Zaprogramowanie postaw sprzyjających wyścigowi szczurów uruchamiamy teraz od najwcześniejszych lat, a każdy osobnik obok to wróg, bo może się okazać lepszym od ciebie. Na sicie egzaminacyjnych oczek i różnego rodzaju rankingów przecież nikt nie będzie sprawdzał twoich niemierzalnych, a ważnych dla twego rozwoju cech, twojego rzeczywistego indywidualizmu, kreatywności oraz niezbędnej w życiu umiejętności współpracy, a tylko stopnia opanowania zunifikowanych, formalnych schematów. I ważne byś był w tych schematach lepszy od tego drugiego, nawet za cenę podstawienia mu nogi.
Byłabym niesprawiedliwa, gdybym stwierdziła, że mój zawodowy świat składał się wyłącznie z wyścigu szczurów. Miałam widać niebywałe szczęście, bo wszędzie spotykałam się z elementami współpracy, nie zawsze zaufania, a ich brak akurat nie dotyczył tylko ostatnich lat. Już w XXI wieku miałam to szczęście współtworzyć zespół, którego każdy członek był jak element zdrowego, sprawnego organizmu, gdzie jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego, każdy prześcigał się w pomysłach i niesieniu sobie pomocy dla powodzenia całości. To był piękny czas, tak się dobraliśmy, ale wokół otaczał nas inny świat, zupełnie do nas niepodobny.
Brak zaufania. Gdyby mój dziadek i pradziadek wstali z grobu i mieli przeczytać tomiska spisanych zasad, które miałyby ich obowiązywać, to po pierwsze postukaliby się w głowę i powiedzieli – jak to dobrze, że ja sobie wcześniej umarłem, po czym pospiesznie udaliby się na miejsce swego spoczynku, zastanawiając się po drodze, czy prawidłowo zastosują opisy zasad otwierania wieka trumny, mając jednak nadzieję, że Bóg im to w zaświatach wybaczy, bo to wymysły chorych ludzi XXI wieku, a nie Stwórcy. Po drugie na pewno poszliby potem do Gutenberga, by mu nawtykać, bo w końcu to od niego wszystko się zaczęło.
W zamierzchłych czasach początków mojej aktywności zawodowej napotykałam, co i rusz na zbędne zapisy lub wymaganie ode mnie nie tego, bym wykonywała rzetelnie swe zadania, ale najbardziej tego, bym je ciągle gdzieś tam udokumentowała na piśmie. Wtedy naiwnie składałam to na karb chorego socjalistycznego systemu. Do tego należały jeszcze socjalistyczne systemy wytycznych, zasad do spełnienia i niewychylania się, wszak władza zawsze wiedziała wszystko lepiej.
Teraz po latach dopiero widzę, że głupota w każdym systemie ma się dobrze, tylko wtedy na fali różnorodnych ruchów walki z nią więcej było odważnych, by się jej sprzeciwiać. Teraz, gdy na naszych oczach niszczy się wzajemne zaufanie, szczuje jednych na drugich, nawet sami domagamy się rozszerzania tych głupot, oczywiście zawsze skierowanych na cudze podwórko i inną sferę naszego codziennego życia niż nasza. Już nie mówię o dzielnych, dociekliwych dziennikarzach, czy kontrolerach różnej maści, pytających o dowody na piśmie, ale tzw. zwykłych obywatelach pytających, co i rusz – a gdzie to jest napisane? Stąd nie dziwmy się potem, że każdy w tyle głowy więcej uwagi poświęci na gromadzenie, przepraszam za potoczne wyrażenie „dupokryjek”, niż na rzetelne działanie. Napotykając na jakąkolwiek nieprawidłowość nie zastanawiamy się, gdzie tkwi tego przyczyna, tylko atakujemy skutek wydając jeszcze jeden przepis, jakby już samo wypisanie recepty było panaceum na pokonanie choroby.
Świat się zmienia. Truizm – zawsze się zmieniał. Ale „obecne tempo i skala zmiany technologicznej oznacza, że stoimy w obliczu zmiany paradygmatu w sposobie życia i zarabiania na życie. … Jesteśmy świadkami gwałtownego wzrostu wiedzy i informacji w skali, która dla wcześniejszych pokoleń byłaby niewyobrażalna. Zasoby ludzkiej wiedzy podwajają się w 10 lat, a tempo ekspansji wzrasta. Jednym z rezultatów jest wzrastający stopień specjalizacji we wszystkich dyscyplinach; tendencja, żeby wiedzieć coraz więcej o coraz mniejszym.” *)
By odnosić sukcesy potrzeba więc rzeszy specjalistów wąskich dziedzin, którzy niekoniecznie będą się prześcigać w zunifikowanym zamkniętym zestawie raz na zawsze wyuczonych schematów, ale którzy będą wzajemnie się uzupełniać i współpracować w kreatywnych warunkach ciągłych zmian. A tych zmian już na dłuższą metę nie potrafimy przewidzieć. To dzieje się na naszych oczach – wszystkie firmy na całym świecie odnoszące sukcesy, oparte są na takich zasadach – powodzenie i postęp to nie jakiś tam pojedynczy Steve Jobs, czy Bill Gates (choć uparcie tak nam się to przedstawia w mediach), a nagrody Nobla rzadko są teraz udziałem jednego naukowca, ale współpracujących ze sobą i często doniosłość oraz rolę ich odkrycia zauważa się dopiero po latach.
Współpraca staje się nieodzownym elementem nie tylko na świeczniku nauki, czy postępu technologicznego, ale w każdej codziennej sferze naszego życia. Jednak my obecnie nie wychowujemy do współpracy, a tylko do indywidualnej konkurencji poszczególnych jednostek. Tak jakbyśmy silili się na akademicki model zaprojektowania systemu z klocków, w dodatku w oparciu o zidentyfikowane w przeszłości nieaktualne już problemy. Tylko, że to nie zadziała, bo rzeka popłynęła już do przodu i to w zawrotnym nurcie. Poza tym w naszym przypadku wzięliśmy do tych akademickich analiz nie te dane. Negując wszystko, co w naszej przeszłości i ślepo zapatrzeni na wzorce z innej kultury i przeszłej już epoki, zamiast zrobić krok do przodu w niektórych sferach cofnęliśmy się.
W połowie lat 90’ brałam udział w różnych spotkaniach, panelach, w czasie których zagraniczne delegacje nauczycieli i grup akademickich przyglądając się naszej edukacji analizowały podobieństwa i różnice w naszych systemach, a także, co ich zdaniem zasługuje u nas na docenienie, a czego im właśnie brakuje. Nie było takiej grupy, która nie podkreślałaby u nas pracy zespołowej oraz współpracy i nie były to czcze przejawy kurtuazji wobec gospodarza. Jednak my na te głosy z zewnątrz byliśmy chyba głusi, zapatrzeni na obce wzorce, którymi zachłystywaliśmy się bez refleksji i bijąc w czambuł wszystko, co było. Zatoczyliśmy krąg i wreszcie ktoś zauważył ten mankament, ale czy samo nawoływanie w systemie zbudowanym na szkielecie zunifikowanych testowych progów egzaminacyjnych będzie skuteczne?

O Boże, znowu kreatywność…
Przyznam się: nie wiem, co to znaczy. Za stary jestem i kiedy byłem młody nie uczono o tym. Pewnie nie było kreatywnie…
Próbowałem wielokrotnie „wielogodzinnego eksperymentu myślowego”, który miał w założeniu pozwolić sformułować mi zgodną z common sense i powszechnym użyciem tego słowa definicję tego pojęcia.
Oto i ona:
Kreatywność to cecha pracownika, powodująca, że ciężko tyra, by Zarząd Firmy zarabiał więcej.
. Zgadza się?Kiedyś o człowieku, który potrafić coś stworzyć mówiło się po prostu i trywialnie: „zdolny”. I było to uważane za cechę wrodzoną, której nauczyć nikogo, nijak się nie da. Potem przyszły Steinery, Spocki, Montesori, Keny Robinsony (wiem, to inni naukawcy to wymyślili) i wielu, wielu innych i pod wpływem ich genialnych idei od szkół zaczęto domagać się uczenia tej cechy…
Dawniej nie-zdolnych uczyło się rzetelności, spolegliwości(cieszę się, że Autorka używa tego słowa w czeskim-Tatarkiewicza znaczeniu), umiejętności podstawowych i manualnych.
Zabawne, w ojczyźnie Steinera – Szwajcarii dalej tak jest i żadne testy nie decydują o wysłaniu dziecka do np. piekarza, lecz subiektywna, arbitralna i nieodwoływana opinia nauczycieli szkolnictwa podstawowego…
A pieczywo maja lepsze niż my. Chyba wiedzą więc, co robią.
Artykuł jest dobrze napisany i ciekawy, z wyjątkiem powyższych zastrzeżeń.
Incitatusie, Pan to pewnie był bardzo kreatywnym dzieckiem – widać to z (prawie ) każdej pana wypowiedzi. 🙂
A tak poważnie, to domyślam się iż powodem mojego z Panem nieporozumienia co do tego słowa jest to, że pokutuje tu ostatnio modne, a moim zdaniem nadużywane znaczenie tego określenia w ostatnich czasach i to przez różnej maści couchów i trenerów grupowych.
Podam więc krótkie uzasadnienie dlaczego przywiązuję taką wagę do tego słowa w edukacji. We wczesnym dzieciństwie mózg lepiej rozwija się i skuteczniej opanowuje umiejętności, zapamiętuje zasady i fakty, gdy osobnik sam do tego dochodzi, a nie w wyniku biernego przekazu. Procesy jakie wówczas towarzyszą, to twórcze właśnie tworzenie bardziej trwałych połączeń, gwarantujących wiedzę trwalszą i bardziej zrozumiałą. Wdrożenie takiego nawyku uczenia się daje w dorosłym życiu większe możliwości samokształcenia, a to będzie coraz bardziej ważne w przyszłości, kiedy uczyć się trzeba będzie przez całe życie (nawet recepcjonista). Każde dziecko w mniejszym lub większym stopniu ma taką tendencję samouczenia się przez (twórcze) poznawanie rzeczywistości. W miarę jak dostaje gotową papkę (podawaną przez kogoś) te zdolności zastępowane są odtwarzaniem z pamięci podanych z góry reguł, zasad, wzorów, sposobów. Gdy są one wdrożone po etapie zrozumienia są oczywistym ułatwieniem, ale gdy są podane bez tego etapu są śmietniskiem niepowiązanych ze sobą elementów, trudnych później do odtworzenia i zastosowania. Na etapie uczenia się dziecka ta twórczość właśnie odgrywa niebagatelne znaczenie. Nie chodzi o to by być twórczym w dorosłym życiu np. recepcjonistą, czy tynkarzem, ale o zdobytą w dzieciństwie sprawniejszą zdolność uczenia się. Odkrywanie świata to dla dziecka naprawdę akt twórczy, ale jak pan chce można to nazwać ciekawością poznawczą. To, że szkoła ją zabija nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Ja miałam wielu takich nygusów, którzy mieli niedostateczne oceny z wielu przedmiotów, a na nowym dla nich przedmiocie fizyki w klasie VI oczy świeciły im się z radości i z powodzeniem zaskoczyli wielu swoim zaangażowaniem i wiedzą – bo oni sami to odkrywali, a nie byli zmuszani do wkuwania, do czego pamięci, ani chęci nie mieli.
Niechęć do słowa „kreatywność” bierze się nie z jego polskiego znaczenia, ale z powodu angielskiej kalki z uporem wciskanej do języka w znaczeniu odbiegającym nieco od naszego. W jednej ze znajomych firm jest stanowisko „Dyrektor Kreatywny”. Na dodatek młody człowiek, który je zajmuje, nie rozumie z czego ja się śmieję.
Niedawno pokłóciłem się o słowo „akceptacja”, które po polsku ma jednak nieco inne znaczenie, niż po angielsku. Też nie przekonałem adwersarza.
Chyba ma pan rację. Też o tym właśnie sobie wczoraj pomyślałam. Ale jak wstawić „twórczy”, to nie zawsze oddaje to sens, bo zaraz myślimy niemal o artystycznych lub wynalazczych dziełach. „Pomysłowy” to też odpowiednik tego angielskiego creative i do wielu sytuacji bardzo pasuje. „Kreatywny” na tyle zakorzeniło się w naszym języku, że jego znaczenie jest moim zdaniem przez większość właściwie rozumiane.
Czy to tylko zarząd firmy ma obowiązek bycia kreatywnym, a pracownik to ma tylko bezmyślnie wykonywać rozkazy? Takiej firmie nie wróżę powodzenia. Taką samodzielną kreatywnością to mogą się pochwalić tylko oszuści.
Zgadzam się z Incitatusem co do użycia słowa „spolegliwy”. Niestety najczęściej używa się go u nasz w biurze w znaczeniu „uległy” co z nieznanych powodów wielce mnie irytuje. Jeśli idzie o kreatywnośc ( a więc twórcze podejście do problemów ) to zgadzam się co do tego, że jest potrzebna, z tym, że nie wszędzie. Czy górnik musi byc na szychcie kreatywny? A czy prawnik pisząc wezwanie lub pozew musi to robic w sposób twórczy? Oczywiście, że nie. Potrzeba takiego podejścia pojawia się na poziomie rozwiązywania problemów w pewnych dziedzinach lub pewnych sytuacjach często związanych z pracą zespołową. Istnieje jeszcze pojęcie myślenia lateralnego, którego twórca Edward de Bono zaproponował również doskonały pomysł na współpracę czy może po prostu pretekst do spotkań i rozmów poprzez tworzenie Klubów zajmujących się różnymi aspektami myślenia. Dla naszego ciągle zatomizowanago społeczeństwa moim zdaniem idea takich spotkań jest warta popularyzacji i wspierania. Każdy sposób jest dobry, żeby budowac pozrywane więzi miedzyobywatelskie(ludzkie) w naszym kraju.Może działania takie stałyby się nasionami wzajemnego zaufania, z którego wyrosłyby spółdzielnie, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, towarzystwa kredytowe, i w końcu obywatele postrzegający społeczeństwo jako sprawę wspólną, w najwyższym stopniu zależną od ich postaw, działań,a przede wszystkim współpracy. Ostatecznie, jeżeliby to tzw. myślenie kreatywne miałoby służyc li tylko obudzeniu uśpionej świadomości obywatelskiej, odkryciu możliwości wpływania na wspólne życie, już tylko to byłoby warte świeczki
@a.f. „jeżeliby to tzw. myślenie kreatywne miałoby służyc li tylko obudzeniu uśpionej świadomości obywatelskiej, odkryciu możliwości wpływania na wspólne życie, już tylko to byłoby warte świeczki ” – otóż to.
Na niektórych przykładach widać tego efekty, ale byłyby większe, gdyby takie myślenie zastąpiło zakorzenioną spuściznę narzekania i oczekiwania, że KTOŚ to powinien zrobić. Od ponad 10 lat ćwiczę to na przykładzie Wspólnoty Mieszkaniowej. Dzięki przejęciu w swoje ręce, gdy tylko prawnie można było, daliśmy przykład pozostałym. Nie obyło się bez problemów. Ale z przyjemnością patrzę dziś jak ostatni z kilkudziesięciu budynków wokół zmienia się z zapyziałej ruiny w piękne kolorowe i zadbane osiedle.
Kreatywnie nie musi oznaczać od razu odkrywczo, ale inaczej niż dotychczas, odważnie, przeciwstawić się zakorzenionym stereotypom myślenia.
Konflikt wydaje się być jedynie łatwiejszy w rozumieniu, mógłby więc w praktyce, pozwolę sobie dorzucić do tez artykułu w jego części opisującej współczesność, bywać chętniej wykorzystywany w zastosowaniu, czyli realizacji sposobu, ale i także w tłumaczeniu, czyli w próbie tego sposobu rozumienia. Tworząc system kreatywny zachowajmy więc konkurencję a penalizujmy konflikty. Podejrzewam, że pozostałoby sporo miejsca na współpracę a i konsekwentnie zamysł realizując, jeśli nie wyszłaby z tego przysłowiowa „dolina krzemowa” to w każdym razie blisko.
Konsekwentnie, także takie inne wzorce kulturowe stałoby się nam wtedy być może trudniej określać mianem konfliktowych wobec tych własnych z naszej historii. To że wpływ na więzi społeczne to w praktyce poważna sprawa – pełna zgoda, niestety.
Obawiam się, że słowo konkurencja może nam się jeszcze gorzej kojarzyć niż konflikt. W konkurencji wygrywa silniejszy – siłą czego? Oby argumentów. Często pieniędzy, pozycji społecznej i politycznej. I wcale nie oddala od bycia pokrzywdzonym, a to więzi społecznych nie wzmocni. A przy penalizowaniu konfliktów zrodziłby tylko poczucie – siedź cicho skoroś niewiele znaczący w tej konkurencji. Tę cechę konformizmu to my ćwiczymy z powodzeniem od lat – panie, co ja mogę, no co ja mogę?
Niech to pozostanie kwestią skojarzeń. Konkurencja to dla mnie przede wszystkim wybór a więc i zachowanie możliwości wyboru lepszego. Konflikt może być oczywiście nieunikniony w imię własnej argumentacji, przy czym niekoniecznie korzyści, w obu takich przypadkach, jeśli jest nieunikniony, należałoby go wygrać, fair – nic tu więc z konformizmu typu siedzenia cicho. Mowa o roli i wykorzystywaniu konfliktu w tworzeniu systemu kreatywnego – vide pierwsza część artykułu „wyścig szczurów”, zaś o postępującej roli synergii mówi przecież część trzecia „świat się zmienia” – czyli zgoda z autorką. Konkluzję dotycząca wzorców kulturowych potraktujmy jako rozszerzenie tezy.