2013-08-17. Pod czerwcowym artykułem red. Ernesta Skalskiego obiecałam, że coś na ten temat skrobnę, ale najpierw musiałam nabrać dystansu od czasu majowo-czerwcowej szkolnej biurokratycznej paranoi. Potem tyle różnych myśli kłębiło się na ten temat, że jak tu w kilkudziesięciu zdaniach zawrzeć to, co w tym ważne, niebanalne, a jednocześnie niezagmatwane w gąszczu wzajemnie powiązanych problemów i nierzadko wzajemnie sprzecznych dylematów.
W gruncie rzeczy z ogólną diagnozą przedstawioną przez Autora to ja się zgadzam – tylko czy na pewno największą enklawą, w której dobrze pracować można, ale się nie musi, jest oświata? Z tym to już bym polemizowała, znam wiele innych enklaw nas otaczających, gdzie ta zasada głęboko bardziej zapuściła korzenie. Nie będę też obrończynią Karty Nauczyciela i nigdy nią nie byłam. O ile sobie przypominam, to jeden z moich pierwszych artykułów, jakie mi się w życiu napisało (prawie 30 lat temu) miał tytuł „Karta nic nie warta”. Z tym, że wtedy była ona workiem gruszek na wierzbie, swoistym przekupstwem (pierwsza ustawa po wprowadzeniu stanu wojennego), a teraz przybrała postać kuriozum biurokratycznego pancerza, z którego ani opancerzony, ani opancerzający nie mają żadnego pożytku. I tak samo wówczas pisałam o negatywnej selekcji do zawodu i o tym, że na „siłaczkach” nie można opierać systemu powszechnej edukacji. Nic się nie zmieniło pomimo pary w gwizdek, chaosu reformatorskich działań i pozorów nowomowy, że teraz to będzie „inaczej”. Skoro zgadzam się z głównymi elementami diagnozy, to, o co mi w takim razie chodzi? O to, że nie zgadzam się z wnioskami, bowiem panaceum na te bolączki nie jest to, co Pan proponuje: bon edukacyjny i prywatyzacja. Ponieważ poruszył pan jeszcze problem testów, który rozpalił głowy dyskutujących pod artykułem, to ograniczę się do tych trzech problemów.
- 1. Bon edukacyjny, by pieniądz szedł za uczniem.
W praktyce to i tak już idzie. Podział subwencji oświatowej opiera się na algorytmie, którego głównym elementem jest liczba uczniów (z różnymi wagami/mnożnikami uwzględniającymi typ szkół, wielkość gmin, większe nakłady na kształcenie specjalne itp.) Potem te gminy mają też swoje algorytmy (z uzależnieniem od liczby uczniów) i przekazują je do szkół, w tym również do niepublicznych zgodnie z przyjętą w ustawach polityką państwa. Na tej podstawie wszystkie szkoły mogą więc zabiegać o jak największą liczbę „szczurów”, bo to jest ich „być, albo nie być” na tym rynku niżu demograficznego. Może też Pan swoje pociechy posłać do innej niż rejonowa szkoły, jeśli tę pociechę szkoła zechce i nie musi to być szkoła publiczna. Należące się Panu pieniądze z subwencji pójdą w zasadzie za nim tam, gdzie go będą chcieli. O to przecież w idei bonu chodziło. Spyta Pan, a czemu ja tego nie dostanę konkretnie do ręki? Bo nagle zobaczyłby Pan, że:
– to potwornie mało, na dodatek mniej niż w Pcimiu Dolnym, bo tam mała gmina i jest w subwencji (zresztą słusznie) inna waga. Oddzielnym aktem dostałby Pan jeszcze jeden bon lokalny od gminy, w której Pan mieszka, ale jeśliby Pan mieszkał np. w Sulejówku, to do bonu w Warszawie musiałby Pan dopłacić. Już widzę te nagłówki w gazetach, że wszystkie dzieci są równe, a tu już niedaleko do tego, że wszyscy mamy takie same żołądki. Żaden rząd nie podejmie ryzyka narażenia się na chaos, z którego na dodatek nie płyną żadne korzyści, ani dla niego, ani dla społeczeństwa.
– żadna z tego dla Pana i pociechy korzyść nie wynika. Już dziś zgodnie z prawem ma Pan wgląd do finansów szkoły, ale Pan z tego przywileju nie korzysta. Może Pan mieć wpływ na funkcjonowanie szkoły, ale nawet w prywatnych i społecznych szkołach tylko nieliczni rodzice angażują się w życie szkoły. Jeśli już nawet w pierwszym roku podejdą do tego z zapałem, to już w połowie roku ograniczają się do opłat czesnego lub na tzw. Komitet Rodzicielski czy Radę Szkoły, a potem zasada „płacę i wymagam” ogranicza się do protestów, gdy pociesze według Pana dzieje się krzywda. Czy Pan myśli, że danie do ręki papierka nagle uruchomi ludzką aktywność i zaangażowanie? Do tego trzeba zmian głębszych w świadomości i odpowiedzialności. Ale to dotyczy w równym stopniu nauczycieli, jak i rodziców. „Bon edukacyjny” to nazwa wytrych pojawiająca się od czasu do czasu bez zrozumienia jego wielu aspektów i szkoda, że wyniki badań tego wytrycha nie przebijają się do powszechnej świadomości, a pewnie tylko tkwią w szufladach lub na półkach uniwersyteckich bibliotek *)
W te wakacje odwiedziłam małe miasteczko na południowej granicy Polski, gdzie los kiedyś rzucił mnie na dziesięć lat 80’. 30 lat temu było tam kilka szkół wiejskich i dwie szkoły podstawowe w mieście, ale pamiętam, że za poziom nauczania w nich nigdy nie musiałam się wstydzić – co roku byli jacyś laureaci konkursów z różnych dziedzin. Teraz w wyniku reformy i w dużej mierze także niżu demograficznego, jest w miasteczku tylko jedna szkoła – podstawowa z gimnazjum. I tak jak dawniej, szkoła ta nie musi się wstydzić swoich wyników – każdego roku ich gimnazjaliści otrzymują najlepsze lub jedne z najlepszych wyników w całym powiecie. Tu nie ma konkurencji, tu żadne bony nie pomogą, każdy i tak zaniósłby je do jedynej szkoły, jaką mają i pieniędzy od tego tej szkole nie przybędzie, bo gmina biedna i nic poza subwencją do tego nie dołoży. Brak konkurencji i bieda nie przeszkadza im w dbaniu o jakość własnej pracy. Może więc to prawda, że pracować dobrze mogą, a nie muszą. Tylko problem nie w tym by musieć, ale CHCIEĆ.
- 2. Prywatyzacja, by ………
Tu przyznam, że mam problem z dokończeniem tego zdania. Bo jeśliby to miało oznaczać swobodę od biurokratycznych procedur, jestem za. Ale w takim razie pytam, czy po to, by likwidować te procedury potrzebujemy niewidzialnej ręki prywatnego właściciela? Kto nam nakazuje tę biurokrację rozdymać? My sami! Swoimi podejrzeniami o nieuczciwość w zakupie sprzętu, po kredę i ołówki. Czy prywatny nie będzie nastawiony na zysk, a tylko dobro naszych pociech? Przy dobrym PR zrobić może z tego jeszcze większy folwark i miejsce dla zarobkowania całej rodziny, niż obecnie dobrze żyjący z władzami dyrektor szkoły, bo przecież i takie przypadki mają miejsce. Nie jest to więc problem – prywatne, czy państwowe, ale problem w naszej społecznej aktywności i zaangażowaniu.
Jest jeden argument, którego pominąć nie można – w prywatnej można nauczycielowi zapłacić mniej, a „karcianemu” nie. Można, ale czy po to by wykonać taki manewr ominięcia zapisów Karty, trzeba uciekać się do podstępu? Jak Pan myśli, która z decyzji byłaby łatwiejsza do przeprowadzenia – likwidacja Karty Nauczyciela lub jej konkretnych o tym zapisów, czy prywatyzacja wszystkich szkół? Ktoś powie, że prawa rynku regulowałyby wiele funkcji, które stałyby się zbędne, gdyby te szkoły nie były publiczne. A kto przejmowałby odpowiedzialność i konsekwencje upadłych na tym rynku? Taką i wiele podobnych jak opisana wyżej, jedyną szkołę w gminie musiałaby przejąć i tak gmina. Nie trudno jest mi sobie wyobrazić, że jedyny właściciel zadbałby o ekonomiczny aspekt sprawy, o swoje zyski, bo zapewne na tym rynku mógłby sobie pozwolić na niższe płace kadry. Ale czy nie odbiłyby się one na wynikach uczniów? Wielu nauczycieli nie emigruje, bo gdzie indziej dostaliby tyle samo lub niewiele więcej. Wielu jednak podjęłoby ten trud. A przecież górnolotnie zapewniamy o konstytucyjnie zagwarantowanym RÓWNYM dostępie do edukacji. Taka prywatyzacja, gdy niewielu ma ochotę lub możliwości wyciągnięcia na nią własnego grosza z portfela, skończyłaby się na pewno pogłębieniem negatywnej selekcji do zawodu nauczycielskiego, bo nawet Judym i Siłaczka jednak coś jeść muszą. Wieloletni spadek realnej płacy w zawodzie nauczycielskim na początku lat 90’ odbił się pogłębieniem i tak już wcześniej istniejącego problemu – odpływem kadr do innych bardziej intratnych zajęć. Istnienie szkół publicznych i niepublicznych obok siebie daje stosowną równowagę jednym i drugim. W zależności od możliwości i warunków otoczenia, te niepubliczne szkoły funkcjonują dobrze na warunkach rynkowych dlatego właśnie, że są nie zamiast, a obok publicznej.
Drugim miejscem, które odwiedziłam w te wakacje było miasteczko obok opisanego wyżej, tylko nieco większe. Z inicjatywy kilkunastu osób niezadowolonych z uwarunkowań, jak sądzę bardziej środowiskowych niż edukacyjnych, powstało stowarzyszenie, które prowadzi zespół szkół – gimnazjum, liceum ogólnokształcące i technikum. Zespół mały, niemalże kameralny, utrzymuje się z subwencji oświatowej i niewielkiego czesnego 20 do 30 zł miesięcznie (!). Z moich obserwacji wynika, że kadrę stanowią emerytowani nauczyciele, którzy w warunkach wysokiego bezrobocia na tym terenie nie mogą liczyć na dodatkowe zatrudnienie w szkołach publicznych oraz czynni nauczyciele z innych szkół, którzy na kilka godzin zatrudnili się tam jako praca dodatkowa. Faktycznie ich stawki godzinowe są o wiele niższe niż wynikające z Karty Nauczyciela, ale dla nich to i tak dodatkowy zarobek – 25 zł/h brutto. Tu prawa rynku wynikają z koegzystencji obu systemów, publicznego i niepublicznego. Jednak nietrudno jest mi sobie wyobrazić, jakie różnice w nauczycielskich płacach różnych regionów byłyby po całkowitej prywatyzacji. Może najlepszych nauczycieli mogłoby ściągnąć do siebie Zagłębie Miedziowe? Tylko czy na pewno edukację uznano by tam za priorytetową dziedzinę? Wątpię.
- 3. Testy, które miały dać porównywalność wyników.
Faktycznie, mamy porównywalność wyników, tylko wyników czego? Umiejętności zdawania testów. Jednak czy ta umiejętność jest ostatecznym celem edukacji? Stała się celem samym w sobie. Zapatrzeni w zachodnie wzorce przejęliśmy coś, co już w chwili przejęcia było tam mocno krytykowane od wielu lat. Test jest narzędziem pomiaru, pożytecznym elementem w edukacji, ale jeśli jest niemal jedynym i powszechnym, bo łatwym do dokonywania analiz, to istnieje bardzo poważne niebezpieczeństwo, że narzędzie to może tak zakłócić sam proces dydaktyczny i wypaczyć faktycznie realizowane cele, że stanie się motorem destrukcji całego systemu. Niegdyś nasza młodzież wyedukowana na nietestowych systemach oceniania osiągała gorsze wyniki w testach ogólnoświatowych, bo do tej formy nie była wyćwiczona w takim stopniu jak te, które tę formę znały. Ale wystarczyło, że nasz emigrant obył się z nimi, radził sobie w szkolnej rzeczywistości lepiej niż inni. Nie podzielam więc zadowolenia naszych władz oświatowych z coraz lepszych wyników, jakie w tych testach międzynarodowych osiągamy. To tylko wynik opanowania techniki, a nie wyższego poziomu naszej edukacji. Moi dawni absolwenci szkoły podstawowej (jeszcze w początkach lat 90’) byli w moich dziedzinach ścisłych lepiej wyedukowani niż obecni uczniowie liceum, radzili sobie lepiej w nietypowych sytuacjach, a już na pewno nie mieliby kłopotów z mnożeniem przez liczbę „1”, jak to miało niedawno miejsce w jednej z klas licealnych – bo przecież mnożenie przez „1” mieli tak dawno, że pewnie zapomnieli – jakby tu było cokolwiek do zapamiętania (!). I w tym punkcie jestem z Panem redaktorem zgodna, a myślę, że jeszcze większe spustoszenie testy poczyniły w dziedzinach humanistycznych.
Moje wakacyjne lektury raczej należały do lżejszego gatunku, choć i na te zawodowe znalazło się trochę czasu m.in. „Oblicza umysłu. Ucząc się kreatywności” Kena Robinsona, ale o przemyśleniach po tej lekturze innym razem. Jako, że czeka mnie od września dalsze wdrażanie reformy licealnej, sięgnęłam do założeń reformy z 1999 roku. Ileż tam było pustych deklaracji, górnolotnych sformułowań bez pokrycia w rzeczywistości i bez wyobraźni, czym to wszystko się skończy. **) O ocenianiu w założeniach napisano wówczas:
„Zmiany w szkolnym ocenianiu uczniów mają doprowadzić do tego, że będziemy oceniali:
- co innego: pracę, postępy – nie stan,
- inaczej – promując do rozwoju, wyraźniej wskazując uczniowi, co osiągnął, co zrobił dobrze, ile potrafi – nie, czego nie umie,
- z pełniejszą niż dotychczas informacją o aktywności, postępach, trudnościach specjalnych uzdolnieniach uczniów.”
Ładnie to brzmi, prawda? Widać twórcom zabrakło wyobraźni, że zarówno uczniom, rodzicom, jak i nadzorującym najłatwiej będzie ocenić to, co wymierne i porównywalne, a przecież takie narzędzie wszyscy oni dostali do ręki – testy!
Danuta Adamczewska-Królikowska
*) http://www.esep.pl/kiersztyn.pdf – praca magisterska Anny Chaber z 2000r. pod kierunkiem prof. Kazimierza Frieske
**) http://archiwum.wiz.pl/1999/99092600.asp – co o tej edukacyjnej rewolcie myślał jeden z nas nauczycieli Włodzimierz Zielicz – Wiedza i Życie 9/1999


Jak pięknie się czyta człowieka który pisze to co postrzega na gruncie praktycznym nie teoretycznym
Co do karty
„teraz przybrała postać kuriozum biurokratycznego pancerza, z którego ani opancerzony, ani opancerzający nie mają żadnego pożytku.”
To ja się nie zgadzam. Pożytek z niej ma kiepski nauczyciel, którego nie można zwolnić. Mianowany jest świętą krową, której się nie ruszy dopóki nie popełni przestępstwa. Uczyć może byle jak. Zapowiadane hospitacje są karykaturą tego, czym być powinny. Nie chcę się rozpisywać, ale znam to z praktyki.