04.05.2026
W rocznicę Konstytucji 3 Maja, prezydent przystąpił do zapowiadanej na starcie swojej kadencji zmiany obowiązującej konstytucji, tej uchwalonej jeszcze w 1997 roku. Była to konstytucja będąca wynikiem kompromisu pomiędzy głównymi silami politycznymi tamtej Polski, do której wstęp napisał pierwszy premier nowej Polski, Tadeusz Mazowiecki, a przewodniczył pracom Aleksander Kwaśniewski. Już zestawienie obu tych postaci pokazuje skalę politycznego kompromisu, ale tak było, takie były te szalone lata powstawania nowej Polski i jej Konstytucji.
To było trzydzieści lat temu. Trzydzieści lat to jedno pokolenie, czas w którym urodzili się nowi ludzie,dla których ta Polska była jedyną jaką znali. Jeżeli teraz ktoś taki, jak Karol Nawrocki, człowiek będący zaprzeczeniem kogoś, kto powinien pełnić funkcję prezydenta RP, ogłasza start do jej zmiany, do tego by obywatele w referendum zdecydowali, czy chcą ustroju opartego na władzy, w którym to Sejm wyłania rząd, rząd który rządzi mając mandat od wyborców, lub czy ma to być system prezydencki, taki jak w Stanach, czy we Francji, gdzie prezydent jest też premierem i sprawuje rządy jak kiedyś król,czy cesarz.
To wybór od którego zależeć będzie los Polski i Polaków. Jeżeli ten wybór ma organizować Karol Nawrocki i wskazani przez niego ludzie, to czarno widzę przyszłość nas wszystkich. Jeżeli to prezydent i jego urzędnicy mają organizować konieczne do przyjęcia tej zmiany referendum, to pamiętając o wszystkich manipulacjach jakie miały miejsce w trakcie ich ostatniej kampanii wyborczej, łatwo sobie wyobrazić ich skalę przy organizowaniu referendum, wynik którego może otworzyć drogę do władzy absolutnej kogoś, kto pokazuje jednoznacznie jak rozumie i praworządność i interes państwa polskiego.
Mając mandat udzielony mu w wyborach powszechnych, wyborach w których ogromna większość głosujących głosowała na osobę, a nie urząd, w kompetencjach którego mało kto się orientował, łatwo przewidzieć, że to może się powtórzyć, że kampania sprzeda wizerunek, a nie sens zmiany. Te wybory będą się odbywać w czasie, w którym jeden człowiek w kraju za oceanem, ukazujący każdego dnia swoją zaburzoną osobowość wstrząsa światem, a świat kupuje te jego szaleństwa nie chcąc się narazić na jakieś nowe sankcje. Szaleństwa prezydenta Trumpa przemnożone przez to, co mógłby robić jego polski wielbiciel, to może dla świata mała sprawa, ale dla nas, kraju położonego w tym miejscu Europy, kraju graniczącego z Białorusią i Rosją, zdecydowanie o jeden krok za daleko.
Dlatego trzeba zrobić wszystko, a nawet więcej, by ten plan bycia polskim Trumpem nie doszedł do skutku.
Trzydzieści lat to okres, w którym możliwa jest refleksja nad Konstytucją, można sobie wyobrazić potrzebę jej zmiany. Ale takie prace powinni realizować nie politycy, a konstytucjonaliści, ludzie nauki. Ich przemyślenia mogą stanowić punkt wyjścia do szerokiej dyskusji tak, by mieć pewność, że głosujący w referendum obywatele będą wiedzieli za czym się opowiadają. To wielka praca, a nie polityczna „ustawka” robiona przez wskazanych ludzi, o których wiemy wystarczająco dużo, by nie dać się nabrać.
Odchodząc od tego, co dzieje się na politycznej scenie, chciałbym raz jeszcze podkreślić potrzebę radykalnej zmiany w politycznym teatrze, w którym to w powszechnych wyborach elektorat wybiera jakiegoś człowieka na jakąś funkcję. Powszechne wybory – esencja demokracji, stoją tu w sprzeczności z drugą wielką zasadą, na której opiera się porządek świata, a mianowicie zasadą merytokracji. W porządku merytokratycznym zwycięża nie ten, który ładniej wygląda, ładniej śpiewa czy tańczy, a ten, którego wiedza i kompetencja w brutalnym sprawdzianie wskazuje go jako zwycięzcę. Stanowiska takie, jak prezydent, to typowe stanowiska o zajęciu których powinna przesądzać wiedza, doświadczenie i nabyte, realnie posiadane kompetencje, a nie „wola ludu” .
Odejście od tego zabobonu, że to lud decyduje, wydaje się absolutną koniecznością, wybory powszechne mogą dotyczyć wyboru miss piosenki, czy tańca, a nie stanowiska prezydenta kraju. To są zupełnie inne wybory, w wyborach powszechnych elektorat może się wypowiadać, czy emerytura należy się od danego stażu pracy, a i tak decyzja, uwzględniająca tą opinię, musi być merytoryczna.
Wyrwanie się ze szponów fałszywie pojmowanej demokracji to najważniejsze zadanie dla naszego świata.
Tak myślę…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Gdańsk

Artykuł Zbigniewa Szczypińskiego trafnie punktuje absurdalny plan Karola Nawrockiego, by w rocznicę Konstytucji 3 Maja ruszyć z polityczną szopką pod przykrywką zmiany ustroju – to czysta manipulacja, podszyta marzeniami o prezydenckiej władzy absolutnej na modłę Trumpa.
Wyborcy tzw. „prawicy”, czyli faszystów przebranych za populistów, łykają te brednie jak pelikan rybę – Nawrocki i jego ekipa wciskają im pustosłowie o „suwerenności”, podczas gdy chodzi o rozmontowanie demokracji. Mniej wykształceni i politycznie nie wyrobieni dają się nabrać cynicznym politykom PiS oraz obydwu Konfederacji, bo wolą proste hasła od skomplikowanej prawdy o kompetencjach.
Pan Zbigniew kontrastuje demokrację z merytokracją – prezydentura to nie konkurs miss, lecz stanowisko dla ekspertów, a nie dla karierowiczów jak Nawrocki, wybrany wizerunkiem, nie wiedzą. Jego wyborcy, ulegający manipulacjom, sami sobie strzelają w stopę, głosując na błaznów zamiast na fachowców.
Ten artykuł to pozytywne ostrzeżenie: czas wyrwać Polskę ze szponów fałszywej demokracji, zanim „polski Trump” zrujnuje wszystko.
No proszę, Pan Zbigniew Szczypiński postanowił jedną ręką pogłaskać demokrację, a drugą delikatnie zasugerować jej przejście na wcześniejszą emeryturę. Eleganckie.
To felieton, który brzmi jak dobrze ubrana frustracja: z jednej strony nostalgia za kompromisem czasów Tadeusza Mazowieckiego i Aleksandra Kwaśniewskiego, z drugiej – paniczny lęk przed polityką robioną przez ludzi pokroju Karol Nawrocki, z widmem Donalda Trumpa unoszącym się nad tekstem jak mem, który przestał być śmieszny.
Najciekawsze jest jednak to merytokratyczne marzenie: świat, w którym rządzą najmądrzejsi, a nie najlepiej opakowani. Brzmi świetnie – coś jak LinkedIn, tylko bez motywacyjnych postów i z realną władzą. Szkoda tylko, że autor trochę przeskakuje od „poprawmy demokrację” do „może lud jednak nie powinien decydować”, co jest intelektualnie odważne… albo lekko niepokojące, zależnie od poziomu kofeiny.
Krótko mówiąc: celna diagnoza słabości politycznego teatru, ale recepta pachnie technokratycznym snem, w którym ktoś jednak musi zdecydować, kto jest „tym mądrzejszym”. A to już – niespodzianka – znowu polityka.