Akademizacja życia. Zapewne każdy z Państwa spotkał się z przypadkiem akademickiej rozprawy lub badaniem naukowym, że po przeczytaniu wniosków zachodzili Państwo w głowę – czy do tego, by to stwierdzić potrzeba było aż badań naukowych? A czasem wynik badania urągał logice i obserwowanej rzeczywistości, bo – za mała próba, nie te dane wejściowe, niedobrane narzędzia itp. Nie mam nic przeciwko badaniom naukowym, ale my bez tej akademizacji to już nie potrafimy żyć. Choć czasem takie badania kończą się wnioskami jak z tej anegdoty o musze, co to bez nóżek ogłuchła lub nie uruchamiamy żadnego procesu własnego myślenia w oczekiwaniu na fachowców od badania słuchu u much.
Pisałam poprzednio o pewnej szkole w małej gminie , która od lat uzyskuje jedne z najlepszych wyników w powiecie. Jestem przekonana o tym, że gdyby zjawiła się tam standardowa ekipa od badań tego stanu rzeczy, to nie dojdą do takich wniosków, jak ja bez tychże badań właśnie. Wyposażeni w standardowe narzędzia opiszą spełnianie formalnych wymagań, zbadają procedury, pochwalą dyrektora, a może i nauczycieli. Ale nie będą znali prawdziwych przyczyn, bo niby dlaczego te same procedury działają tu, a gdzie indziej zawodzą? Nietrudno się potem dziwić, że i wnioski mogą być nietrafne. Bo akademizacja takich badań (ich unifikacja w imię zasad porównywalności wyników) często nie bierze setek innych czynników indywidualnych, charakterystycznych dla poszczególnych przypadków. A życie to nie zbiór jednoznacznie określonych wzorców. Przede wszystkim nie weźmie pod uwagę wzorców kulturowych i więzi społecznych, nie zbada, z czego one wynikają i że to być może one są w tym dużo ważniejsze niż badane przez nich procedury i normy. Im nawet nie przyjdzie do głowy inny wniosek, choć powinien, gdyby znali historię, że przed ich wprowadzeniem ta szkoła też pracowała najlepiej. Dla nich w tym przypadku będzie – mucha paszła.
Na co dzień nie zastanawiamy się, jak bardzo więzi społeczne wpływają na nasze życie, na rozwiązywanie problemów i osiąganie celów. I nie pomogą tu żadne wymyślne systemy mierzalnych, standardowych procedur i norm, przekazywanie wzorców planów wynikowych mierzalnych elementów. Bo te niemierzalne, a w każdym razie trudno mierzalne, są najistotniejsze – współpraca, zaufanie, spolegliwość, kreatywność, odpowiedzialność. A my uparliśmy się by wszystko zmierzyć i bez miarki niedługo będziemy się bali wyjść z domu -jedynego miejsca, w którym nie spisaliśmy jeszcze regulaminów postępowania w opasłych tomach, nie określiliśmy na piśmie wizji i misji naszego każdego dnia i nie powiesiliśmy jeszcze rano na drzwiach lodówki codziennego planu wynikowego. Przed, czy po wieczornym umyciu zębów trzeba by ten plan skonfrontować z realizacją i napisać program naprawczy?
W atmosferze braku zaufania, podejrzliwości, szczucia na siebie wzajemnie i wyścigu szczurów będzie nam żyć coraz trudniej. A my z każdym rokiem tej atmosferze poddajemy się, w końcu akceptujemy jako normę, szczucie nazywamy kontrolą społeczną, a ciągłe konfliktowanie i obrzucanie się błotem zdobyczą demokracji i przynależnym jej prawem do głosu. Te więzi społeczne buduje się całymi latami, raz zniszczone odbudować trudno.
Na koniec zapraszam Państwa na spotkanie z Kenem Robinsonem, tym razem o kreatywności
Danuta Adamczewska-Królikowska
*) Ken Robinson – Oblicza umysłu. Ucząc się kreatywności – Wydawnictwo ELEMENT, 2010r. – str. 123, 215
PS. Od redakcji.


O Boże, znowu kreatywność…
Przyznam się: nie wiem, co to znaczy. Za stary jestem i kiedy byłem młody nie uczono o tym. Pewnie nie było kreatywnie…
Próbowałem wielokrotnie „wielogodzinnego eksperymentu myślowego”, który miał w założeniu pozwolić sformułować mi zgodną z common sense i powszechnym użyciem tego słowa definicję tego pojęcia.
Oto i ona:
Kreatywność to cecha pracownika, powodująca, że ciężko tyra, by Zarząd Firmy zarabiał więcej.
. Zgadza się?Kiedyś o człowieku, który potrafić coś stworzyć mówiło się po prostu i trywialnie: „zdolny”. I było to uważane za cechę wrodzoną, której nauczyć nikogo, nijak się nie da. Potem przyszły Steinery, Spocki, Montesori, Keny Robinsony (wiem, to inni naukawcy to wymyślili) i wielu, wielu innych i pod wpływem ich genialnych idei od szkół zaczęto domagać się uczenia tej cechy…
Dawniej nie-zdolnych uczyło się rzetelności, spolegliwości(cieszę się, że Autorka używa tego słowa w czeskim-Tatarkiewicza znaczeniu), umiejętności podstawowych i manualnych.
Zabawne, w ojczyźnie Steinera – Szwajcarii dalej tak jest i żadne testy nie decydują o wysłaniu dziecka do np. piekarza, lecz subiektywna, arbitralna i nieodwoływana opinia nauczycieli szkolnictwa podstawowego…
A pieczywo maja lepsze niż my. Chyba wiedzą więc, co robią.
Artykuł jest dobrze napisany i ciekawy, z wyjątkiem powyższych zastrzeżeń.
Incitatusie, Pan to pewnie był bardzo kreatywnym dzieckiem – widać to z (prawie ) każdej pana wypowiedzi. 🙂
A tak poważnie, to domyślam się iż powodem mojego z Panem nieporozumienia co do tego słowa jest to, że pokutuje tu ostatnio modne, a moim zdaniem nadużywane znaczenie tego określenia w ostatnich czasach i to przez różnej maści couchów i trenerów grupowych.
Podam więc krótkie uzasadnienie dlaczego przywiązuję taką wagę do tego słowa w edukacji. We wczesnym dzieciństwie mózg lepiej rozwija się i skuteczniej opanowuje umiejętności, zapamiętuje zasady i fakty, gdy osobnik sam do tego dochodzi, a nie w wyniku biernego przekazu. Procesy jakie wówczas towarzyszą, to twórcze właśnie tworzenie bardziej trwałych połączeń, gwarantujących wiedzę trwalszą i bardziej zrozumiałą. Wdrożenie takiego nawyku uczenia się daje w dorosłym życiu większe możliwości samokształcenia, a to będzie coraz bardziej ważne w przyszłości, kiedy uczyć się trzeba będzie przez całe życie (nawet recepcjonista). Każde dziecko w mniejszym lub większym stopniu ma taką tendencję samouczenia się przez (twórcze) poznawanie rzeczywistości. W miarę jak dostaje gotową papkę (podawaną przez kogoś) te zdolności zastępowane są odtwarzaniem z pamięci podanych z góry reguł, zasad, wzorów, sposobów. Gdy są one wdrożone po etapie zrozumienia są oczywistym ułatwieniem, ale gdy są podane bez tego etapu są śmietniskiem niepowiązanych ze sobą elementów, trudnych później do odtworzenia i zastosowania. Na etapie uczenia się dziecka ta twórczość właśnie odgrywa niebagatelne znaczenie. Nie chodzi o to by być twórczym w dorosłym życiu np. recepcjonistą, czy tynkarzem, ale o zdobytą w dzieciństwie sprawniejszą zdolność uczenia się. Odkrywanie świata to dla dziecka naprawdę akt twórczy, ale jak pan chce można to nazwać ciekawością poznawczą. To, że szkoła ją zabija nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Ja miałam wielu takich nygusów, którzy mieli niedostateczne oceny z wielu przedmiotów, a na nowym dla nich przedmiocie fizyki w klasie VI oczy świeciły im się z radości i z powodzeniem zaskoczyli wielu swoim zaangażowaniem i wiedzą – bo oni sami to odkrywali, a nie byli zmuszani do wkuwania, do czego pamięci, ani chęci nie mieli.
Niechęć do słowa „kreatywność” bierze się nie z jego polskiego znaczenia, ale z powodu angielskiej kalki z uporem wciskanej do języka w znaczeniu odbiegającym nieco od naszego. W jednej ze znajomych firm jest stanowisko „Dyrektor Kreatywny”. Na dodatek młody człowiek, który je zajmuje, nie rozumie z czego ja się śmieję.
Niedawno pokłóciłem się o słowo „akceptacja”, które po polsku ma jednak nieco inne znaczenie, niż po angielsku. Też nie przekonałem adwersarza.
Chyba ma pan rację. Też o tym właśnie sobie wczoraj pomyślałam. Ale jak wstawić „twórczy”, to nie zawsze oddaje to sens, bo zaraz myślimy niemal o artystycznych lub wynalazczych dziełach. „Pomysłowy” to też odpowiednik tego angielskiego creative i do wielu sytuacji bardzo pasuje. „Kreatywny” na tyle zakorzeniło się w naszym języku, że jego znaczenie jest moim zdaniem przez większość właściwie rozumiane.
Czy to tylko zarząd firmy ma obowiązek bycia kreatywnym, a pracownik to ma tylko bezmyślnie wykonywać rozkazy? Takiej firmie nie wróżę powodzenia. Taką samodzielną kreatywnością to mogą się pochwalić tylko oszuści.
Zgadzam się z Incitatusem co do użycia słowa „spolegliwy”. Niestety najczęściej używa się go u nasz w biurze w znaczeniu „uległy” co z nieznanych powodów wielce mnie irytuje. Jeśli idzie o kreatywnośc ( a więc twórcze podejście do problemów ) to zgadzam się co do tego, że jest potrzebna, z tym, że nie wszędzie. Czy górnik musi byc na szychcie kreatywny? A czy prawnik pisząc wezwanie lub pozew musi to robic w sposób twórczy? Oczywiście, że nie. Potrzeba takiego podejścia pojawia się na poziomie rozwiązywania problemów w pewnych dziedzinach lub pewnych sytuacjach często związanych z pracą zespołową. Istnieje jeszcze pojęcie myślenia lateralnego, którego twórca Edward de Bono zaproponował również doskonały pomysł na współpracę czy może po prostu pretekst do spotkań i rozmów poprzez tworzenie Klubów zajmujących się różnymi aspektami myślenia. Dla naszego ciągle zatomizowanago społeczeństwa moim zdaniem idea takich spotkań jest warta popularyzacji i wspierania. Każdy sposób jest dobry, żeby budowac pozrywane więzi miedzyobywatelskie(ludzkie) w naszym kraju.Może działania takie stałyby się nasionami wzajemnego zaufania, z którego wyrosłyby spółdzielnie, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, towarzystwa kredytowe, i w końcu obywatele postrzegający społeczeństwo jako sprawę wspólną, w najwyższym stopniu zależną od ich postaw, działań,a przede wszystkim współpracy. Ostatecznie, jeżeliby to tzw. myślenie kreatywne miałoby służyc li tylko obudzeniu uśpionej świadomości obywatelskiej, odkryciu możliwości wpływania na wspólne życie, już tylko to byłoby warte świeczki
@a.f. „jeżeliby to tzw. myślenie kreatywne miałoby służyc li tylko obudzeniu uśpionej świadomości obywatelskiej, odkryciu możliwości wpływania na wspólne życie, już tylko to byłoby warte świeczki ” – otóż to.
Na niektórych przykładach widać tego efekty, ale byłyby większe, gdyby takie myślenie zastąpiło zakorzenioną spuściznę narzekania i oczekiwania, że KTOŚ to powinien zrobić. Od ponad 10 lat ćwiczę to na przykładzie Wspólnoty Mieszkaniowej. Dzięki przejęciu w swoje ręce, gdy tylko prawnie można było, daliśmy przykład pozostałym. Nie obyło się bez problemów. Ale z przyjemnością patrzę dziś jak ostatni z kilkudziesięciu budynków wokół zmienia się z zapyziałej ruiny w piękne kolorowe i zadbane osiedle.
Kreatywnie nie musi oznaczać od razu odkrywczo, ale inaczej niż dotychczas, odważnie, przeciwstawić się zakorzenionym stereotypom myślenia.
Konflikt wydaje się być jedynie łatwiejszy w rozumieniu, mógłby więc w praktyce, pozwolę sobie dorzucić do tez artykułu w jego części opisującej współczesność, bywać chętniej wykorzystywany w zastosowaniu, czyli realizacji sposobu, ale i także w tłumaczeniu, czyli w próbie tego sposobu rozumienia. Tworząc system kreatywny zachowajmy więc konkurencję a penalizujmy konflikty. Podejrzewam, że pozostałoby sporo miejsca na współpracę a i konsekwentnie zamysł realizując, jeśli nie wyszłaby z tego przysłowiowa „dolina krzemowa” to w każdym razie blisko.
Konsekwentnie, także takie inne wzorce kulturowe stałoby się nam wtedy być może trudniej określać mianem konfliktowych wobec tych własnych z naszej historii. To że wpływ na więzi społeczne to w praktyce poważna sprawa – pełna zgoda, niestety.
Obawiam się, że słowo konkurencja może nam się jeszcze gorzej kojarzyć niż konflikt. W konkurencji wygrywa silniejszy – siłą czego? Oby argumentów. Często pieniędzy, pozycji społecznej i politycznej. I wcale nie oddala od bycia pokrzywdzonym, a to więzi społecznych nie wzmocni. A przy penalizowaniu konfliktów zrodziłby tylko poczucie – siedź cicho skoroś niewiele znaczący w tej konkurencji. Tę cechę konformizmu to my ćwiczymy z powodzeniem od lat – panie, co ja mogę, no co ja mogę?
Niech to pozostanie kwestią skojarzeń. Konkurencja to dla mnie przede wszystkim wybór a więc i zachowanie możliwości wyboru lepszego. Konflikt może być oczywiście nieunikniony w imię własnej argumentacji, przy czym niekoniecznie korzyści, w obu takich przypadkach, jeśli jest nieunikniony, należałoby go wygrać, fair – nic tu więc z konformizmu typu siedzenia cicho. Mowa o roli i wykorzystywaniu konfliktu w tworzeniu systemu kreatywnego – vide pierwsza część artykułu „wyścig szczurów”, zaś o postępującej roli synergii mówi przecież część trzecia „świat się zmienia” – czyli zgoda z autorką. Konkluzję dotycząca wzorców kulturowych potraktujmy jako rozszerzenie tezy.