…Zychowicza i mój
– Na co umarł?
– Na szczęście.
Ten dowcip o Stalinie nie kursował po jego śmierci w Związku Radzieckim lecz w Polsce. W Kraju Rad był wówczas nie do pomyślenia. Nie tylko z powodu strachu.
Wydaje mi się, że cokolwiek mogę na ten temat powiedzieć. Byłem tam wówczas. Zaś jakiś czas temu, w numerze szóstym tygodnika „Do rzeczy” przeczytałem w artykule „Kto otruł Stalina” autorstwa Piotra Zychowicza co następuje: „A 150 milionów obywateli Związku Sowieckiego musiało znowu robić to, do czego przywykło od 1917 r. – ukrywać głęboko swoje uczucia. Kazano im okazywać żal i smutek, ale w całym ‘komunistycznym raju’ nie było człowieka, który tego dnia nie zasypiałby z uśmiechem na ustach”.
W kwestii formalnej. Nie zareagowałem w marcu, kiedy się ten artykuł ukazał. Piątego marca przypadała okrągła – 60 lat – rocznica śmierci Stalina, a z nią zalew materiałów. Lecz rocznicowa nawałnica z reguły szybko się przejada odbiorcom. Nie chciałem się przekrzykiwać, licząc na nieco większe zainteresowanie po jakimś czasie. Teraz więc dopiero wracam do Zychowicza. I do Stalina.
Kiedy Zychowicz napisał, że Polska lepiej by wyszła niż wyszła gdyby w sojuszu z Hitlerem napadła na Związek Radziecki, i że pod koniec wojny nie opłacało się nam pomagać Stalinowi w dobijaniu Hitlera, to wyrażał swoje poglądy. Wolny człowiek w wolnym kraju nie może być zmuszany do wygłaszania mądrych poglądów. Może głosić mądre inaczej. Jeśli jednak pisze o faktach, to powinien podawać prawdziwe. Może się czasem pomylić – rzecz ludzka – ale powinien przynajmniej powiedzieć skąd wie to o czym pisze, czy mówi. Opieranie się na własnym rozumie bywa zawodne. Na pewno w przypadku Zychowicza, który wie, że Stalin był strasznym tyranem, więc poddani – wszyscy ! – cieszyli się kiedy umarł, bo przecież w roku 1953 musieli wiedzieć o nim to co Zychowicz wie w roku 2013.
Sięga on zresztą jeszcze dalej w historię pisząc o ukrywaniu uczuć od roku 1917. Kto ukrywał uczucia w czasie rewolucji i krwawej wojny domowej ? Bo chyba nie bolszewicy, którzy wywołali rewolucję i nie cały obóz Czerwonych, którzy niekoniecznie będąc większością, musieli wykazać się wielką determinacją, żeby jednak wygrać tę wojnę z równie zdeterminowanymi Białymi, z zagraniczną interwencją, z buntami zrozpaczonych chłopów i własnych marynarzy.
W tymże artykule czytamy również: „Gdy Stalin przejął pełnię władzy… wymordował właściwie całą bolszewicką ‘starą gwardię’. Kamieniewowi, Żdanowowi, Bucharinowi i Radkowi wytoczono pokazowe procesy.” Trzeba kompletnie nie mieć pojęcia o czym się pisze, wstawiając do tej listy Andrieja Żdanowa, który był postacią wiele znaczącą już po wojnie, podczas gdy tamtych zgładzono w okresie wielkiej czystki 1937-1938. Żdanow, już po wojnie, głównie pacyfikował Leningrad i kulturę. A umarł własną śmiercią, nie zdążywszy stracić zaufania Stalina, który nawet zmusił córkę, Swietłanę, do wyjścia za jego syna.
Chyba że… Zychowicz wpisał Żdanowa zamiast… Zinowiewa. Tamten na Z, ten na Ż, łatwo się pomylić; a w końcu, co za różnica?
I skąd ta pewność, że ktoś otruł Stalina? Były ku temu powody i nie można tego wykluczyć, ale też nie ma na to żadnych dowodów.
Albo więc Zychowicz bardzo niewiele wiedział, biorąc się za pisanie o Rosji, albo pisał, nie uruchamiając nawet tego rozumu, który posiada. A piszę o nim tak wiele, gdyż w moim przekonaniu jest to coraz częściej spotykany przykład agresywnej ciemnoty i psucia świadomości publicznej. Byle by była słuszna teza, a fakty można pomijać czy zgoła wymyślać.
Na tej zasadzie jest on też przekonany – a największym wrogiem prawdy jest właśnie głębokie przekonanie – o radości obywateli ZSRR, a także o tym, że było ich wtedy akurat 150 milionów, choć było już o kilkadziesiąt milionów więcej. W roku 1950 było ich 180 milionów, a w roku 1955 było już tych milionów – 196. Odrabiano szybko straty wojenne. I raczej mało kto zasypiał tego dnia z uśmiechem na ustach. Dominował głęboki żal, nawet rozpacz, szok i strach. Może nie byłem biegłym psychologiem, mając osiemnaście lat, lecz przecież fałsz w powszechnym zachowaniu nie byłby do ukrycia.
Niezależnie od posługiwania się własnym rozumem, pan Z. mógłby się czasem posłużyć wiedzą. Ta akurat nazywa się psychologią społeczną. I taka reakcja po śmierci władcy, również tyrana, jaka miała wówczas miejsce w ZSRR jest znana i opisana. Nawet w Polsce autentycznie żałowało Stalina wielu ludzi, podobnie jak w trzy lata później – Bieruta.
Wielu rzeczy człowiek radziecki wtedy nie wiedział. Wielu nie chciał wiedzieć. Wiele wypychał ze świadomości. Innych jakoś nie kojarzył właściwie. Stalinowi był wdzięczny za wspaniale zwycięstwo w wojnie i nie obarczał odpowiedzialnością za jej niespodziewany wybuch i za koszmarny przebieg. Poziom życia był nędzny, ale przypisywano go – w dużym stopniu słusznie – niedawnej wojnie i jednocześnie uważano za całkiem normalny. O terrorze się nie mówiło i jakby się nie myślało. Statystycznie rzecz biorąc, prawie każda rodzina powinna go była jakoś odczuć, ale więcej rodzin uderzyła wojna i jakoś przykryła to co było wcześniej.
Sprawa lekarzy kremlowskich też nikogo nie zbulwersowała. Ani kiedy wybuchła, ani kiedy – wkrótce po śmierci Stalina – okazało się, że była lipna, a podejrzani zdążyli się przyznać, przy czym jeden nie przeżył śledztwa.
Wydaje mi się, po spędzeniu paru lat w Rosji i w miejscowym środowisku, że tamtejsi ludzie nie mają w sobie ducha niewiary i przekory, który cechuje Polaków. Radzieccy chcieli wierzyć i chyba uwierzyli, że Stalin to Ojciec, Wódz, Nauczyciel, Przyjaciel, a do tego Chorąży Pokoju. Z jego niespodziewanym, wręcz niewyobrażalnym, odejściem zawalił się im kawał świata. Owszem, Dzieło Stalina miało przetrwać wieki, ale to było jak wiara w nieśmiertelność duszy. Wierzymy, a jakże, ale nie chcemy umierać.
Byłem jeszcze wtedy internacjonalistą -komunistą, nie zapieram się. Na usprawiedliwienie siebie mogę powiedzieć, że nie padłem ofiarą agitacji, nie dałem się przekabacić. To było obciążenie rodzinne, a za dawny wybór rodziców nie mogę czuć się odpowiedzialny.
Nie miałem więc, mimo młodego wieku, gorliwości neofity. Poza tym, może to genetyczne, nie mam natury entuzjasty, tym bardziej już fanatyka. To nie moja zasługa, że nie uzależniam się od niczego; od alkoholu, palenia, seksu, pracy, idei. Nawet gdy jestem zwolennikiem tego czegoś. Podlegam wszelakim emocjom, ale nie w sposób skrajny. Nie wiem czy to moja zaleta czy wada. To zależy.
W szkole miałem grupkę gorących entuzjastów. Podzielałem ich poglądy, lecz żenowały mnie przejawy ich ekspresji. Zawsze mnie żenuje okazywanie nadmiaru uczuć w dowolnej sprawie.
Nie skrywam, że w moim ówczesnym obrazie świata Stalin zajmował przypisane mu miejsce. Jak na mój gust, było go wówczas nieco za dużo dookoła, ale potrafiłem sobie wytłumaczyć, że mój gust nie musi być miarodajny. I że może, czy nawet musi być powszechne zapotrzebowanie na taki właśnie obraz Stalina. Szczególnie po orgii propagandowej jaką było jego siedemdziesięciolecie w roku 1949.
Kiedy w roku 1952 znalazłem się w ZSRR nie przeżyłem szoku, lecz jakoś starałem się zracjonalizować na własny użytek tę rzeczywistość. Również kult Stalina, który tam przybierał formy niewyobrażalne nawet w ówczesnej Polsce. Ten zalew propagandowy, kultu jednostki – wedle nazewnictwa XX Zjazdu KPZR w roku 1956 – trudno mi dzisiaj opisać, a przytłaczał mnie nawet wtedy.
Wszędzie niezliczone plakaty, obrazy, popiersia, pomniki, w tym monumentalne. Cytaty i wiernopoddańcze hasła umieszczane gdzie tylko można. W radiu prawie bez przerwy te same materiały, a do tego proste pieśni i uroczyste kantaty, trzeba przyznać, że melodyjne. Kompozytorów mieli tam wtedy dobrych. Zresztą wszelki totalitaryzm celował w melodyjnych pieśniach masowych. Włoska Giovinezza, hitlerowski Horst Wessel Lied, a i nasi twórcy pieśni masowej się popisali. W dodatku radio w ówczesnym ZSRR było przymusowe. Wszędzie radiowęzły i marnej jakości głośniki. W pokojach akademików potrzebna była czujność, żeby głośnik nie budził o szóstej hymnem; ”Sojusz nieruszymyj…’’
Z wielkiego, następnego w Rosji po Ermitażu, muzeum imienia Puszkina wymieciono wszystkie wspaniałe zbiory sztuki światowej i zapełniono je w całości podarunkami, które Stalin otrzymał na swoje siedemdziesięciolecie. To panopticum – można się było rozczulić, ale nie bardzo zachwycić – widziałem trzy lata później, w roku 1952 i nie zanosiło się na powrót właściwej kolekcji.
Bardzo rzadko w ówczesnym ZSRR wymieniano samego Lenina. Dominowała zbitka: Lenin/Stalin, jeśli akurat Dżugaszwili nie mógł być wymieniony sam. Dzieła zebrane Lenina i Stalina w takiej samej oprawie. Z tym, że tomów Lenina prawie dwa razy więcej, a Stalin drukowany niebywale ogromną czcionką. To się musiało rzucać w oczy studentom, nawet jeśli nie wymieniało się uwag.
Dzień w dzień czołówkę pierwszej strony ”Prawdy’’ stanowił list, adresowany do „Stalina Josifa Wissarionowicza, Moskwa, Kreml”. Żeby listonosz nie zabłądził? A w liście jak nie meldunek o jakimś osiągnięciu kolektywu pracowniczego, to odnośne zobowiązanie na przyszłość.
Zapamiętałem tytuły dwóch artykułów. Pierwszy: „Stalin twórca sowieckiej artylerii”. To akurat na 19 listopada. Rocznica przejścia z obrony do ofensywy pod Stalingradem została dniem artylerii. Drugi – nie pamiętam okazji – „Stalin twórca sowieckiej czarnej metalurgii” (Tak określano metalurgię żelaza) W obu tych i w niezliczonej ilości innych podobnych tekstów, autorom udawało się przeprowadzić jakiś logiczny wywód. Jeśli nawet wódz nie opracował tabeli trajektorii dla haubicy 122 mm (akurat z nią miałem tam do czynienia na studium wojskowym) to wypowiedział parę ogólników o „bogu wojny”. To wystarczało, a mnie się przypominało: „Mawiał jeszcze Suworow, pomnij Rykow kamrat, żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat”. Bo, prawdę powiedziawszy, taka wszechstronność nawet wtedy nie wydawała mi się możliwa.
Nie dopuszczałem myśli, że Stalin jest jednoosobowym dyktatorem. Może nawet nieco więcej niż primus inter pares, ale przecież grono współtowarzyszy powinno coś mieć do powiedzenia. To grono – myślałem – musiało skłonić skromnego przecież – tak przy tym był przedstawiany – Wissarionowicza do wyrażenia zgody na taką prezentacje jego osoby. Teraz wiadomo, że Stalin sam kultywował swój kult. I traktował go instrumentalnie, nawet jeśli uważał się za geniusza. Podczas jednej z awantur jaką zrobił synowi – Wasilij Josifowicz Dżugaszwili, generał lejtnant lotnictwa, pijak i dziwkarz – miał powiedzieć, że hańbi on imię Stalina. Wasilij odpowiedział, że przecież on też jest Stalinem. – Nie, nie jesteś – usłyszał. I ja nie jestem. Stalin to wyobrażenie na plakatach i piedestałach, w które wierzą ludzie radzieccy!
Wtedy zastanawiałem się, krępując się swoich przypuszczeń, czy przypadkiem nie świadczy to o prymitywizmie jakiejś części ludzi radzieckich, skoro coś takiego jest im potrzebne. Ale młodość uodparniała. I pamiętam, że kiedy Stalin umarł, to miałem sobie za złe, że jakoś nie czuję się zrozpaczony, choć przecież powinienem. Natomiast na XX Zjazd i rewelacje Chruszczowa o niedawnym wodzu byłem już przygotowany psychicznie. Nie zawaliło mi się niebo na głowę.
Tyle o mnie. Na ogół unikam zwierzeń publicznych, ale jak się pisze o czymś co było po przewrocie majowym i jest się starszym od Piotra Zychowicza, to bywa się narażonym na pytania; no, a co ty wtedy…? Więc uprzedziłem pytanie i teraz będzie już tylko o faktach i przypuszczeniach, które przecież też są faktami.
Stojąc, odsłuchaliśmy radiowej transmisji na żywo z pogrzebu. Z trzech przemówień zapamiętałem kilka słów Ławrentija Pawłowicza Berii: ”Kto ne slep tot wydyt, kto ne głuch tot słyszyt …” Nie pamiętam co widzi i słyszy, pamiętam jedynie nieprawidłową, potwornie twardą i nie pasującą do rosyjskiego wymowę, której nie mogą się pozbyć ludzie Kaukazu.
I to były ostatnie słyszane z góry słowa o Stalinie !
Wizualne oznaki kultu, plakaty, obrazy, pomniki, nadal były obecne. Ale z radia i z prasy, po sprawozdaniach z pogrzebu, Stalin zniknął, jakby go nigdy nie było. To mi dawało do myślenia. I to, że jakoś nikt się nie dziwił, nie pytał.
Jesienią poprzedniego, 1952 roku, skończono w pobliżu – na pierwszym roku studiowałem w Rostowie nad Donem, potem już w Moskwie – budowę kanału Wołga – Don. Zgromadzono wielkie ilości więźniów, jak zawsze przy takich budowach. Wiosną, już po śmierci Stalina przystąpiono do częściowego rozładowywania obozów, ogłaszając amnestię, zwaną woroszyłowską, bo Klient Jefremowicz Woroszyłow, przewodniczący Rady Najwyższej musiał ją podpisać. Tłumy więźniów wychodziły przez rostowskie więzienie.
Obserwowałem raz pod jego bramą gromady wymizerowanych, zarośniętych mężczyzn, w wacianych kurtkach – fufajkach – mimo ciepłej pogody, z workami na ramieniu. I nie byli to bynajmniej bojownicy o wolność. W ogromnej większości kryminaliści i podpadnięci za jakieś uchybienia, choćby za bumelkę. „Ni za czto”, czyli za nic, u nas pięć lat dają – mawiano.
W mieście zrobiło nieciekawie. „Rostow – papa, Odessa – mama” kursowało od dawna w kręgach kryminalistów. Rostów zawsze był traktowany jako niebezpieczne miejsce, a po amnestii miało się zrobić strasznie – słyszałem. Sam łaziłem – jak to młody – nocami po mieście i nic. Ale wtedy, po raz pierwszy zacząłem słyszeć narzekania na władzę, że lekceważy bezpieczeństwo obywateli.
Wiosną tegoż 1953 roku miało jeszcze miejsce ostatnie stalinowskie przedsięwzięcie, ale już bez powoływania się nań. Generalna obniżka cen detalicznych, praktykowana od kilku lat. Nie odwołano jej chyba dlatego, że wszyscy na nią czekali. I to w sposób dość specyficzny. Gdy pytałem kolegów, dlaczego gorączkowo kupują co tylko można, skoro niebawem wszystko stanieje, patrzyli na mnie jak na wariata. Dla nich było jasne, że gdy stanieje, to przez jakiś czas już niczego nie będzie do kupienia.
Stalin wypadł z publicznego obiegu, lecz jeszcze długo nie wypadał z nauk społecznych i podręczników. Nadal był jednym z czterech klasyków marksizmu – leninizmu (Marks, Engels, Lenin, Stalin). Liczył się przeto na egzaminach.
Mój najważniejszy nauczyciel dziennikarstwa, zmarły wiele lat temu Bartosz Janiszewski mawiał, że są trzy źródła, w których mogę znaleźć coś na poparcie wszystkiego; Pismo Święte, dzieła klasyków marksizmu – leninizmu i „Przygody dzielnego wojaka Szwejka”. Na moich studiach ważni byli klasycy m-l, a wśród nich Stalin, dopóki nie został unieważniony. Pisywał rzeczy oczywiste, proste czy prymitywne – to już kwestia podejścia. Ale łatwe do zapamiętania. W 1952, przed XIX Zjazdem WKP(b) przemianowanej tamże na KPZR, wydał swą ostatnią, genialną jak wszystkie inne pracę, „Problemy socjalizmu w ZSRR”. Dziś pamiętam z niej tylko stwierdzenie, że tona chleba nie może kosztować tyle ile tona ziarna, a taką herezję mieli głosić jacyś anonimowi ekonomiści, z którymi polemizował. Zdając cokolwiek z ekonomii, zawsze można było jakoś nawiązać do tego dzieła i się wesprzeć tą, albo inną myślą.
O wiele bardziej użyteczne było przedostanie dzieło generalissimusa: „Marksizm i problemy językoznawstwa”. Była to spóźniona polemika z nieżyjącym już akademikiem Marrem, który ogłosił, że język jest częścią nadbudowy. Przypomnę, że w marksizmie rozróżniano bazę, czyli ustrój ekonomiczny i społeczny – feudalizm, kapitalizm, socjalizm/komunizm – określany przez stosunki produkcji, czyli przez własność środków produkcji oraz nadbudowę, czyli to co baza wytwarza i co jej służy; państwo, wszelkie instytucje, idee i co tam jeszcze. Do tej nadbudowy Marr zaliczył język, a Stalin przekonywał, że nie jest on ani częścią bazy, ani nadbudowy.
Tego mi było trzeba. Na studiach historycznych wszystko o czym się uczyliśmy było albo w bazie, albo w nadbudowie, albo było językiem, który nie był ani tu ani tu. Trzeba więc było, mówiąc o czymkolwiek, zaszeregować to albo do nadbudowy, albo do bazy, albo, jeśli to nie był język, to przyrównać to do języka i koniecznie powołać się na Stalina. To wzmacniało moją pozycję na egzaminie, a egzaminujący doceniał przynajmniej mą dialektyczną zdolność łączenia wszystkiego ze wszystkim.
W ten sposób Generalissimus, Wódz Światowego Proletariatu, onże Ojciec, Nauczyciel, Przyjaciel, a do tego Chorąży Pokoju oddawał mi swoją ostatnia przysługę.



O ile wiem, P. Zychowicz jest absolwentem Wydziału Historii UW. To może dziwić, ale i przerażać. Skoro absolwent o takim poziomie wiedzy i myślenia (?) robi karierę w mediach i ma być dla czytelników autorytetem, jaki poziom mają ci „gorsi”, którzy, jak to zwykle bywa, poszli do uczyć w szkołach. A może się to zmieniło. Do szkół poszli najlepsi, a do mediów i IPN-u… Cóż, to widać. Przynajmniej tych co bardziej krzykliwych.
Widocznie pan Zychowicz czyta inne książki i ogląda inne filmy. Mógł przeczytać i zobaczyć co się działo na pogrzebie Stalina. Te zrozpaczone tłumy, płacz, setki a może tysiące zadeptanych w tłoku – parę lat temu pokazano to w Discovery czy w Planete, a pewnie i dziś można znaleźć w internecie.
Wiele osób popełnia błąd stosując dzisiejsze miary i oceny do dawnych zdarzeń, które zaistniały w zupełnie innych warunkach. W PRL mówiło się dość jednostronnie o „koszmarnych czasach sanacji”, teraz mówi się o koszmarnych czasach komuny. Czytam tę nachalną propagandę i czasem nadziwić się nie mogę w jakich to strasznych czasach żyłem, nic o tym na ogół nie wiedząc. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać, kiedy całkiem serio do „zbrodni komunistycznych” zalicza się fakt, że w czasach PRL gen. Kiszczak zwolnił z wojska oficera za to że wziął ślub kościelny.
Podzielam zdanie red. Janiszewskiego, szczególnie jeśli idzie o Szwejka. Ale dodałbym jeszcze np. czerwoną książeczkę z myślami Mao Tse Tunga. Wiele lat temu przechodziłem dość często koło ambasady Chin i tam niedaleko wejścia wisiała gablota. Czytałem tam m.in. o tym, jak to w pewnej komunie postanowili sadzić arbuzy. Najpierw przeczytali myśli Mao i to ich natchnęło tak, że wyhodowane przez nich arbuzy miały średnicę kilku metrów. Albo o tym jak pewien facet daleko w górach dostał ataku ślepej kiszki. Nie było lekarza, sytuacja krytyczna, ale przeczytał książeczkę Mao i sam sobie wyciął tę kiszkę nożem.
Stalinizm był czymś strasznym, zniszczył a często zabrał życie milionom ludzi. Szlachetne idee sprawiedliwości społecznej i braterstwa ludzi zamienił w koszmar terroru. Sądzę że skutki tego koszmarnego ustroju odczuwane są tam do dziś.
Ale ciekawe, że pewne mechanizmy działania, postawy ludzi są takie same w tak różnych czasach. Pamiętam jak w 1980 czy 1981 r. kolega, który pochodził z małej miejscowości, pojechał odwiedzić rodzinę. Bardzo byłem ciekaw jak wygląda sytuacja w takim miejscu. Powiedział: Dawniej, jak przyszedł towar, to kierowniczka sklepu dzwoniła do sekretarza partii pytając ile par butów odłożyć, a teraz dzwoni do przewodniczącego Solidarności.
„Nawet w Polsce autentycznie żałowało Stalina wielu ludzi, podobnie jak w trzy lata później – Bieruta”
Pamiętam po śmierci Stalina rozpaczliwe łzy koleżanki z klasy, a po śmierci Bieruta autentycznie mokre oczy ulubionego nauczyciela matematyki /i przestał być ulubionym/. Ale pamiętam też gigantyczną kolejkę od ulicy Rozbrat wzdłuż Książęcej, w której ludzie godzinami czekali na możliwość wejścia do gmachu KC i „oddania hołdu” szacownym zwłokom. Tylko że ta kolejka, przywoływana czasem na dowód, jak to ludzie kochali Bieruta, była najweselszą kolejką jaką w życiu widziałem. Same uśmiechy, choć raczej bez słów. Dopiero na podwórku KC, wśród szpaleru milicjantów, ludzie pozbywali się radosnych uśmiechów. Tak to zapamiętałem jako ciekawy życia młody chłopak.
Od adwokatów i bankierów bardziej nie wierzę tylko historykom.
Aleksander Suworow (nie historyk), znany jako bezlitosny krytyk sowieckiego systemu, z nieoczekiwanym szacunkiem wyraża się o Stalinie. Nie pochwalając jego metod, podziwia skuteczność. I tak np. w „Oczyszczeniu” wysuwa tezę, że Stalin poprzez czystki 38r. wzmocnił armię radziecką, a nie osłabił, co dla całej rzeszy postchruszczowowskich apologetów ZSRR było usprawiedliwieniem przegranej wojny.
Myślę, że Twoja i jego myśl gdzieś się zbiegają, że Stalin był raczej tworem, niż twórcą tego systemu.
Piotr Zychowicz nie wymyśla sam teorii, tylko powtarza Innych, zarówno na temat potencjalnego paktu Ribbentrop-Beck, jak i Stalina. Ci Inni mają dobre cv w dziedzinie historii, a kto ma rację? Niech Naukowcy dyskutują…
@ Hazelhard:
Ale Żdanowa z Zinowiewiem red. Zychowicz (i chyba mgr historii) pomylił chyba na własny rachunek?
Dyskusja naukowa w humanistyce ma swoje granice. Nie może się opierać na pomysłach z księżyca wziętych, ekscytujących, ale fantastycznych. Historia alternatywna dobrze wygląda tylko w powieściach.
Umiejętność zapominania „na komendę” określonego i dobrze odgraniczonego balastu, brzemienia uparcie w świadomość nawracającego, i to tak dokładnie zapomniane, że zostaje wraz z tym zapomniane – co mianowicie miało zostać zapomniane, by obrócić się w pustkę pustki, informacyjny niebyt zupełny – – jest po pewnym treningu możliwe. Ale dopiero w wieku trzynastu lat trening taki sam sobie narzuciłem i metodycznie jakoś rozpocząłem, niezadowolony, że tak późno i że nikt mi o dawniejszych rzekomopomiarowych względnościach referencyjnych nic pewnego po za anegdotami nie może powiedzieć.
.
Trwało kilka lat, zanim ten wcześniej utwierdzający się bez przeszkód balast udało mi się „rozkręcić” – wypatroszyć logicznie, poddać pionowym destylacjom, zsyntetyzować własne kluczowe przyporządkowania do bardzo dalekich i bardzo wysokich wyobrażeń o „maksymalnej” przyszłości, zredukować do zwięzłych sentencji do przechowania, a resztę porąbać na małostkowości ciągle nieudanego rozwoju historycznego, warte lekceważącej, lodowatej pogardy, neutralizacji i zapomnienia.
.
Pamiętam – z kołchoźnika – klimat pogrzebu Stalina. Ciemnoszary smutek szybko przechodził w rozmazaną brudną niepewność i strach; milczenia było najwięcej. To trwało po prawdzie aż do momentu zdziwienia, że z jadącego samochodu ciężarowego dwóch mężczyzn pełnymi garściami wyrzuca ulotki, że im w ogóle wolno coś tak dotąd niesłychanego robić, w pięćdziesiątym szóstym. To milczenie i wtedy też nie chciało ustępować nagle. Raczej kozioł na czole mojego ojca. Nikt się nie uśmiechał, co za bzdury. Co ten Zychowicz wie.
Szejajk chochme sztiike. Najwyższa umiejętność – milczenie. Nieśmiertelność fellacha. Wyższy rozsądek trwania. To jeszcze nie te czasy.
.
Aż nauczyłem się zapominać. To szare okrutne przedszkole kierowane przez nienormalnych dla pojęć naszego jutra politzboczeńców, pełne wulgarnie prymitywnej, płasko -autokratycznej przemocy pozostawia w człowieku wiele swego ciężkiego brudu, a on jest trwały, cofa w rozwoju, spowalnia.
Nie umiejący zapomnieć, znajdując się w pułapce fałszywego zapętlenia osobistego auto-przymusu nienegatywności ciągle wspomina, ale to są toksyczne wspomnienia: od tamtej rzeczywistości nigdy się już do końca nie uwolni; chce iść do przodu z głową odkręconą do tyłu. Lub w bok, w stronę telewizora.
stalin odznaczał się pono sporym poczuciem humoru, o czym dochowały się liczne świadectwa. byłoby ich zapewne więcej, gdyby trochȩ mniej doceniał swadę swoich krytyków. niejednokrotnie bowiem bywało, że zaśmiewał się do rozpuku z dowcipów na swój temat, a kiedy przecierał załzawione od śmiechu oczy, kazał roztrzeliwać wesołka, przez co społeczeństwo kraju rad nie poznało należycie tej strony osobowości swego ukochanego ojca i nauczyciela.
o wysublimowanym humoryście w mundurze naonczas jeszcze marszałka zaświadczają również niewytępialne pisemne relacje.
jeszcze przed laty czytałem opis konferencji w jałcie w lutym 1945 z udziałem stalina, churchilla i roosevelta. w rozmowie przy kolacji churchill dzielił siȩ ze stalinem uwagami na temat jego kunsztu oratorskiego gospodarza spotkania.
– panie marszałku, jest pan znakomitym mówcą, ale o mnie również piszą, że nienajgorzej opanowałem tę umiejętność, chciałbym więc podzielić się z panem kilkoma obserwacjami. wygłasza pan swe zakomite skąd inąd przemówienia spokojnym i nieco monotonnym tonem, choć oddawna wiadomo, że gestykulacja jest równie ważna jak słowa, a może nawet jeszcze ważniejsza. trzeba czasami poddać się do tyłu, żeby można było wysunąć się potem do przodu, nieźle jest niekiedy ściszyć głos, żeby w następnej chwili móc go podnieść , a też uderzenie pięścią w pulpit znakomicie przykuwa uwagę słuchaczy…
jak podaje autor relacji, brytyjski dyplomata towarzyszący churchillowi, stalin słuchał tych uwag z dobrotliwym uśmiechem.
– panie premierze, odezwał siȩ na zakończenie. wiem że nie dorównuję panu jako mówca, a mimo to mój parlament słucha mnie o wiele uważniej niż izba gmin pana…
zastanawiam się, czy poczucie humoru dyktatora w ogóle jest dobre dla jego poddanych. hitler, który nigdy nie zasłynął jako kalamburzysta aż do 20 lipca 1944 represjonował swoich generałów zsyłając ich na emeryturę, zamiast stawiać przed plutonem egzekucyjnym, jak to robił stalin. w trzeciej rzeszy przeciwnik narodowego socjalizmu, jeżeli tylko był czystym rasowo niemcem i nie uzewnętrzniał się zbytnio ze swymi poglądami, mógł wieść względnie bezpieczną egzystencję. w państwie stalina nawet zwolennik bolszewizmu nie był pewny jutra. mógł zostać uznany za wroga ludu, gdy powodu zwykłego lenistwa niezbyt krzykliwie manifestował swój entuzjam.
A ja sobie przypominam piosenkę (nie znam melodii) o tej „wszechstronności” generalissimusa. Jedna ze zwrotek była o rozmawiających żołnierzach na froncie:
Powiedział jeden: z dobrej stali
wykuwa Ural naszą broń.
Podobno sam marszałek Stalin
do pracy tej przykładał dłoń.
Następne były o innych przejawach wszechstronności 🙂