po trzech tygodniach spędzonych w stronach ojczystych – list do zaprzyjaźnionej polskiej pani psycholog z nowego jorku:
elżbieto, rzuciłem…
od przedwczorajszego wieczoru jestem w kopenhadze…
narut polski w takim stężeniu jak go ostatnio oglądałem przez trzy tygodnie jest trudny do wytrzymania (o poszczególnych tubylcach nie mówię, bo wiemy oboje jacy są świetni, atrakcyjni towarzysko, lojalni w przyjaźni, ekscytujący intelektualnie).
plemię duńskie w sumie też jest dość uciążliwe w obcowaniu ale jakoś go mniej – zarówno w liczbach bezwzględnych, jak w procentowym udziale w statystyce ludności kraju, osobliwie w mojej dzielnicy, łatwiej więc znoszę swe cudzoziemstwo tutaj, aniżeli w miejscu urodzenia…
już po napisaniu tego maila odkryłem, że trzy lata temu. byłem cytowany na blogu mariana marzyńskiego w „newsweeku”:
Mój dziennik, pisany w 1969 roku, na emigracji w Kopenhadze, drukowany w “Gazecie Wyborczej” i na tej stronie, wywołał reakcję tych, co w podobnych okolicznościach opuszczali Polskę.
Tak napisał mi Nathan:
…W Polsce, mogę wtopić się w tłum i jestem nierozpoznawalny, bo przecież mówię bez obcych naleciałości, a mimo to nie czuję się u siebie, ani w Warszawie, gdzie się urodziłem, ani w Gdańsku, w którym mieszkałem po wojnie i gdzie robiłem maturę, nie doznaję przyspieszonego bicia serca, kiedy spaceruję po miejscach mego dzieciństwa i wczesnej młodości. Polska jest już dla mnie krajem egzotycznym, a Dania, gdzie też mam poczucie wyobcowania – to sama codzienność. Tutaj mogę nie interesować się polityką, ledwo wiem kto rządzi i o czym debatuje się w parlamencie. Nie czytanie gazet i nie oglądanie telewizji jest dla mnie ogromnym luksusem.
…Ta podwójna tożsamość, którą w efekcie sprowadza się do połowicznej tożsamości w obydwu miejscach jest cena do zaakceptowania za emigrację, zapłacenie jej daje mi poczucie komfortu, mogę tak stać na uboczu i leniwie obserwować przedpole, nie muszę brać udziału w wyścigu szczurów na co byłbym skazany w Polsce, bo „warszawka” niewiele się zmieniła, a ludzie, których uwielbiam i cenię za rozsądek, bardzo są wsłuchani w to, co wypada lub nie wypada, “gdybyś tu mieszkał, nigdy byś czegoś takiego nie powiedział”- słyszę od nich często…
(29 kwietnia 2010)…
tak napisałby natan w czerwcu 2013:
po czterdziestu kilku latach zamieszkiwania w kopenhadze, nie mogę tak jak w warszawie, wtopić się w tłum. jestem natychmiast rozpoznawalny. trudny do zlokalizowania obcy akcent zdradza , że nauczyłem się miejscowego języka z książek, a nie podczas gry w piłkę z rówieśnikami na podwórku. drugim znakiem rozpoznawczym jest nadmierna poprawność. czuję się więc w danii wyobcowany, ale nie wadzi mi to zbytnio. o wiele uciążliwsze jest natrętne poczucie odrębności we własnym kraju.
jeżeli mam tutaj jakieś miejsce umocowania, to jest nim multietniczna i multireligijna kopenhaga, nie dania. ta ostatnia jest mi dość obojętna, kopenhagę lubię. w polsce jest odwrotnie. gdybym miał wrócić (pytano mnie często czy tego nie zrobię) to zamieszkałbym w krakowie, w gdańsku, we wrocławiu – wszędzie, byle tylko nie w warszawie. przyjeżdżam do niej bez ekscytacji, bez przyśpieszonego bicia serca – jest dla mnie nieprzyjaznym i dość brzydkim miastem (wyjąwszy trakt króĺewski).
intensywny zachwyt nad warszawą przeżyłem kilka lat temu w nowym jorku. wstąpiłem do judaistycznej księgarni na lee avenue w brooklynie i natychmiast dostałem płytę z legendarnym kantorem yoselle rosenblattem , za którą daremnie uganiałem się w kilku europejskich stolicach. w księgarni pracowali urodzeni w ameryce młodzi chasydzi, mówiący między sobą w jidysz.
– where do you come from?- zapytał jeden z nich.
– Copenhagen – odpowiedziałem – originally from warsaw.
ascetyczna twarz chłopca w chałacie rozjaśniła się pod wpływem tej informacji.
– oj, warsze, wyszeptał z błogim wyrazem na obliczu…
odkąd kilka lat przestałem pisać dla krajowego dziennika na tematy skandynawskie, przestałem czytać gazety i oglądać TV, a mniej więcej od dwóch lat nie mam już nawet telewizora. nie znam już nawet nazwisk duńskich ministrów i ledwo wiem jakie partie zasiadają w parlamencie. ta wiedza jest mi do niczego niepotrzebna, bo państwo działa jak dobrze naoliwiona maszynka i równie dobrze mogłoby dość długo funkcjonować bez rządu.
w polsce polityka wkręca obywatela w centryfugę i stąd biorą się zaklęcia moich rozsądnych przecież przyjaciół: gdybyś tu żył, nigdy byś czegoś takiego nie powiedział.
każdy temat staje się polityczny, nawet wyjazdy z kraju, do czego normalnie żaden demokratyczny rząd nie powinien się wtrącać. zamiast cieszyć się, że młodzi ludzie mogą rozjeżdżać po świecie i go poznawać, polscy politycy zamartwiają się co zrobić, by nikt nie rzucił ziemi skąd nasz tusk (kaczyński, miller, palikot etc.)
nathan gurfinkiel


