WaszeR d. Londyński: Zdolność do wszystkiego7 min czytania

()


07.09.2026

Worek ze zdolnościami wszelkimi jest tak pękaty, że ani go rozumem ogarnąć. Są w nim te staromodne i te współczesne, podążające trop w trop za cywilizacyjnym rozwojem. Ciekawe i nie przyciągające uwagi. Medialne i te skromne, szaromyszkowe, żyjące i rozwijające się w cieniu bezszumu, świętego spokoju i bezgranicznej, niemalże intymnej satysfakcji. Czasem zbyt banalne dla rozpędzonego świata celebrytów, ale bywają skryte wśród nich te uniwersalne, ważne, choć już wyrośnięte z pierwotnego znaczenia, a nawet i te przybierające z czasem szaty swojego zaprzeczenia. Bagatelizowane niesprawiedliwie przy tym. 

Zdolność honorowa to właściwie pojęcie staroświeckie. A jeśli staroświeckie, to ani chybi szowinistyczne. Trudno bowiem było wymagać od kobiet, w najlepszym wypadku dopiero co zdobywających prawne uznanie i społeczny szacunek, by automatycznie zaczęły zachowywać się honorowo na wzór męski. Pod tym więc względem były nadal marginalizowane w świecie przez mężczyzn zdominowanym. Dziś, po dziesięcioleciach rozkwitu i niebywałych osiągnięciach emancypacyjnych, kobiety z dumą noszą podniesione czoła stając się w wielu dziedzinach równorzędnymi partnerkami mężczyzn. W nielicznych ich nawet wyprzedzając. Czy rzeczywiście ze wszystkim nadążają? 

No a cóż to takiego ta wymieniona na wstępie zdolność honorowa? 

Termin „honorowy”, użyty w stosunku do człowieka rozumnego, określał kogoś – podaję wybrane znaczenia za SJP PWN – „mającego poczucie godności osobistej, którego postępowanie było zgodne z honorem”. Natomiast zwrot „zdolność honorowa” właściwie nie istnieje jako osobne hasło w Słowniku Języka Polskiego. Najmądrzejsza w tej chwili AI określa je jako „pojęcie historyczno-prawne i obyczajowe”. Dotyczy niepisanego prawa osoby obdarzonej ową zdolnością do uczestniczenia w postępowaniu honorowym. A tych jest kilka. Przedwojenny Polski kodeks honorowy Boziewicza określał m.in. kto mógł posiadać, a kto nie był władny zdolnością takową się okazywać, oraz określał prawo do uczestniczenia w postępowaniu honorowym, w tym żądania i dawania zadośćuczynienia. 

*

Troszkę skomplikowane to wszystko, ale pokrótce. 

Drzewiej człowiek skompromitowany przestępczym lub nieobyczajnym postępkiem mógł postąpić dwojako, by honorowi pozwolić na werdykt: zbiec, udając się na dobrowolną banicję, tym samym wykazując się tchórzostwem i utrwalając wykluczenie go ze świata zasad, lub skutecznie uciec w czyn samobójczy, za honorowe wyjście uważany. Gdyby zaś nie miał na takie drastyczne rozwiązania ochoty, albo opóźniał podjęcie decyzji, mógł zostać pojmany przez żądających satysfakcji i publicznie potraktowany w sposób uwłaczający jego godności i dożywotnio ośmieszający. To w sprawach stosunkowo błahych. W poważniejszych musiał bez ceregieli dać gardło lub podjąć rękawicę i ryzykować danie satysfakcji własną krwią świtem bladym na błoniach. A tu też różnie być mogło. 

Dziś honor stracił swoje niegdysiejsze znaczenie, zapodział się nawet bezpowrotnie w wielu przypadkach, zmieniły się też zasady egzekwowania satysfakcji. W kręgach mafijnych rachunki wyrównują na zlecenie płatni zabójcy, w cywilizowanym świecie zasad prawnych zadanie to pełni Temida rękami i umysłami sędziów, prokuratorów i adwokatów. Choć tu nadal zdarzają się gwałtowne poruszenia formowanych ad hoc tłumów zakończone linczem. 

Zupełnie inaczej rzecz się ma w przestrzeni wirtualnej. Tak łatwo jest tam zaciągnąć na twarz maskę niepowtarzalnego nicku i wykorzystywać, opluwać, niszczyć kogo się ma ochotę. Nie rozgraniczając: jest powód czy nie, w słusznej, społecznej sprawie czy jadąc bezczelną prywatą. Przepisy regulujące, mające wykluczać przede wszystkim chamstwo i patologię, ciągną się za postępem technologicznym jak tren za kostuchą. Właściciele platform streamingowych i social mediów, zainteresowani wyłącznie własnym kosmicznym zyskiem, niechętnie instalują coraz gęściejsze sita ograniczające ten proceder, bardzo często zmuszani do tego protestami zwykłych obywateli i różnych humanitarnych organizacji społecznych. *

Wydawać by się mogło, że to już wszystko „w temacie”, ale jest jeszcze jedna oficjalna i pełnoprawna arena osiągania satysfakcji. Moralnej. To satyra i służące jej medialne nośniki. Oraz reakcja na tę satyrę. Tu też poważną rolę odgrywają zdolności, głównie zdolność rozumienia żartu czy ironii. Choć i zdolność pohamowania się z ripostą też cierpliwie czeka w gotowości za kulisami. Przeżyłem właśnie niedawno wirtualną tragifarsę. 

Napadła mnie otóż kilka dni temu pewna pani. Nieznana mi z przedstawionego imienia, nieznana z figury, poglądów, charakteru… choć to ostatnie odrobinę niechcący odkryła. 

Boleśnie zaatakowała mnie wprost z sieci. Na szczęście! 

Nie nowość to dla mnie, bowiem moja osobista Lady Love czyni to w realnym świecie średnio co drugi dzień. Znęca się nade mną w sposób czasami mniej lub bardziej artystycznie wyrafinowany, z powodów moralnych przeze mnie absolutnie nie akceptowany, lecz to rodzina, dopust boży, i wszystko we własnym gronie zostaje. Ale obca kobieta? Na odległość? Na publicznym forum?! 

Pani owa wykazała się absolutnym niepojęciem czym są w sztuce metafory, onomatopeje, personifikacje, czy parabole lub hiperbole; całkowitym niezrozumieniem różnicy między szczuciem a podszczuwaniem, nieznajomością wieloznaczeń kilku zwrotów i wyrażeń, żeby tylko tyle na początek, a bez dalszego wymieniania, gdyż sensu w tym nie widzę. Tak wynikało z jej krótkiej tyrady, w której te wszystkie braki zmieściła czarno na białym. Ale to pryszcz na nosie stulatka – nie każdy posiadacz języka musi być przecież językoznawcą. Dodatkowo kobieta wślizgnęła się w togę prawie-że trybuna ludowego w obronie poważnego i przeze mnie poważanego Autora, któremu starałem się jak najdelikatniej dać poznać swoją subiektywną opinię wyrażającą moją niezgodę na pewne fakty. Poza tym, być może tylko po przeczytaniu moich „dwóch jednostronnych tekstów”, zapewne przerobieniu półtora, no, niech będzie, góra trzech komentarzy, oszkalowała mnie nazywając „kolejnym wielbicielem felietonów” – określonych felietonów – i tu, oraz w ostatnim zdaniu swojej niesmaczności, z wirtuozerią godną innych okoliczności i naturalnym wdziękiem, zastosowała właśnie onomatopeję (sic!). Zapisała otóż znakami literowymi dźwięk towarzyszący pozbywaniu się nadmiaru śliny w ustach, ironicznie wkomponowany w co innego znaczenie. Obraziłbym się niechybnie, gdybym nie był zaskoczony taką u niej finezją. A tak już na zakończenie: ja na stronę przez ową panią mi ordynowaną zaglądam bodaj z obowiązku felietonisty, a w kontrze moje pytanie do komentatorskiej interlokutorki skierowane: czy Pani była choć raz na wyspach Bergamutach? 

Pani, której to wysmarowałem niezamierzenie i niezasłużenie obszerny ODPÓR (podkreślenie celowe) zapewne jest w posiadaniu zdolności kredytowej. Może też posiadać zdolności zawodowe, jakoweś rodzinno-domowe, być może artystyczne, bądź praktyczne manualne. Może też być desperatką, że użyję tu związku frazeologicznego: zdolną do wszystkiego. Ale czy posiada zdolności honorowe? Byłbym tu bardzo ostrożny. 

Nie była to z jej strony perora pomazana bodaj podstawową kulturą. Z początku obawiałem się, że z kretesem zostałem pokonany. Lecz im dłużej zastanawiałem się nad treścią wypowiedzi, analizowałem logiczne niuanse, im bardziej odczytywałem buzujące w tym emocje, tym jaśniej widziałem, że pani owa ma ograniczone zdolności logicznego i analitycznego myślenia. Właściwie powinienem się obrazić i wymagać zadośćuczynienia. Ale jak tu, nawet od napastliwej kobiety, zażądać satysfakcji. Miałbym rzucić rękawicę? 

WaszeR d. Londyński

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo