 l/100 km, o wielkich domach na przedmieściu ogrzewanych lub chłodzonych dzięki taniej energii. O bezradności polityków świadczyły plany powrotu do gospodarki wojennej, z jej urokiem talonów, kartek i innych form racjonowania dóbr deficytowych. Na szczęście, odrzucono pokusy „prostych rozwiązań”, postawiono na wolny rynek. Kryzys wymusił zmiany. Okazało się, że można produkować samochody spalające nie 20 a 5 litrów na 100 km, że odpowiedni projekt domu zmniejszy znacząco koszty ogrzewania…
Państwa uniezależniały się od dyktatu OPEC, stawiając na inne źródła energii, np. Francja rozwinęła energetykę jądrową.
Na zachowania ludzi bodźce ekonomiczne działają silniej niż przestrogi przed zmianami klimatu. Jeśli dostępna jest darmowa lub tania siła robocza, nie opłaca się inwestować w maszyny. Jeśli dostępna jest tania energia, nikt nie zaprząta sobie głowy jej oszczędzaniem. Kryzys 1973 r. wypromował określenie „efektywność energetyczna”; w konkurencji rynkowej wygrywał ten, kto produkt wytwarzał zużywając mniejszą ilość energii.
Kryzys jest zarówno nieszczęściem, jak i szansą na postęp. Jest zjawiskiem towarzyszącym temu, co Schumpeter nazwał „twórczą destrukcją”: przestarzałe, energochłonne, materiałochłonne, pracochłonne przedsiębiorstwa muszą ustąpić efektywnym i oszczędnym.
To samo trzeba powiedzieć dziś, gdy chcemy uniezależnić się od rosyjskiej ropy i gazu. Szczęśliwie dla nas polityka KE nie ogranicza się tylko do deklaracji o solidarności. Z inicjatywy przewodniczącej KE pani Ursuli von der Leyen powstaje plan REPowerEU, przewidujący zainwestowanie 300 mld euro w uniezależnienie Unii Europejskiej od szantażu energetycznego. W ramach tego planu przewidziana jest nie tylko dywersyfikacja kierunku dostaw, poprzez budowę nowych gazo- i ropociągów i gazoportów. Równie ważne jest dążenie do energooszczędności (bo najtańsza, najlepsza dla środowiska i politycznie najbezpieczniejsza jest energia niezużyta) oraz pozyskiwanie energii ze źródeł własnych, zwłaszcza odnawialnych. 300 mld euro, uzupełniające dotychczasowe środki z funduszy spójności, odbudowy, sprawiedliwej transformacji, położone zostaną na stole. W interesie Polski leży wykorzystanie tych środków w sposób najlepiej służący naszej gospodarce i społeczeństwu.
Można wyobrazić sobie wiele… Gdy Rosja zdecydowała o odcięciu dostaw gazu rurociągiem jamalskim, w moim województwie doszło do tragedii: wybuch metanu zabił kilkunastu górników. Nie pierwsza to, niestety, i nie ostatnia tragedia; nasze, górnośląskie kopalnie żyć muszą w cieniu zagrożenia wybuchami tego gazu. Postęp techniczny może ograniczyć, ale nie jest zdolny usunąć niebezpieczeństw; natura jest nieprzewidywalna.
Każdy kryzys może być jednak szansą.
Metan jest gazem, którego wartość energetyczna nie odbiega od używanego w kuchenkach gazu ziemnego. Metan to nie bomba, którą można jedynie rozbroić i składować na wysypisku. Technologie wydobywania metanu z kopalń są już od lat znane i stosowane. W 2016 r. głównie dzięki eksperymentalnym technologiom wdrożonym w kopalniach JSW i w likwidowanych przez SRK pozyskano 147,6 mln m sześć. metanu, umożliwiającego produkcję 270,3 tys. megawatogodzin energii elektrycznej lub 760 tys. gigadżuli ciepła. Możliwości są znacznie większe, bo rocznie z kopalń węglowych na Górnym Śląsku ulatnia się ponad 900 mln m³, z tego instalacje wychwytują ok. 350 mln m³.
Problem metanu zauważono w krajach UE, gdy zmiany klimatyczne wymusiły konieczność działań. Dla środowiska metan to znacznie gorsze nieszczęście niż emisja CO2. Na szczycie klimatycznym COP 26 w Glasgow w 2021 roku, podjęto zobowiązanie o 30% redukcji emisji metanu; dotyczy to także Polski, gdzie szacowane jest ulatnianie 1,8 mln t. CH4 (12% ogółu emisji gazów cieplarnianych w naszym kraju).
Jeszcze przed szczytem w Szkocji, jesienią 2020 r. KE przyjęła wskazania do strategii metanowej. Bazować ona ma na dwóch elementach: 1) poprawa bezpieczeństwa przez wczesne wykrywanie i eliminowanie przecieków i ulatniania się gazu 2) inwestowanie w wychwytywanie i przetwarzanie metanu w ciepło lub energię elektryczną. Przyjęto, że tylko do 2024 r. możliwe będzie stosowanie technologii wychwytywania i spalania w tzw. świeczkach gazu z wysypisk odpadów itp. instalacji; od 2027 r. zakazane będzie ten rodzaj niszczenia gazu uzyskiwanego z kopalnianych szybów.
Tu potrzebne dopowiedzenie. Metan to nie tylko kopalnia „Pniówek”; to zasoby tworzące się w każdym wysypisku odpadów komunalnych, w każdej oczyszczalni ścieków. Ogromne ilości metanu produkowane są na wsiach, zwłaszcza w fermach hodowlanych. Po sąsiedzku na niemieckich Łużycach oglądałem stojące przy fermach hodowlanych wielkie „półkule”: urządzenia wychwytujące metan; widok tam równie częsty, jak i słupy z elektrowniami wiatrowymi, pola z zasadzonymi kolektorami słonecznymi itp.
U nas na fermach hodowlanych dba się jedynie i szczelność gnojownicy…
Gminne składowiska odpadów inwestują pod przymusem w odzysk i recykling, buduje się sortownie i kompostownie. Metan powstający w zasypanych ziemią pryzmach śmieci zgodnie z przepisami wychwytuje się i – zazwyczaj – spala na miejscu w malowniczo wyglądających nocą świeczkach. Nieliczne są instalacje przetwarzające uzyskany gaz w energię elektryczną. To samo powiedzieć można o tysiącach gminnych oczyszczalni ścieków.
Marnuje się nie tylko gaz, wartość kaloryczna odwodnionych osadów ściekowych (dla laików: wysuszonego g…a) jest tylko kilka procent niższa od węgla brunatnego. Widać tylko w starożytnym Rzymie pieniądz nie śmierdział; my wolimy wysyłać na śmierć górników, uzależniać się od importu, niż sięgnąć po „śmierdzące”, ale własne, zasoby.
Kryzys jest szansą. W latach 70. Polska nie czuła bezpośredniej presji kryzysu energetycznego. Radziecka ropa i krajowy węgiel gwarantowały tanią energię; sztucznie podtrzymywano taniość dotując kopalnie i wymuszając zwiększenie wydobycia węgla. Efekt odczuwamy nadal, bo tania energia zachęcała do marnotrawstwa. Blisko 40% budownictwa mieszkaniowego w naszych miastach to bloki budowane w PRL-u; projektowane i realizowane w sposób wysoce energochłonny. Dziś są potrzebne miliardy euro, by skutki tego marnotrawstwa naprawić.
Trzeba jednak jeszcze chcieć. Pieniądze są, ale mogą być z pogardą odrzucone przez rządzących, pod wpływem szantażu Ziobry i nastrojów godnościowo-suwerennych.
Pieniądze to nie wszystko, trzeba jeszcze wiedzieć, jak i w co inwestować. Można je równie dobrze zmarnować, inwestując w rozwój „socjalistycznych” koncernów typu „Orlen+”. Realia są takie, nie inne; być może najbardziej efektywna pomoc środkami UE nastąpi, gdy z pominięciem rządu trafi bezpośrednio do przedsiębiorców i samorządów.
„Suwerenność” nieudaczników nie jest gwarancją rozwoju Polski.
Pewne jest jedno: jest kryzys i jest szansa, nie wolno jej marnować.
Jarosław Kapsa
