Krzysztof Bielejewski: Zabieram grzyba z barszczu, czyli Studio Opinii odzyskane8 min czytania

()


12.08.2026

No i stało się.

Po kilku dniach intensywnych badań interdyscyplinarnych ustalono w Studio Opinii, że Bielejewski istnieje.

Istnieje nadmiernie. Pisze nadmiernie. Komentuje nadmiernie. Czasami żartuje nadmiernie.

Używa sztucznej inteligencji zdecydowanie bardziej, niż przewiduje tradycyjny model polskiego inteligenta, który powinien pisać piórem wiecznym, najlepiej Pelikanem, siedząc pod portretem Stefana Bratkowskiego i od czasu do czasu telefonując do nieżyjącego Bogdana Misia po zgodę na przymiotnik.

W ostatnich dniach Studio przeżyło prawdziwy Festiwal Bielejewskiego. Wojciech Kuszko napisał osobny tekst o moich felietonach, pod którym wyrosło 26 komentarzy; WaszeR d. Londyński poświęcił sprawie kolejne dwa teksty, Marek Jastrząb „Oxford pod gruszą”, a komentatorzy stworzyli całkiem imponującą literaturę przedmiotu. Strona, o której sam niedawno martwiłem się, że jest za mało dynamiczna, nagle przyspieszyła. Tyle że głównie w kierunku Bielejewskiego.

Nie ukrywam: jestem wzruszony.

Przez większą część życia człowiek musi dokładać starań, żeby ktoś zauważył jego istnienie. Mnie wystarczyło napisać kilka felietonów za dużo.

Szczególne podziękowania należą się oczywiście Panu Sławkowi, który z poświęceniem godnym Instytutu Pamięci Narodowej sporządził kompletną dokumentację mojej działalności komentatorskiej. Pamięta, co napisałem Bungo, Sonii, Izydorowi, Andrzejowi, profesorowi Obirkowi, co powiedziałem o Klubach Radykalnego Centrum, serniku, lemoniadzie, barszczu, grzybach i Powstaniu Warszawskim. Następnie wykazał, że moja aktywność powoduje nawet „strukturalną nierówność” w dyskusji, ponieważ odpowiadam innym częściej niż oni mnie.

Nie wiedziałem, że jestem strukturą. Myślałem, że jestem emerytem z komputerem, ale człowiek uczy się całe życie.

Dowiedziałem się również, że kiedy komentuję cudzy tekst, mogę go niejako molestować polemicznie. Nie wystarczy bowiem, żeby komentarz nie był wulgarny, rasistowski, nacjonalistyczny czy ad personam — czego regulamin Studia zresztą słusznie zabrania. Okazuje się, że istnieje jeszcze bardziej subtelna dziedzina bezpieczeństwa publicystycznego: autor może poczuć się dotknięty tym, że ktoś napisał mu, iż jego argument jest słaby, a metafora rozlazła.

Jako wieloletni nauczyciel i wykładowca przyjmuję odpowiedzialność. Rzeczywiście mam paskudny nawyk. Czytam tekst i mam o nim zdanie. Czasami nawet inne niż autor.

W szkolnictwie jest to choroba zawodowa. Człowiek przez dziesięciolecia pyta: „dlaczego?”, „z czego to wynika?”, „gdzie dowód?”, a potem przechodzi na emeryturę i zamiast spokojnie dokarmiać gołębie dalej pyta. Przepraszam gołębie.

W międzyczasie spór przeszedł na jeszcze wyższy poziom filozoficzny, czyli pojawiła się sztuczna inteligencja. Tu nastąpiło już prawdziwe trzęsienie metafizyczne.

Sam Wojciech Kuszko napisał rzecz rozsądną: jeżeli przy moich tekstach pomaga AI, to oznacza, że nauczyłem się korzystać z nowego narzędzia; podkreślił też, że maszyna może pomagać w argumentacji, redakcji, korekcie czy wyszukiwaniu kontrargumentów, ale ktoś nadal musi wiedzieć, co chce powiedzieć.

To stanowisko, jak się okazało, było stanowczo zbyt mało apokaliptyczne.

W kolejnej dyskusji pojawił się już pogląd, że sztuczna inteligencja jest „z samej zasady plagiatorem doskonałym”, a korzystanie z niej przypomina kupowanie zegarka od kieszonkowca. Na szczęście Wojciech odpowiedział, że zanim ogłosimy budowę i działanie wielkich modeli językowych tajemnicą rozwiązaną raz na zawsze, dobrze byłoby mieć odrobinę większą pewność, czym właściwie są.

Bardzo mnie to wszystko rozbawiło. Zwłaszcza że żyjemy w epoce, w której autor pisze na komputerze, poprawia tekst automatycznym słownikiem, szuka informacji w Google, korzysta z Wikipedii, elektronicznych archiwów, translatorów, kalkulatorów, baz danych i wyszukiwarek, a następnie zatrzymuje się nagle przed AI i mówi: „Nie, panie kolego. Dalej już jest nieuczciwie.”

To trochę jak człowiek jadący samochodem, który w połowie trasy wysiada, ponieważ automatyczna skrzynia biegów narusza etos wędrowca.

Ale dobrze. Każdy ma prawo wybierać własny środek transportu. Ja mam tylko jedną prośbę: niech pieszy nie oskarża kierowcy o plagiat drogi.

Piszę dla zabawy. Dla własnej przyjemności. Żeby nie zardzewieć. Żeby uporządkować sobie świat, który codziennie dostarcza tyle absurdu, że niewykorzystanie go byłoby marnotrawstwem porównywalnym z wylaniem dobrego wina.

Nie jestem zawodowym literatem. Nie mam kontraktu wydawniczego. Nie dostaję honorarium od przecinka. Nie mam działu marketingu, menedżera, ghostwritera zamkniętego w piwnicy ani tajnej fabryki felietonów pod Otwockiem.

Mam komputer. Czas. Ciekawość. Złośliwy charakter. I, owszem, sztuczną inteligencję. Taki zestaw startowy człowieka po siedemdziesiątce.

Kiedy zaczynałem wysyłać teksty do Studio Opinii, robiłem to z autentyczną radością. Czytam ten portal właściwie od początku jego istnienia, cenię jego historię, autorów i tę dawną zdolność do spierania się bez konieczności zakładania kasku ochronnego. Pisanie tutaj uważałem — i nadal uważam — za zaszczyt.

Miałem też pewną naiwną nadzieję, że może uda się Studio trochę rozkręcić.

Więcej aktualnych tekstów. Więcej reakcji na wydarzenia. Więcej komentarzy. Więcej czytelników. Więcej sporów. Więcej życia.

Sam niedawno pisałem, że problemem portalu nie jest nadmiar jednego autora, lecz mała liczba aktywnych autorów, słaba rotacja niektórych działów i potrzeba częstszego odświeżania treści.

Okazuje się, że plan udało się wykonać częściowo. Komentarzy rzeczywiście przybyło. Może nie całkiem na temat, który przewidywałem. Najwyraźniej chciałem rozruszać portal, a rozruszałem komisję do spraw Bielejewskiego.

W tej sytuacji postanowiłem wszystkim ułatwić życie. Nie będę już wysyłał kolejnych felietonów do Redakcji Studio Opinii.

Spokojnie. Nie odchodzę na pustynię. Nie palę rękopisów. Nie składam pióra na ołtarzu urażonego ego.

Nie ogłaszam też, że kończę działalność publicystyczną, po czym za trzy dni wracam z partią pod nazwą Rozwój Felieton Plus.

Po prostu zmieniam dystrybucję. Będę nadal pisał na swoim blogu Bielejewski.waw.pl. Informacje o nowych tekstach i linki będę zamieszczał również na X pod adresem @Krzysztof220730.

Kto będzie miał ochotę — serdecznie zapraszam. Kto nie będzie miał ochoty — również serdecznie pozdrawiam.

To jest jedna z najpiękniejszych cech Internetu: można ominąć felieton bez policji, referendum i zmiany Konstytucji.

Wojciechowi Kuszko zostawiam natomiast pełną swobodę. Jeżeli uzna, że któryś z moich tekstów warto udostępnić także w Studio Opinii — proszę bardzo. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Nie będę się domagał praw autorskich do powierzchni portalu ani odszkodowania za „strukturalną nierówność”.

Nie wysyłam. Ale też nie zabraniam. Separacja bez orzekania o winie.

Chciałbym przy tej okazji podziękować wszystkim, którzy przez ten czas moje teksty czytali. Tym, którzy je lubili. Tym, którzy polemizowali. Tym, którzy mnie bronili. Tym, którzy słusznie wskazywali moje błędy. Tym, których czasem zirytowałem.

Także profesorowi Obirkowi, Zbigniewom, Markowi Jastrzębiowi, WaszeRowi d. Londyńskiemu, Renacie, Maciejowi i wielu innym, którzy uznali, że z tekstem lepiej się spierać, niż mierzyć mu obwód klatki piersiowej.

Ale najgoręcej dziękuję przeciwnikom.

Bez Państwa nie wiedziałbym, że można jednocześnie być grafomanem, dominatorem portalu, sztuczną inteligencją, profesorem z czerwonym długopisem, Gierkiem, grzybem w barszczu i źródłem strukturalnej nierówności.

To imponujące CV.

Szczególne słowa wdzięczności kieruję więc do tych wszystkich, którym moje felietony zabierały miejsce.

Proszę Państwa — miejsce zostało odzyskane. Łamy są wolne. Komentarze przewietrzone. Barszcz bez grzyba. Sernik bez instrukcji BHP. Lemoniada bez komisji metodologicznej.

Można pisać. Dużo. Długo. Mądrze. Bez AI. Z AI. Piórem. Ołówkiem. Na maszynie Underwood. Na odwrocie rachunku z gazowni.

Byle ciekawie.

Teraz będzie można sprawdzić empirycznie, czy rzeczywiście to Bielejewski blokował wielki wybuch twórczości pozostałych autorów.

Ja bardzo na ten wybuch liczę. Naprawdę.

Chętnie będę zaglądał do Studio i patrzył, jak po moim wycofaniu każdego ranka pojawia się pięć nowych nazwisk, siedem świetnych felietonów, trzy polemiki i dwóch dwudziestolatków proszących Wojciecha Kuszkę o możliwość debiutu.

Jeżeli tak się stanie, przyznam publicznie: Pan Sławek miał rację. Byłem korkiem w butelce szampana polskiej publicystyki. Wystarczyło mnie wyjąć.

A jeżeli nic takiego się nie stanie? No cóż. Wtedy okaże się, że korek leżał gdzie indziej. Nie będę jednak recenzował, gdzie. Obiecałem przecież pracować nad sobą.

Na koniec pozostaje mi starożytna zasada, którą znamy wszyscy: Vox populi, vox Dei. Głos ludu — głosem Boga. Choć po przeczytaniu komentarzy internetowych nabieram pewności, że Pan Bóg bardzo często pisze pod pseudonimem.

Dziękuję Studio Opinii.

Dziękuję Wojtkowi Kuszko.

Dziękuję wszystkim Autorom.

Dziękuję Czytelnikom.

Dziękuję również krytykom, bo dali mi rzecz dla felietonisty bezcenną:

temat.

A teraz oddaję Państwu całe Studio. Proszę dobrze wykorzystać odzyskaną przestrzeń. Ja zabieram komputer, złośliwość, grzyba i sztuczną inteligencję.

Barszcz zostawiam.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo