Krzysztof Bielejewski: Reset, czyli jak zrobić remont, kiedy dom już się pali5 min czytania

()


03.07.2026

Donald Tusk podobno szykuje reset. W polityce słowo „reset” brzmi zawsze elegancko. Znacznie lepiej niż „panika”, „gaszenie pożaru” albo „próba ratowania sondaży”. Reset kojarzy się z komputerem – zawiesił się system, wciskamy przycisk, wszystko wraca do normy. Problem polega na tym, że państwo nie jest laptopem. A rząd nie zawiesił się dlatego, że zabrakło mu pamięci RAM.

Przez dwa i pół roku koalicja rządząca funkcjonowała jak patchwork szyty na szybko przed wyjściem z domu. Platforma, Polska 2050, PSL i Lewica przekonywały, że różnice są zaletą, bo demokracja polega na dialogu. Rzeczywiście polega. Tylko że dialog przestaje być zaletą, kiedy przypomina rodzinny obiad, podczas którego każdy mówi jednocześnie, a na końcu nikt nie pamięta, o co właściwie poszło.

Dzisiaj Donald Tusk najwyraźniej doszedł do wniosku, że wielogłos dobrze wyglądał w kampanii wyborczej. W rządzeniu zaczyna przypominać kwartet jazzowy, w którym każdy gra inny utwór.

Nieprzypadkowo więc pojawiają się przecieki o rekonstrukcji, dyscyplinie i „nowym otwarciu”. W polityce takie informacje rzadko wypływają przypadkiem. To raczej kontrolowane przecieki, które mają przygotować opinię publiczną na coś, co już zostało przynajmniej częściowo postanowione. Najpierw gazety piszą, że premier „rozważa”. Potem anonimowi politycy mówią, że „wszystko jest możliwe”. Następnie pojawiają się zapewnienia, że „żadne decyzje jeszcze nie zapadły”. Kilka dni później okazuje się, że decyzja zapadła już dawno, tylko potrzebowała odpowiedniej oprawy medialnej.

Najgłośniej mówi się o Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz. I trudno się dziwić. Minister funduszy od miesięcy zachowuje się trochę jak recenzentka rządu, którego sama jest członkiem. To dość niezwykła konstrukcja. Wyobraźmy sobie piłkarza, który w przerwie meczu wychodzi przed kamery i tłumaczy, że jego drużyna gra fatalnie, trener nie ma pomysłu, a napastnik powinien zostać zmieniony. Po czym wraca na boisko i dalej gra w tych samych barwach. Kibice mogą uznać, że szczerość jest ujmująca. Ale trener wcześniej czy później zacznie się zastanawiać, czy łatwiej zmienić taktykę, czy zawodnika.

Nie chodzi nawet o samą Pełczyńską-Nałęcz. Chodzi o symbol. Tusk wie, że przed wyborami wyborcy nie będą oceniali subtelności koalicyjnych sporów. Nie będą analizowali, która ustawa utknęła dlatego, że sprzeciwił się jej PSL, a która dlatego, że Polska 2050 chciała zaznaczyć swoją odrębność. Usłyszą tylko jedno: „rząd się kłóci”. A wyborcy mają zadziwiającą właściwość. Bardzo szybko zapominają, kto zaczął awanturę. Za to doskonale pamiętają, kto wyglądał na gospodarza domu, w którym wszyscy rzucali talerzami.

Tyle że nawet najbardziej efektowna rekonstrukcja nie rozwiązuje problemu, jeśli problem nie siedzi przy stole ministrów, tylko znacznie głębiej. Największym kryzysem tego rządu nie jest przecież personalna wojna z Polską 2050. Największym kryzysem jest utrata narracji.

Jeszcze rok temu to rząd narzucał tematy debaty publicznej. Dzisiaj żyje od afery do afery. Szpital Południowy, milionowe kontrakty lekarzy, kolejne doniesienia o lokalnych układach, kłótnie wokół reform, zamieszanie z ochroną zdrowia. Żaden z tych tematów osobno nie musiałby być zabójczy. Razem zaczynają jednak tworzyć historię. A politykę wygrywa się właśnie historiami.

Historia, która dziś powstaje, jest dla obozu władzy wyjątkowo niewygodna. Brzmi mniej więcej tak: obiecywali standardy, a stworzyli nowe układy. Obiecywali rozliczenia, a sami zaczynają tłumaczyć swoich. Obiecywali sprawczość, a produkują analizy.

I właśnie dlatego politycy KO coraz częściej porównują obecną atmosferę do roku 2014, gdy wybuchła afera taśmowa. Nie dlatego, że skala jest identyczna. Jest inna. Nie dlatego, że tematy są te same. Są zupełnie różne. Podobne jest natomiast coś znacznie groźniejszego – poczucie, że władza przestała kontrolować własną opowieść.

W polityce istnieje moment, którego najbardziej boją się wszystkie rządy. To chwila, w której każda kolejna historia zaczyna potwierdzać wcześniejszą. Już nie trzeba wielkiej afery. Wystarczy następna drobna kompromitacja. Następny filmik w internecie. Następny radny przekonany o własnej wyjątkowości. Następny dyrektor przekonany, że stanowisko jest własnością prywatną. Następny minister przekonany, że konferencja prasowa zastępuje decyzję.

To działa jak efekt domina. Każda kolejna kostka sama w sobie niewiele znaczy. Problem polega na tym, że wszystkie przewracają się w tym samym kierunku.

Dlatego Donald Tusk prawdopodobnie rzeczywiście szykuje reset. Tylko że nie ma już luksusu przeprowadzenia kosmetycznego remontu. Wymiana jednego ministra czy dwóch nie zmieni nastrojów, jeśli wyborcy uznają, że problem dotyczy całego sposobu sprawowania władzy. Tak samo jak wymiana zasłon nie przekona nikogo, że dom jest w świetnym stanie, jeśli z piwnicy od tygodni wydobywa się dym.

Paradoks polega na tym, że premier znalazł się dziś w sytuacji, którą sam przez lata opisywał swoim przeciwnikom. Przekonywał, że władza nie przegrywa dlatego, że popełnia błędy. Przegrywa wtedy, gdy zaczyna wierzyć, że wyborcy tych błędów nie zauważają.

To być może najcenniejsza lekcja każdej demokracji. Obywatele potrafią wybaczyć pomyłkę. Czasem nawet dużą. Znacznie gorzej znoszą poczucie, że ktoś próbuje wmówić im, iż nic się nie stało.

Reset może więc okazać się potrzebny. Ale prawdziwy reset nie polega na wymianie kilku nazwisk na tabliczkach ministerialnych. Polega na odzyskaniu wiarygodności. A tej nie da się zadekretować ani podczas posiedzenia rządu, ani na konferencji prasowej, ani w kontrolowanym przecieku do mediów.

Wiarygodność odbudowuje się decyzjami. I to właśnie z nimi ten rząd ma dziś największy problem.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo