Krzysztof Bielejewski: Związek Polaków może być legalny. Najpierw musi przestać istnieć7 min czytania

()


08.09.2026

Aleksander Łukaszenka najwyraźniej postanowił poprawić stosunki z Polakami na Białorusi. Jak wiadomo, w państwie autorytarnym poprawa stosunków następuje wtedy, kiedy władza łaskawie proponuje obywatelowi, że przestanie go dusić, jeśli ten najpierw sam się udusi.

Onet opisuje dziś ofertę Mińska dla Związku Polaków na Białorusi. Organizacja kierowana przez Andżelikę Borys mogłaby zostać ponownie zalegalizowana. Jest tylko drobny warunek: obecny Związek miałby się najpierw rozwiązać, być może zmienić nazwę, po czym można byłoby powołać organizację, którą władza zechce uznać.

To mniej więcej tak, jakby urząd powiedział małżeństwu:

– Oczywiście możecie być dalej małżeństwem. Najpierw proszę się rozwieść, oddać mieszkanie, zmienić nazwiska, a później zobaczymy.

Przy okazji dotychczasowa organizacja mogłaby stracić swoją nazwę na rzecz kontrolowanego przez reżim drugiego „Związku Polaków”, a pod znakiem zapytania stanęłaby również możliwość odzyskania majątku odebranego wcześniej przez władze. Krótko mówiąc, Łukaszenka proponuje zwrot prawa do istnienia, ale bez historii, majątku i pewności, że jutro znowu tego prawa nie odbierze.

Trzeba przyznać, że białoruska administracja znakomicie opanowała pojęcie kompromisu. Ty oddajesz wszystko. Oni przestają na chwilę zabierać.

Andżelika Borys podchodzi do tego znacznie rozsądniej niż my, siedzący bezpiecznie po polskiej stronie granicy i bardzo chętni do zamawiania bohaterstwa innym ludziom. W „Raporcie Międzynarodowym” mówi jasno: celem Związku jest uczenie dzieci języka polskiego, podtrzymywanie kultury i wspólnoty, a nie prowadzenie działalności opozycyjnej przeciwko Łukaszence.

I to warto sobie powiesić nad biurkiem, zwłaszcza w Warszawie.

Bo niezwykle łatwo jest siedzieć przy kawie na Mokotowie i wymagać, żeby Andżelika Borys codziennie rano o ósmej obalała Łukaszenkę, o dziesiątej organizowała demonstrację, po obiedzie udzielała wywiadu o prawach człowieka, a wieczorem jeszcze otworzyła szkółkę języka polskiego.

Najlepiej, żeby po wszystkim wróciła spokojnie do domu. Tyle że tam dom może mieć podsłuch, szkoła kontrolę, nauczyciel zarzut, a działacz wezwanie na przesłuchanie.

Borys wie to nie z analiz think tanku, tylko z własnego życia. Sama była więziona przez białoruski reżim. Dlatego kiedy mówi, że najważniejsze jest bezpieczeństwo ludzi uczących dzieci polskiego, to ma trochę większe kwalifikacje do oceniania ryzyka niż patriota na Facebooku z orłem w awatarze i adresem zamieszkania w Piasecznie.

Najbardziej niezwykłe w rozmowie z Onetem jest jednak coś innego. Kiedy prowadzący pytają Borys o stanowisko Polski wobec ewentualnej legalizacji ZPB i warunków stawianych przez Mińsk, odpowiada, że nie wie, jakie jest stanowisko państwa polskiego.

I tu można już spokojnie usiąść.

Prezes największej niezależnej organizacji polskiej na Białorusi negocjuje właśnie, czy jej organizacja będzie mogła legalnie istnieć, czy ma się najpierw rozwiązać, czy odzyska majątek, czy straci nazwę, czy ludzie będą mogli uczyć polskiego — i nie zna stanowiska państwa polskiego.

Państwo polskie ma oczywiście wiele zajęć. Prezydent analizuje Berka. PiS budzi się programowo. Konfederacja zbiera podpisy, czasami nieważne. Sejm ustala, kto szczekał.

Na odpowiedź dla Polaków w Grodnie może po prostu zabrakło wolnego okienka w kalendarzu.

Tymczasem z dzisiejszego tekstu Onetu wynika, że Mińsk traktuje Polaków dokładnie tak, jak autorytarne państwo traktuje wszystko: jako walutę negocjacyjną. Legalizacja organizacji może zostać powiązana z sankcjami, wznowieniem połączeń lotniczych czy tranzytem białoruskiego potasu przez Polskę.

Polskie dzieci chcą się uczyć „ą” i „ę”. Łukaszenka odpowiada: a co z Bieławią i nawozami?

Geopolityka osiągnęła poziom skupu surowców wtórnych. Przynosi pan język polski, dostaje pan worek potasu.

W tej całej grotesce jest jednak człowiek, który dzisiaj zrobił coś bardzo mało groteskowego.

Andrzej Poczobut wrócił na Białoruś. Przekroczył granicę w Bobrownikach, pojechał do Grodna i po południu zamieścił zdjęcie znad Niemna. Według Onetu planuje na razie spędzić tam około tygodnia, spotkać się z rodziną i ludźmi ze Związku Polaków.

Normalny człowiek po pięciu latach białoruskiego więzienia na pytanie, dokąd jedzie na wakacje, odpowiedziałby zapewne: gdziekolwiek, byle nie tam. Poczobut odpowiedział: do domu.

W rozmowie z Piotrem Kraśką opowiadał wcześniej, że w białoruskim więzieniu spędził 167 dni w karcerach, doświadczał zimna, głodu i kompletnego braku praw, a po uwolnieniu zdarza mu się budzić z przekonaniem, że nadal leży w celi. Mówił też o „korytarzu śmierci”, dokąd go skierowano, by dodatkowo złamać psychicznie.

Nie złamali.

Bardziej niż wszystko inne porusza jednak zupełnie inny fragment rozmowy Kraśki. Kiedy Poczobuta aresztowano, jego syn miał około 140 centymetrów wzrostu. Kiedy ojciec wyszedł, miał już około 190.

Pół metra życia dziecka. Tego nie oddaje żadne państwo przy wymianie więźniów.

Poczobut powiedział Kraśce coś jeszcze: syn nauczył się żyć bez niego. A on sam przez pięć lat widział żonę zaledwie kilka razy; teraz oboje uczą się siebie od nowa.

I właśnie dlatego jego dzisiejszy powrót jest trudny do komentowania żartem.

Można uważać, że ryzykuje za bardzo. Można mieć nadzieję, że gwarancje dotyczące możliwości powrotu okażą się czymś więcej niż białoruskim poczuciem humoru. Można też zapytać, czy po tym, co przeszedł, nie powinien po prostu zostać w Polsce, z rodziną, żyć spokojnie i pozwolić innym zająć się Związkiem.

On odpowiada inaczej. Nie można prowadzić ludzi, a potem wyjechać i zostawić ich samych. To zdanie jest trochę kłopotliwe. Zwłaszcza dla nas. Bo my bardzo lubimy bohaterstwo historyczne. Powstańcy są znakomici, kiedy stoją już na pomnikach. Żołnierze niezłomni wyglądają dobrze na koszulkach. Patriotyzm w czasie przeszłym jest bezpieczny, elegancki i można go obchodzić przy asyście wojskowej.

Poczobut robi natomiast rzecz znacznie bardziej irytującą. Jedzie tam naprawdę. Bez rekonstrukcji. Bez munduru z wypożyczalni. Bez pewności, jak ta historia się skończy.

I dlatego dobrze kontrastuje z politykami, którzy potrafią przez godzinę opowiadać o honorze, suwerenności i poświęceniu, pod warunkiem że ostatni punkt programu kończy się samochodem z kierowcą.

Sytuacja polskiej mniejszości na Białorusi jest tymczasem wyjątkowo przewrotna. Związek Polaków działa od lat bez oficjalnej zgody władz. Zjazd, który miał odbyć się 13 września w Grodnie, został przełożony — władze nie chciały dopuścić do zebrania ponad stu działaczy w jednym miejscu. Borys dostała od Rady Naczelnej mandat do rozmów o ewentualnej legalizacji. Warunek jest jeden: ma informować polskie MSZ o przebiegu negocjacji.

To też jest piękne. MSZ ma być informowane. ZPB natomiast chciałby zapewne również zostać poinformowany przez MSZ. Być może kiedyś obie informacje spotkają się w połowie drogi.

W maju Borys, Poczobut i Marek Zaniewski rozmawiali w Warszawie z minister edukacji Barbarą Nowacką właśnie o nauczaniu języka polskiego na Białorusi, a resort deklarował wsparcie. Jednocześnie polska edukacja funkcjonuje tam dziś przede wszystkim w formach społecznych, prywatnych i uzupełniających; oficjalna szkoła ORPEG przy ambasadzie w Mińsku nadal prowadzi nabór.

Czyli język polski żyje. Tylko musi zachowywać się cicho. Nie rzucać się w oczy. Nie organizować zjazdów. Najlepiej odmieniać rzeczowniki bez zgromadzeń publicznych.

Łukaszenka najwyraźniej nie ma nic przeciwko polskiemu alfabetowi, dopóki litery nie zaczną ustawiać się w zdania. I na tym polega cała tragedia białoruskich Polaków, która czasami przybiera tak absurdalne formy, że aż prosi się o satyrę.

Państwo proponuje organizacji legalność pod warunkiem samolikwidacji. Mniejszość narodowa może pielęgnować język, jeśli nie nabierze przypadkiem podmiotowości. Działacz może wyjść z więzienia, ale wcześniej musi spędzić tam pięć lat. Polska deklaruje opiekę nad rodakami, a prezes ich organizacji mówi publicznie, że nie zna polskiego stanowiska w najważniejszej sprawie dotyczącej jej dalszego istnienia.

To właściwie kompletny model polityki wschodniej w jednym obrazku. Łukaszenka trzyma Polaków za gardło. Warszawa trzyma rękę na pulsie. Pozostaje tylko ustalić, czyim.

A Poczobut jest już w Grodnie. Napisał tylko: „Nad Niemnem”.

Po pięciu latach więzienia wystarczyły dwa słowa. Politykom na opisanie własnego bohaterstwa zwykle potrzeba godziny.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo