07.11.2025
Piątek niby weekendu początek, ale w Polsce to raczej dzień, w którym człowiek dostaje niestrawności od wiadomości. Zamiast zapachu kawy i świeżych bułek – dźwięk wrzasków z Komisji Regulaminowej. A tam posłowie PiS, w roli samozwańczych obrońców Zbigniewa Ziobry, pokazali światu, jak wygląda polityczna ewolucja – od homo sapiens do homo chamus.
Scena jak z kabaretu: Jan Kanthak i Rafał Bochenek, niczym duet wodzirejów z prowincjonalnego wesela, wykrzykują w stronę Tomasza Zimocha: „I co się patrzysz? Ciebie nikt nie lubi!”. Publiczność (czyli dziennikarze) zamarła. Zimoch próbował odpowiadać z godnością, ale trudno zachować powagę, gdy ktoś obok krzyczy „Bolszewicy!” do prokuratora. A jeszcze trudniej, gdy posłanka PiS pyta, czy biegły, który ocenił stan zdrowia Ziobry, to przypadkiem nie Kaszpirowski – bo przecież badanie było zdalne. To nie komisja, to teleturniej „Idź na całość”.
Kiedyś w PRL był przymus pracy, a za uchylanie się od niej groziły trzy miesiące aresztu. Dziś nie ma przymusu myślenia – i właśnie to widać na sejmowej sali.
Jarosław Kaczyński w tym czasie wysyła Ziobrze sygnał: „Nie przyjeżdżaj, bo cię zamordują”. Nie jest to już metafora, lecz język mafii – prezes ostrzega swojego byłego wspólnika, żeby ten nie wracał, bo w kraju może się nagle „skończyć tlen”. A wszystko to dzieje się po tym, jak komisja pozytywnie zaopiniowała wniosek prokuratury o uchylenie immunitetu Ziobry i zgodę na jego aresztowanie.
Tajemnicą poliszynela jest, że partia boi się, iż Marcin Romanowski, dawny wiceminister, który już poprosił o azyl na Węgrzech, zacznie sypać. Ziobro wie za dużo – o Pegasusie, o Funduszu Sprawiedliwości, o wszystkim, co pachnie przekrętem. Gdyby otworzył usta, Nowogrodzka miałaby własny wybuch jądrowy, bez potrzeby testów.
A propos Pegasusa – Radosław Sikorski złożył właśnie zeznania w tej sprawie, pisząc, że „zwyrole podniecali się jego prywatnymi rozmowami”. Wreszcie ktoś nazwał rzeczy po imieniu. Pegasus był oczkiem w głowie Ziobry – narzędziem kontroli, podsłuchu i szantażu. Państwo prawa w jego wydaniu to było państwo podsłuchane.
W tym samym czasie Waldemar Żurek zaprezentował reformę Krajowej Rady Sądownictwa. Pomysł logiczny: sędziowie wybierają sędziów. Ale jak to w Polsce – diabeł tkwi w podpisach. Sędzia rejonowy musi zebrać 40, apelacyjny tylko 10. Równość po polsku, czyli jak zwykle: wszyscy równi, tylko niektórzy bardziej.
Sędzia Wiesław Kozielewicz z Sądu Najwyższego zauważył, że reforma choć potrzebna, nie rozwiązuje kluczowego problemu – dominacji tzw. sędziów pałacowych. Ci z wyższych instancji od lat kontrolują wybory do KRS. Młodzi z rejonów, mimo że stanowią większość, mają mniejsze szanse. I tak oto walka o praworządność znów zamienia się w spór o stołki.
A na drugim biegunie politycznej groteski stoi Adam Glapiński. Prezes NBP ogłosił dziś, że inflacja spada, gospodarka kwitnie, a Polacy mogą spać spokojnie. W jego świecie wszystko jest dobrze – dopóki nie sprawdzimy paragonu z Biedronki. Według prognoz NBP inflacja w 2026 r. wyniesie 2,9%, a gospodarka urośnie o 3,7%. Cud nad Wisłą, wersja ekonomiczna. Glapiński zapewnia, że stopy procentowe obniżono „dla dobra ludzi”, co brzmi jak zapewnienie kata, że ostrze gilotyny stępiono „dla komfortu skazańca”.
Sondaże? Koalicja Obywatelska – 33%. PiS – 27%. Konfederacja – 12%. Polska 2050 i PSL – razem mniej niż wynik średniego kółka szachowego. To pokazuje jedno: Polacy chcą zmiany, ale nie wiedzą jakiej. Jedni wierzą w Tuska, inni w Bosaka, a reszta – w cud. I tylko Ziobro wierzy w Orbána.
Na koniec dnia zostaje smak niedosmażonej demokracji i dźwięk wrzasków z komisji. Weekend? Owszem, ale polityczny rollercoaster trwa. Sejm zamienił się w ring, NBP w kabaret, a Budapeszt w azyl dla uciekinierów z wymiaru sprawiedliwości.
Krzysztof Bielejewski

Felieton Pana Krzysztofa Bielejewskiwgo znakomicie oddaje kakofonię prawdziwego politycznego kabaretu, gdzie PiS zamienia Sejm w ring, a NBP w scenę komediową. Nagłaśniając sprawę uchylenia immunitetu Ziobrze – bohaterowi 26 zarzutów i (nie)chcianemu gościowi na polskiej sceny politycznej – politycy PiS pokazali, że zasady praworządności mogą mieć swój wakacyjny odpoczynek. Ziobro już szuka schronienia na Węgrzech jak Marcin Romanowski..
A na deser polityczno-śmieszny wątek – Karol Nawrocki na stanowisku prezydenta. Próbuje się przeciskać między politycznymi meblami kancelarii i PiS-owskimi ambicjami. Jakby chciał wygrać konkurs na „Najbardziej Wojowniczą Narodową Figurę Prezydencką” wetując utworzenie kolejnego parku narodowego, oraz wywołując wojnę z Tuskiem. PiS z jednej strony chce go mieć na krótkiej smyczy, ale z drugiej wie, że to nie będzie będzie spokojny lokator pałacu a raczej osiłek z zapasem sztucznych mięśni na dogrywkę.
Podsumowując, polityczny teatr ostatnich dni mógłby spokojnie konkurować z najlepszymi show, ale widzowie chyba coraz bardziej chcą znać zakończenie, a nie tylko kolejny odcinek dramatycznej sagi z immunitetami, azylami i prezydenckimi przepychankami.
Jakby w odpowiedzi na Pana komentarz napisałem coś takiego:
ZIEMIA DRŻY, A KSIĄŻĘ CIEMNOŚCI UDAJE ŚWIĘTEGO
Piątek, 7 listopada 2025 roku, przejdzie do historii jako dzień symbolicznego końca bezkarności. Sejm Rzeczypospolitej uchylił immunitet Zbigniewa Ziobry w związku z 26 zarzutami Prokuratury Krajowej i wyraził zgodę na jego zatrzymanie oraz tymczasowe aresztowanie. To pierwszy raz, kiedy były minister sprawiedliwości stanie w pełni na równi z każdym obywatelem wobec prawa, zamiast ukrywać się za parawanem politycznej nietykalności. A przecież to właśnie on zbudował system, który miał rzekomo rozliczać wszystkich innych. Dziś sam znalazł się w jego trybach.
Ziobro, korzystając z gościnności Viktora Orbána w Budapeszcie, grozi, straszy, powołuje się na prawdę i domniemanie niewinności, choć wcześniej sam ten fundament państwa prawa beztrosko demolował. W rozmowie z Telewizją Republika mówi o „złodziejach”, „zemście” i „ustawce”. Straszy: „To się dla nich źle skończy”. Kiedyś dyktował warunki, dziś wygłasza groźby z bezpiecznej odległości, karmiąc resztki elektoratu spiskową papką.
Donald Tusk zachowuje chłodny spokój: „Nie mam potrzeby zemsty. Mam potrzebę rozliczenia. Komandosów do Budapesztu nie wyślę”. Minister Waldemar Żurek dodaje: „Przywracamy państwo prawa. Rozliczymy wszystkich, którzy je łamali”. Prosto, uczciwie, bez medialnych spektakli.
Nie zabrakło oczywiście i sejmowego kabaretu. Janusz Kowalski nazwał ministra Żurka „draniem”, Sebastian Kaleta ogłosił koniec demokracji, a Patryk Jaki stwierdził, że „Polska stała się Białorusią Zachodu”. Chyba tylko dlatego, że tym razem to ich znajomi lądują w roli podejrzanych. Gdy Ziobro rządził z pozycji prokuratora, nikt nie krzyczał o „politycznych motywach”. Teraz, kiedy to on ma odpowiadać za czyny, jego koledzy rozpaczliwie wieszają się na klamce retoryki.
Na konferencji prasowej Kaczyński wyglądał na człowieka, który sam nie wierzy w to, co mówi. Z jednej strony bredził o domniemaniu niewinności, z drugiej – jak zwykle – odgrażał się, że przyjdzie czas rozliczenia „szajki, która rządzi Polską”. Równie dobrze mógłby cytować samego siebie z 2007 roku. Powtarzalność narracji robi się żenująca.
Prof. Ewa Łętowska, jedna z najwybitniejszych znawczyń prawa, przypomina: „Rozliczenia muszą być rzetelne, uczciwe i zgodne z procedurą. Inaczej wszystko zostanie unieważnione przez historię”. Wtóruje jej prof. Andrzej Zoll, który pozytywnie ocenia reformę KRS ministra Żurka jako kompromis przywracający praworządność: „Moim zdaniem to uzdrowi KRS. To rozsądne rozwiązanie”.
Na tym tle głos prof. Łętowskiej był jak haust świeżego powietrza. Mówi jasno: „Sędziowie i prokuratorzy są od stania na straży prawa, nie od wykonywania politycznych rozkazów”. I właśnie dlatego tak ważna jest postawa ministra Żurka – oparta nie na odwecie, ale na systemowym przywracaniu zaufania.
A gdy wydaje się, że groteska osiągnęła szczyt, wchodzi prezydent Karol Nawrocki i wetuje ustawę o Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry. Wstrzymuje też nominacje oficerskie dla 136 funkcjonariuszy służb specjalnych. Premier Tusk oskarża go o zemstę i psucie państwa. Nawrocki odpowiada, że to rząd blokuje mu dostęp do informacji. Minister Siemoniak kontruje: „To nieprawda. Prezydent i jego ludzie otrzymują wszystkie informacje, nie ma trybu wzywania podwładnych premiera przez inny organ państwowy”. Dokumenty ujawnione przez Siemoniaka pokazują, że promocje nie były nawet wymienione w agendzie spotkań z prezydentem. „To zemsta na funkcjonariuszach, a nie realny spór o procedury” – podsumowuje minister.
W tym samym czasie, w Białym Domu, Donald Trump spotyka się z Viktorem Orbánem. Po rozmowie Trump sugeruje wyłączenie Węgier z sankcji na rosyjską ropę. Orban ogłasza sukces: Węgry mają zostać całkowicie zwolnione z sankcji związanych z rurociągami TurkStream i Przyjaźń. To krok w stronę dalszego uzależniania się Budapesztu od Moskwy, a także sygnał, że dla Trumpa interesy sojuszników są mniej ważne niż gesty wobec silnych liderów.
Spotkanie było teatralne: Trump chwali Orbána, wspomina o potencjalnej wizycie w Budapeszcie, a temat Ukrainy schodzi na dalszy plan. Orban podkreśla, że tylko on i Trump chcą pokoju. W rzeczywistości obaj chcą innego porządku świata – mniej związanego z NATO, a bardziej z osobistymi układami.
W tym samym czasie Hołownia żegna się z funkcją marszałka Sejmu z godnością i autoironią: „Za dużo sucharów? Przepraszam. Konstytucji nie mam, bo bym się rozbeczał”. Scena polityczna rzadko widzi tak ludzkie momenty.
Tego samego dnia Sejm uchwala ustawę podnoszącą podatek cukrowy i opłaty od energetyków. W tle dyskusji o państwie prawa i demokracji, polityka codzienna robi swoje – bo budżet musi się spinać.
7 listopada był więc dniem nie tylko ważnym, ale i oczyszczającym. Oczywiście – to dopiero początek. Ale coś się zaczęło. I nie jest to kolejny PR-owy program rządu. To coś realnego. Ruch w stronę odpowiedzialności.
Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Nawet jeśli musi sięgać po tych, którzy myśleli, że są nietykalni. A teraz, z Budapesztu, krzyczą o wolności i demokracji. Za późno, panowie. Za późno.
Świetny tekst – wczorajszy dzień zawierał nagromadzenie szeregu zdarzeń o których Pan napisał, a których konsekwencje będą widoczne za chwilę. W dwóch kwestiach 7 listopada ’25 odebrałem jako przesilenie – w sprawie Ziobry, i w sprawie Nawrockiego.
W przypadku Ziobry doszło do precedensu – były minister sprawiedliwości, oskarżony o ciękie przestępstwa pospolite, to ewenement na skalę współczesnej Europy. Kolejny ewenement – zarówno on jak i jego otoczenie z PiS nie potrafią stawić czoła oskarżeniom, tylko urządzają histerię, która pośrednio lub wprost potwierdza wszyskie ich przewałki. Wypisz, wymaluj – banda tchórzy, która po utracie władzy pokazuje wszystkim, że mamy do czynienia z niskiego lotu kłamczuchami, opryszkami, złodziejami, malwersantami i oszustami. Że oni sa tacy wiedzieliśmy, ale zobaczyć jak to na żywo potwierdają, to rzadkość.
Nawrocki swoim szantażem wobec premiera, a de facto szantażem wobec państwa polskiego i konstytucji RP potwierdza najgorsze obawy co do charakteru tej (p)rezydentury. Sam delikwent jest totalnym amatorem politycznym i takich samych „profesjonalistów” polityki ma wokół siebie. Spokój i opanowanie Donalda Tuska i jego ministrów, na tle coraz bardziej gorszących wypowiedzi Batyra i jego współpacowników konsekwentnie deprecjonują i ośmieszają urząd w takiej obsadzie. Obawiam się, że to dopiero początek szerszej kompromitacji.