13.12.2025
13 grudnia 1981 roku, miałem 28 lat – wystarczająco młody, by wierzyć w zmianę, wystarczająco stary, by wiedzieć, jak boli jej brak. Byłem wtedy zaangażowany politycznie, od 1976 roku, kilka razy aresztowany i po odsiadce, całkiem świadomie. Teraz internowany najpierw w Białołęce, potem w Drawsku Pomorskim, z krótką przerwą na areszt i szpital w Areszcie Śledczym na Mokotowie, gdzie przewieziono mnie ze względów zdrowotnych. Zwolnili mnie tylko na chwilę, bo zaraz potem znowu mnie zamknęli. Wyrok – 7 lat. Amnestia ’84 skróciła go, ale nie skróciła poczucia zdrady, jaką noszę do dziś. Potem emigracja – przymusowa, prawie dziesięcioletnia. Polska stała się krajem, z którego trzeba było uciekać, bo mówiłeś prawdę. Nie było tu dla mnie miejsca i możliwości pracy.
Nie lubię patosu, ale 13 Grudnia nie da się wspominać bez ciężaru. Tym bardziej, że historia lubi robić piruety – a my z uporem godnym lepszej sprawy wracamy do punktu wyjścia. Dziś, czterdzieści parę lat później, znów widzę, jak Demokracja – ta, za którą siedziałem – jest rozkładana na części przez ludzi takich jak Nawrocki z IPN i jego polityczni adiutanci z Nowogrodzkiej. Ta sama mentalność, to samo butne przekonanie o własnej nieomylności. Historia zatacza koło, tylko tym razem TVP nie przerywa emisji – przeciwnie, TV Republika emituje propagandę na cały regulator, a zamiast milicjantów z pałkami mamy trolle z kontami na X i Facebook.
Jarosław Kaczyński nie potrzebuje czołgów na ulicach – wystarczą mu Trybunał Konstytucyjny i prezydent z długopisem. PiS, Konfederacja, cały ten post-Solidarnościowy karnawał zamienił się w groteskę. Dzisiaj wrogami demokracji nie są czerwoni generałowie w okularach, tylko ci, którzy noszą biało-czerwone flagi i krzyczą o „suwerenności”. Ci, którzy przywłaszczyli sobie etos Solidarności i wypaczyli go. Ci sami ludzie, którzy jeszcze kilka dekad temu chwalili się opozycyjną przeszłością, teraz wykorzystują system do tępego odwetu i ideologicznej zemsty.
Walczyliśmy o wolność, a dostaliśmy Polskę, w której sądy były zawłaszczane, media państwowe przerobione na partyjne tuby, a władza codziennie testowała, ile jeszcze może przesunąć granicę bezkarności. Ludzie mojego pokolenia, ci, którzy byli bici na komisariatach i siedzieli w celach za kolportaż ulotek – patrzą na to z goryczą, której nie da się przetłumaczyć na współczesny język politycznego mema.
W 1981 roku nie było „Teleranka”, ale były pałki, kłamstwa i szeptane rozmowy o tym, kto zniknął. Ja też zniknąłem – najpierw z obiegu społecznego, potem z kraju. Internowanie i więzienie miało być chwilowe, ale zostawiło trwałe pęknięcia. Nie tylko we mnie – w całym pokoleniu, które uwierzyło, że można Polskę urządzić przyzwoicie.
Dziś patrzę, jak ci, którzy byli kiedyś po stronie ofiar – albo przynajmniej tak się przedstawiali – idą ręka w rękę z tymi, którzy jeszcze niedawno pozdrawiali „towarzyszy” z Kremla. Leszek Miller, Aleksander Kwaśniewski – ludzie reżimu, którzy później podpisywali dokumenty przystąpienia do NATO i Unii Europejskiej. Przykre to, że akurat te momenty zawdzięczamy czerwonym, ale cóż – historia to nie bajka, nie wybierasz sobie bohaterów.
Ale i my nie jesteśmy bez winy. Rozliczenie z komuną nie wyszło. Lustracja nie wyszła. Spór o czerwone dziedzictwo trwa – tylko dziś czerwony często jest przebrany w garnitur i mówi o tradycji, rodzinie i obronie chrześcijańskiej Europy. Polityczne salony wypełniły się po brzegi nowymi wersjami starych mechanizmów. Teraz nie potrzeba cenzora – wystarczy algorytm, prezes partii i jedna konferencja prasowa.
Na tym tle z ulgą i sympatią patrzę na obecny rząd. Donald Tusk i jego ludzie próbują nie tylko naprawić szkody, ale po prostu – przywrócić państwo. Z powrotem włączyć światło w instytucjach, które PiS zamienił w bunkry. Odbudować sądy, prawo, konstytucję – ten sam porządek, który przez osiem lat był systematycznie niszczony. Dziś ktoś próbuje z tych zgliszczy zbudować coś sensownego. I nie chodzi o wielką rewolucję – wystarczy, że znów da się mówić prawdę bez strachu. Że prokurator przestanie być narzędziem politycznej zemsty, a IPN przestanie być śmieszną sceną teatralną z Nawrockim w roli dyrektora artystycznego.
Oczywiście to wszystko dzieje się w cieniu – cieniu Konfederacji i jej złotoustych liderów, w cieniu Mentzena, Bosaka, Brauna, Korwina Mikke i intelektualnych wyżyn, na które wspina się Bąkiewicz z ekipą kosynierów. Kiedyś nosiliśmy opaski, dziś oni noszą flagi i krzyczą „wolność” – nie wiedząc nawet, co to znaczy. Ich wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się konstytucja. Ich patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się myślenie.
Dzisiaj, kiedy słyszę jak przedstawiciele byłej władzy mówią o „obronie tradycyjnych wartości” i „ochronie suwerenności przed Brukselą”, to przypomina mi się tamten wieczór grudniowy. Też mówili, że muszą bronić kraju przed zagładą. Też wciskali ludziom bajki o „prowokatorach”, „zagranicznym sterowaniu”, „konieczności przywrócenia porządku”.
To samo kłamstwo, tylko w lepszym garniturze.
Może w tym tkwi cała ironia: kiedyś marzyliśmy o wolnej Polsce, teraz musimy jej bronić przed tymi, którzy zrobili z niej tekturowe trofeum. Wtedy siedzieliśmy za marzenia, dziś obrywasz za mema. Tyle że sens pozostaje ten sam – władza, zwłaszcza ta PiS-owska, panicznie boi się ludzi, którzy myślą inaczej.
Nie mam żalu. Mam tylko złość. Ale to dobra złość – bo nie pozwala zapomnieć.
Więc przypominam: 13 Grudnia to nie data z kalendarza. To lustro. I patrząc w nie, trzeba sobie odpowiedzieć, czy jeszcze rozpoznajemy twarz tego kraju.
Krzysztof Bielejewski

Tak, to prawda, 13 grudnia 1981 roku generał Jaruzelski, późniejszy prezydent Polski, wysłał wojsko na ulicę i zaczęła się wojna polsko-jaruzelska. Nie trwała długo, przegraliśmy bo z wojskiem wygrać się nie da chyba, że w wojsku wybuchnie rewolucja.
Minęło już sporo lat, odwoływanie się do tamtych chwil rezonuje wśród tych którzy wtedy byli aktywni, płacili cenę za tą aktywność, wielu już odeszło „na wieczną wachtę” jak mówią marynarze. Młodzi myślą o tym jak o bitwie pod Cedynią – to było kiedyś tam, teraz jest teraz.
Warto by ci co pamiętają mówili – póki jeszcze mogą. To ważny tekst i dziękuję za niego.
„…wojna polsko-jaruzelska. Nie trwała długo, przegraliśmy bo z wojskiem wygrać się nie da…”
*
Ciekawa refleksja, choć odpowiedź na pytanie czy rzeczywiście przegraliśmy tę wojnę wcale nie jest jednoznaczna. Analiza tylko dwóch aspektów wskazuje, że pojęcie „przegranej’ wygląda nieco inaczej. Pierwszy to ryzyko interwencji sowieckiej, które dzsiaj jest albo ignorowane albo zapomniane – ta wojna zapobiegła ewentualności takiej interwencji. Uniknięcie interwencji samo w sobie zaprzecza przegranej. Drugi aspekt to interesy PZPR – Jaruzelski i jego ludzie nie umieli i nie chcieli ani zreformować gospodarki, ani zmodernizować PZPR. Stan wojenny odsunał ich porażkę zaledwie o 7 – 8 lat, kiedy musieli oddać władzę, bo inaczej kryzys groził rewolucją społeczną. W tym znaczeniu także nie przegraliśmy.
Istnieje szereg innych perspektyw oceny tej wojny, które kążą zastanowić się nad pojęciem przegranej, ale wymagałyby szerszej analizy okresu 1980-1981 oraz 1981-1989 oraz konsekwencji po roku 1989, wykraczającej poza ramy okolicznościowego felietonu.
*
W jednym się z Panem Zbigniewem zgadzam – jako szeregowy działacz „Solidarności: w okresie 1980 -1981, stan wojenny odebrałem jako porażkę zarówno ruchu społecznego jak i osobistą. Wielu z nas miało świadomość przegranej rewolucji, a socjologowie nazywali ówczesnych 20-to i 30-to latków pokoleniem straconym. Byłoby ciekawe poczytać jak uczestnicy tamtych wydarzeń oceniają je z dzisiejszej perspektywy.
Od września 1980 roku studiowałem w Neapolu. W połowie grudnia roku następnego wybrałem się do Narola by odwiedzić po półtora roku rodzine. Wszyscy mi odradzali, a ja się uparłem i spędziłem w Polsce trzy tygodnie. Jedne z najciekawszych. Gdy wróciłem do Włoch byłem witany jak bohater. A ja odpowiadałem, ze to żadne bohaterstwo bo ja chciałem tylko odwiedzić rodzine.
Przypominam moje wspomnienie z tamtego czasu. Zwracam także uwagę na ostatnie zdanie mojego tekstu, które ś.p. Redaktor Bogdan Miś wyróżnił większą czcionką. Polecam także komentarze pod artykułem.
https://studioopinii.pl/archiwa/201836
A teraz komentarz do artykułu pana Krzysztofa słowami Michaiła Sałtykowa Szczedrina, XIX-wiecznego rosyjskiego pisarza: „Kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli”. To jest chyba najlepsze podsumowanie PiSu i okolic.
Pozwalam sobie powtórzyć tu dwa drobne wspomnienia
13 grudnia 1981, popołudnie, Warszawa, przystanek autobusu, smutni ludzie, ogłoszenia o stanie wojennym czcionką znaną z drukowanych w ZSRR słowników, itd
Starsza pani: I co teraz będzie? wojna będzie?
Ja: Wojny to nie będzie, kto by się z kim bił?
Pani, po chwili: No rzeczywiście, chyba że wojsko z milicją.
Tego dnia wyłączono chyba wszystkie stacje radiowe z wyjątkiem Warszawy 1. I dzięki temu po raz pierwszy od lat można było w centralnej Polsce odbierać Wolną Europę na falach średnich (720 kHz?). Bowiem radiostacja, która WE zagłuszała nadając program drugi, też została wyłączona.