Sielawy – zwłaszcza te bardzo świeże – są smakołykiem, który najpewniej dostaniemy na Mazurach. My kupiliśmy takie świeże sielawki w Swaderkach, w gospodarstwie rybackim niedaleko Olsztynka. Nie tylko rybki pięknie tam wyglądały i nas ucieszyły. Dwoje ludzi sprzedających ryby w sklepiku przywitało nas uśmiechem, do którego przywykliśmy podczas naszych niedawnych francuskich wakacji. Doradzali, nie będąc przy tym natrętnymi, i byli po ludzku sympatyczni.
Rybki przywiezione do domu oczyściłam, usuwając im kręgosłupy z przyległościami, ale tak aby się nie rozeszły na dwa filety; łby i ogonki zostawiłam. Ryby rozpłaszczyłam, osoliłam i omączyłam. Lubię smak przysmażonej mąki na rybach, nadaje im chrupkość, ale nie może być jej za dużo – trzeba ją strzepnąć przed położeniem na dobrze rozgrzany olej. Jeżeli chcemy mieć smak wykwintniejszy, dodajmy do niego łyżkę masła. To wszystko. Ryby smaży się po obu stronach i natychmiast podaje, posypane zieleniną. Ja użyłam i natki, i koperku, ale bardzo na temat jest także szczypiorek.
Podałam te sielawy jako danie obiadowe. Z ziemniakami i ugotowaną fasolką szparagową tradycyjnie polanymi bułeczką zasmażoną z masłem, a więc – po polsku. Fasolkę ugotowałam na parze, pod koniec gotowania dorzuciłam plasterki młodej marchewki. Z fasolką bardzo ładnie to wygląda i nieźle smakuje. Aha, i zdradzę pewien mój patent: fasolkę nakładam łyżką do podawania spaghetti. Ziemniaki, ale i fasolkę traktuję zawsze zieleniną, i wcale nie jest posiekana najdrobniej.

Takie małe rybki są znane i smażone w wielu kuchniach europejskich. Najbardziej znane są włoskie (fritto misto di pesce) i rosyjskie. Ale właściwie wszystkie kuchnie krajów je cenią i nie zawsze gotują z nich zupę, choć to – najczęściej. Są to zwykle jednak rybki morskie. Słodkowodne znane są zwykle w kuchni domowej. A zna je każdy, kto, jak ja od dzieciństwa, miał w domu np. ojca-wędkarza. Talerz usmażonych malutkich rybek, wzgardzonych przez kucharzy renomowanych, to jedna z najsmaczniejszych potraw, którą można się cieszyć latem.
A sielawy i sielawki były znane w Polsce od zawsze. A na pewno w wieku XIV.Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej” przytacza pewne obyczaje, a raczej prawa związane z połowem ryb, a także znane w średniowieczu ich nazwy, niektóre nic mi nie mówią: „mrosty, łososie, jesiotry, bugle, szczupaki, węgorze, sielawy, liny, karasie, lipienie i t. p. Szajnocha [Karol, dziewiętnastowieczny historyk] w dokumentach z XIV wieku znalazł wymienione sieci i narzędzia rybackie: włóki, wędki, więcierze, potrestnice, słabnice, wiersze, zabrodnie, niewody, żaki, oraz ryby: łososie, jesiotry, czeczugi, lipnie, berzany, ukleje, kleszcze, sielawy. Niektórym poddanym było wolno łowić tylko na nogach stojąc, czyli brodząc, t. j. bez użycia czółna, zatem przy brzegu. Statut Kazimierza Wielkiego powiada, że ryby wolno łowić w starej rzece czyli rzeczysku ludziom z obu stron brzegu mieszkającym, gdzie się rzeka bez powodu ludzkiego inaczej obróci. Ale jeśli za dowcipem ludzkim obrócona będzie, tedy tylko jedna z dziedzin, przy której owo stare rzeczysko zostało, ma mieć własność w obu brzegach onej rzeki starej albo potoczku. Ryby w jeziorze lub stawie ktoby pokradł, ma za nie stronie dosyć uczynić”. Ciekawy przykład staropolskiego prawa, prawda?
Sielawy znały polskie gospodynie i w wieku XIX. Maria Monatowa nazywa je:sielawy augustowskie. W swojej „Kuchni uniwersalnej” pisze, że „sielawy znane są tylko i dostać je można w Królestwie [to Królestwo Polskie pod zaborem rosyjskim]. Są bardzo delikatne, najsmaczniejsze są smażone lub marynowane”. Podam jej przepis na te pierwsze, jak zwykle zachowując pisownię:
Sielawy augustowskie smażone
Oczyszczone i posolone sielawy otarzać w mace i smażyć na rozpalnem maśle lub oliwie. Ułożyć na półmisku, ubrać gałązkami usmażonej pietruszki i tartym chrzanem. Można podać do nich czysty sos pomidorowy.
To najprostsze smażenie, które i ja zastosowałam. Wystarczy pilnować, aby ryba się nie spaliła. Smaży się błyskawicznie. Stopień przysmażenia można dobrać do upodobania; będzie mniej lub bardziej złota. Zamiast sosu można na każdej położyć płatek świeżego masła i ćwiarteczkę cytryny. Niektórzy uważają, że taka smażona rybka bez kieliszka bardzo zimnej czystej wódki jest nieważna. Co odnotowuję z kronikarskiego obowiązku. Sama wolę zimne kwaskowate białe wino.
Podobnie smażyła sielawy Lucyna Ćwierczakiewiczowa, pisała: „nie maczać w jajku, tylko od razu posypać mąką i smażyć na dobrej oliwie, a są wyborną potrawą na suchy post. (…) Podając na gorąco, należy do nich podać cytrynę”. A gdy jest ich dużo? Porada może się przydać rodzinom wędkarskim: „Usmażone na oliwie można układać w słoju i polać octem, przegotowanym z korzeniami”.
Pani Lucyna podaje jeszcze ciekawy przepis na marynowane kilki, tak nazywano małe rybki przywożone z Rosji, a częściej z Łotwy. W puszkach sprzedawano je w PRL-u. Do ich sporządzenia można zastosować także malutkie sielawy. Czyści się je, parzy, zalewa marynatą. Po dokładny opis odsyłam do jej „365 obiadów za 5 złotych”. Tak zamarynowane ryby przechowuje się, jak i inne marynaty. Zimą wyjmuje na stół i wspomina mazurskie wakacje.
Alina Kwapisz-Kulińska

Sielawa znana jest też na Kaszubach. Najpopularniejsza jest wędzona, ale pod warunkiem, że na 10 min przed końcem wędzenia dodało się kilka gałązek jałowca.
Polecam Kaszuby także z powodu wyjątkowo smacznych okoni, z których wychodzi cudna rosyjska ucha, lepsza nawet od oryginału 🙂
Coroczny pobyt na Mazurach byłby zmarnowany bez smażonych sielawek! Dla mnie jednak najsmaczniejsze są ze świeżym chlebem z piekarni w Rucianem, a jako dodatek – sałatka z białej kapusty. Ech, jeszcze miesiąc…
Sielawa jak wszystkie łososiowate lubi czyste wody. Jest także popularna na Pomorzu Zachodnim. Dla mnie jednak, tak jak JŁ opisał z Kaszub, najlepsza sielawa wędzona! Sam robiłem wędzenie „na gorąco” czyli na małym ogniu i w dużym dymie w BBQ czy małej wędzarence. Tego smaku nic nie pobije. Tak jak wędzonego łososia nie pobije żadna inna forma pieczenia, dusznia czy smarznia. Oczywiście na wakacjach tudno samemu wędzić. Ale jestem pewien że nie brak wędzarni na Mazurach. Jadam smarzone ryby i lubię je smarzyć z łuskami, jak okonie, bo twarda skórka zamienia się w chrupiący przysmak. Ale jak jest możliwość, to wolę rybki wędzone.