24.08.2022

Był poniedziałek. Nastrój miałem dodatni. Za poniedziałkami nie przepadam. Ten dzień ma w sobie pierwiastek „czarny kot przebiegł drogę”. O 14:30 miałem wizytę u pani gastrolog. Udało mi się podłapać refluks przełyku, co polega na „zarzucaniu kwaśnej treści żołądkowej do przełyku”, jak się to fachowo określa. Powoduje to stan zapalny przełyku i w ogóle robi się rzygliwie.
Jeszcze dobrze nie usiadłem, zacząłem tłumaczyć pani doktor, że „idzie ku lepszemu” w porównaniu z wizytą przed miesiącem. Zgromadziłem zgodnie z zaleceniem materiał na poparcie: dwa badania gastroskopii, USG jamy brzusznej oraz morfologię krwi, co jak na moją zasadę, uprawianą z powodzeniem dekadami, że co natura zepsuła, natura ma naprawić, było osiągnięciem. Ja mam dostarczyć organizmowi tlenu, jeść umiarkowanie i oszczędzać mózgowi myślenia o dolegliwościach. Zgodnie z wiedzą, że choroba i zdrowie znajdują się w głowie. Nabyłem też informację, że zapalenie przełyku powodują bakterie, a więc można potraktować je antybiotykiem.
Pani doktor wychyliła głowę zza komputera i poinformowała mnie, że to ona decyduje, co należy zrobić, co zepchnęło mnie do defensywy. A tak sobie ładnie wykalkulowałem, że wzmocnię organizm antybiotykiem i będę miał refluks z głowy. Trochę trwało zanim pani doktor ponownie zabrała głos: – Ma pan rozszerzony kanalik żółciowy, Hgb też nie jest najlepsze, a jeszcze trzeba wyjaśnić CPR-5,19, AST-106,4, ALT-126,9. Strasznie się ucieszyłem, zwłaszcza z CPR-5,19 – Może pan zrobić te badania w szpitalach na Banacha, na Szaserów, w szpitalu MSW – kontynuowała pani gastrolog.
Zamurowało mnie. Środek słonecznego lata, właśnie wróciłem z leśniczówki, gdzie gromadziłem drewno na opał, nosiłem wodę ze studni, kąpałem się w pobliskim jeziorze Gim o krystalicznej wodzie. Krótko mówiąc: emanowałem energią. A pani gastrolog chce mnie zapakować do szpitala z powodu, że jest rozszerzony o kilka mm kanalik żółciowy. Litości.
– Teraz refluks jest mniej ważny – ciągnęła pani gastrolog – przede wszystkim ważne są szczegółowe badania szpitalne…
–Ale – wtrącam nieśmiało – szpitale to nie są aktualnie przybytki radości. Dane o pandemii są kilkakrotnie zaniżone, rośnie liczba zmarłych na COVID-19…
– To są bzdury, co pan opowiada – przerwała moje przemyślenia – wypisuję panu skierowanie.
– Do żadnego szpitala się nie wybieram – mówię. Oberwało mi się, ale od debila się wybroniłem. Wziąłem skierowanie. Najwyżej nie skorzystam. Spytam swojego (od 30 lat) lekarza, co o tym myśli.
– A wie pani doktor – zmieniłem temat celem złagodzenia relacji – że w leśniczówce-zabytku, którą doglądam od 50 lat, pojawił się sam szef resortu obrony Mariusz Błaszczak? Podobała mu się. Umiarkowanie się ucieszyłem. Przed laty wojsko chciało zabrać ten zabytek na cele obronne (czytaj: zamienić na pensjonat dla ważnej żony)
– Te tysiące czołgów i prawie siedemset dział samobieżnych, więcej niż mają łącznie w służbie Wielka Brytania, Francja i Niemcy, które pan wicepremier zdecydował zakupić w Korei Południowej, to chyba lekka przesada. Nie licząc 48 szkolno-bojowych samolotów. Pokolenia Polaków będą cierpieć, płakać i spłacać te kontrakty.
Na to moja pani doktor: – Wie pan, a ja lubię capstrzyki. I wzmaga się postawa patriotyczna. Wiedziałem, że w poniedziałek nic dobrego mnie nie czeka.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM
