2013-02-20. Wczoraj opisałam bliny literacko oraz teoretycznie. Teraz czas na praktykę. Blinologia praktyczna będzie nauką przyjemną dla wszystkich, którzy lubią tzw. zakąski. Rosyjskie w rodowodzie „zakuski” wymagają jeszcze jednego dodatku sine qua non : czystej wódki. Zmrożonej albo choć zimnej. Mrozimy więc najlepszą wódkę i gromadzimy dodatki do blinów. A dopiero potem przystępujemy do wyrobienia ciasta.
„Kucharka szlachecka” czyli Maria K. Marciszewska, przedstawiająca siebie jako „Litwinka zamieszkała na Ukrainie”, podaje kilka na nie przepisów. Jej książka, składająca się z dwóch części – kuchennej i spiżarnianej, pochodzi z połowy wieku XIX. Są u niej „bliny russkie” – pszenno-gryczane (hreczane), „bliny prawdziwie rossyjskie”, tylko z mąki „hreczanej”, zaparzonej wrzątkiem, „bliny inne”, „bliny jeszcze inne”, po prostu „bliny” tylko z mąki pszennej, „bliny hreczane” i „bliny hreczane postne” – tylko na wodzie, bez jajek i tłuszczu, smażone na oliwie; są także u niej dwa przepisy na bliny bez drożdży (jedne na piwie, drugie tylko na śmietanie). Przepisy piękne, ale staroświeckie. I kucharek szlacheckich u nas brak, i ochoty na wybieranie (a więc i próbowanie), która wersja najlepsza.
Szukając jednego wiarygodnego przepisu wybrałam ten, który podała Nela Rubinsztajnowa, żona Artura, pochodzącego z Łodzi pianisty wszechczasów. W kwestii blinów wiarygodność autorki bierze się stąd, że i ona, jak poprzednia „kucharka”, pochodziła z Kresów, z Litwy. A w ogóle Aniela z domu Młynarska była córką Emila, znanego dyrygenta; z tej rodziny pochodzi także Wojciech Młynarski. Nela – sama się tak nazywa – jak zwykle daje o blinach zgrabną opowiastkę:
„Jest to rodzaj maleńkich naleśników robionych z ciasta drożdżowego. Tradycyjnie podaje się je z kawiorem lub pastą z solonego śledzia i jajka. Bliny najczęściej uświetniają jakieś uroczystości. (…) powinny być pulchne, a zarazem niezbyt grube. Ponadto nie powinny być tłuste. Najsmaczniejsze są bardzo gorące, prosto z patelni. (…) często tak postępuję: po usmażeniu układam bliny w stos, zawijam w folię i wkładam do średnio gorącego piekarnika”. Warto dodać: tak odkładane bliny dobrze jest przekładać masłem.
A oto przepis pani R. na bliny. Są tylko z mąki pszennej, gdyż tylko takie, delikatne, autorka lubi. Można jednak tę mąkę złożyć z pszennej i gryczanej. Ja tak uczyniłam, lubię bowiem w blinach smak bardziej zdecydowany i ciasto nieco cięższe, bardziej „na ząb”:
Bliny Neli Rubinsztajnowej
na rozczyn:
15 g drożdży
1/3 łyżeczki cukru
odrobina soli
1/2 szklanki ciepłej wody (maks. temp. 38 st. C)
na ciasto:
4 jajka, osobno białka i żółtka
2 szklanki (280 g) mąki
1 1/2 szklanki ciepłego mleka
6 łyżek stopionego masła
1 łyżeczka cukru
1/4 łyżeczki soli
Drożdże, cukier i sól umieścić w małej miseczce, rozpuścić w ciepłej wodzie i odstawić. W tym czasie zająć się przygotowaniem pozostałych produktów. Po ok. 10 min rozczyn powinien zwiększyć swoją objętość i zacząć się burzyć.
Białka ubić na pianę. Mąkę wsypać do dużej miski i zalać ciepłym mlekiem, Dobrze wymieszać. Dodać żółtka, masło, cukier i mąkę oraz burzący się rozczyn. Dokładnie wymieszać. Połączyć pianą. Należy to zrobić szczególnie starannie, by ciasto uzyskało idealnie jednolity kolor bez białych „chmurek”. Miskę przykryć kawałkiem płótna i odstawić, aż masa podwoi objętość. Nie radzę jednak stawiać ciasta w pobliżu kaloryfera lub gorącego pieca.
Lekko nasmarowaną masłem patelenkę postawić na średnim ogniu i położyć na nią mniej więcej 2 łyżki stołowe ciasta. Smażyć z obu stron, aż bliny się zrumienią.
Opis wygląda na skomplikowany, ale taki nie jest . Wypróbowałam! Oczywiście, jak to przy drożdżach, trzeba się czymś zająć, gdy ciasto rośnie. Ja wyszłam z domu. Ciasto podnosząc się oparło się o ściereczkę, dobrze że nie uciekło z miski; trzeba przeznaczyć solidnie dużą. Druga uwaga: raczej dawać składniki chłodniejsze, niż gorętsze. Drożdże, aby rosły, nie mogą się zaparzyć. Trzecia rada, z rosyjskiej, dziewiętnastowiecznej książki kucharskiej Eleny Mołochowiec , solidnie opisywanej przez mnie w ubiegłym roku: gdy ciasto rośnie po raz ostatni, nie należy go już mieszać, nabiera się płaską łyżką porcję ciasta i smaży na patelence, która musi być idealnie czysta (autorka zaleca zasmażenie na niej soli z odrobiną tłuszczu i staranne wytarcie). To w zasadzie wszystkie uwagi poza przypomnieniem, że wzięłam pół na pół mąkę pszenną z gryczaną.
A dodatki? Wszyscy przy blinach piszą o kawiorze – w tym dziewiętnastowieczna pani Mołochowiec – niech będzie kawior. Nie stać nas było na najdroższy czarny z bieługi (rodzaj jesiotra). Poprzestaliśmy na ikrze z łososia i czarnej ikrze ryb morskich. Wcale też nie są tanie, choć tańsze. Niektórzy przy tym uważają, że ikra czerwona to nie jest kawior. Ja się z tym nie zgadzam, ale dla porządku podaję tę opinię.
Do tego podałam miseczki i z innymi dodatkami: z wędzonym łososiem zakropionym cytryną i posypanym koperkiem, z kawałeczkami śledzia w oleju, a wreszcie z masłem zasmażonym z posiekanym jajkiem (uwaga, nie spalić!), wreszcie dzbanuszek z gęstą śmietaną. Bo bliny w ogóle i w szczególe kochają dwa dodatki: roztopione, gorące masło (można je podać w nagrzanej sosjerce) i dobrą śmietanę. Te składniki mają wsiąkać w porowatą strukturę blina i dawać ten szczególnie wspaniały efekt puchu na podniebieniu smakosza. Dodatków nie musi być tak dużo. Kiedyś – chyba jeszcze w stanie wojennym, gdy mieszkałam na warszawskim Ursynowie – podałam tylko śledzia w śmietanie i posiekaną dymkę, a zabawa była znakomita!
Kawior, łosoś, śledzie to tylko pikantne dodatki. Z ich powodu bliny bez zimnej wódki raczej nie istnieją. Są więc typową potrawą dla dorosłych. Dzieciom można podać je na słodko: z dobrym dżemem lub konfiturą i śmietaną albo polane sokiem.
Na koniec jeszcze jedna porada dziewiętnastowiecznej rosyjskiej damy kuchni – Eleny Mołochowiec (w tłumaczeniu Wandy Kalinowskiej z roku 1929): „ponieważ śmietana i kawior są drogie, więc dla oszczędności można przygotować w następujący sposób: wziąć 3 butelki niezbieranego mleka gotowanego, dodać 1 1 szkl. świeżej, gęstej śmietany, rozmieszać dokładnie z mlekiem i postawić w ciepłem miejscu. Jak się zsiądzie, rozbić doskonale, postawić w zimnem miejscu i używać”.
Choć jednak najlepsze będą takie dodatki, podawane osobno: „najlepsze masło topione, śmietankowe gorące, najlepsza śmietana, kawior świeży, twaróg, siomga [rodzaj łososia] i drobno posiekany, wymoczony dobrze śledź”. Na bliny nakładamy te zakąski, które lubimy, skrapiamy stopionym masłem i/lub śmietaną. Popijamy zimną wódką. Pilnujemy się, aby nie zjeść czterdziestu, jak ten kupiec z „Trzech sióstr” Czechowa. Taką ucztę w dobrym towarzystwie zapamiętamy na długo. Dobrze – gdy zachowamy umiar.
PS Jeszcze uwaga: podobno blinów nie jada się nożem (aby delikatne ciasto krojone nie opadło), można natomiast jeść rękami. Nie wybieram tego sposobu. Mnie wygodniej się je widelcem i nożem, aby sprawnie nagarniać nadzienie. Tę kwestię pozostawiam każdemu do rozstrzygnięcia.
Alina Kwapisz-Kulińska


Dziękuję za pięknie napisany esej:Co blinach wiedzieć powinniśmy;). Ośmielę się podać jeszcze jeden sposób podawania blinów. Moja Babcia Weronika, spod Wilna, do blinów podawała wereszczakę. I była to gęsta, pyszna śmietana zmieszana z usmażonymi skwarkami z boczku i tłuszczykiem wytopionym podczas tego smażenia. Bliny zwijało się w rulonik i maczało w owej mieszaninie. Oczywiście jadło się palcami. Boskie!
Niedawno znalazłam opisy potraw pod nazwą wereszczaka. Z babciną mają wspólny tylko sposób przyrządzania, tzn. smażenie. Zresztą jak zwał, tak zwał, pyszne to było!
Bardzo dziękuję za stylowe uzupełnienie. To bardzo kresowe połączenie: śmietany i smażonego boczku (lub słoniny). Znane i z pierogów tzw. ruskich. Takiej wereszczaki nie znałam! Tylko tę przyrządzaną z mięsa, najczęściej jest to schab, duszonego w kwasie buraczanym. Taką podaje „Kucharka litewska” z wieku XIX czyli Wincenta (Wincentyna) Zawadzka. Muszę ją kiedyś opisać i, rzecz jasna, ugotować.
PS Ugotować wereszczakę, a nie panią Zawadzką:)
Alinko, to ja podam jeszcze swój przepis na bliny, (pewnie te zwykłe, nazywane po prostu „blinami”), które nauczyła mnie robić znajoma w Moskwie, pani – nazwijmy to tak -mocno już przez życie doświadczona. Swoje bliny robię bez użycia drożdży. Skład jest następujący: 3 jajka (białko i żółtko), szczypta soli, szczypta cukru, 200 gr śmietanki 18-procentowej z kartonika, 250 gr. kefiru, 0,5 l mleka, łyżka stołowa oliwy i ok. 0,5 kg mąki pszennej, którą dodaję, jak do ciasta naleśnikowego i starannie mieszam. Ma być gęste, ale jeszcze się leje… Na patelni teflonowej, dobrze nagrzanej, wystarczy kropelka oliwy (i to na wiele kolejnych blinów). Ciasto nalewam na patelnię tak, aby blin był możliwie, jak najcieńszy. (Na średniej wielkości patelni „naleśnikowej” będzie to mniej więcej 2/3 klasycznej łyżki wazowej). Pierwszego blina oczywiście wyrzucam, a dalej już przekładam: blin, skrawek masła na czubku noża, blin… itd. Z podanych wyżej ilości powinno wyjść ok 20 blinów. I jeszcze jedna uwaga: kiedy zdejmuje z patelni usmażonego blina jest on jeszcze dość sztywny, ale po dodaniu skrawków masła i ułożeniu w „stopkę”, powinny być one b. cienkie, niewiele grubsze od jedwabnej husteczki… Na połówce blina kładę, albo kawior, albo wędzonego łososia, (ale może być też miód, czy komfitura, albo gęsty strogonow), przykrywam drugą połowką i smaruję gęstą śmietaną… Przepis ten sprawdziłem wielokrotnie; swoje bliny serwowałem m.in. Rosjanom z sąsiedniego jachtu na keji w Horwacji i spotkały się one z ich wielkim uznaniem… Mam nadzieję, nie tylko grzecznościowym. Smacznego.