„Zgoda buduje, niezgoda rujnuje” – słyszę do dziś słowa często powtarzane przez mojego ojca. To on pełnił w bliższej i dalszej rodzinie rolę mediatora konfliktów i taka postawa nie miała nic wspólnego z konformizmem, bo niepozostawanie obojętnym na niszczące konflikty wymaga dużych pokładów nonkonformizmu i doceniania wagi więzi rodzinnych. Takiego mediatora musi cechować poszanowanie dla argumentów i racji wielu stron, ale i niezgoda właśnie na głupotę i krzywdę innych oraz zdolność do empatii i spolegliwości (w tym właściwym dla tego słowa znaczeniu). Jak bardzo te cechy są cenne ludzie przekonują się, gdy takiego mediatora w ich otoczeniu zabraknie, a scalane przez niego elementy rozsypują się nagle jak domek z kart przy najmniejszym podmuchu wiatru.
Z niepokojem patrzę na otaczającą mnie rzeczywistość karmiącą się konfliktami właśnie. Konflikt był zawsze motorem działania, nie problem więc w tym, by go nie było, ale w umiejętności rozwiązywania go i w tym, by nie był jedynym motorem. Po drugiej stronie tego napędu są równie ważne, jeśli nie ważniejsze: poczucie wspólnoty, przynależności i wsparcia. A tego w świecie, w którym żyję jak na lekarstwo.
[border width=”3″ color=”#dd3333″]Artykuł podzielony na strony. Dostęp do kolejnych stron – poprzez kliknięcie na ich numerach poniżej[/border]Bo jaki jest mój świat?
Wyścig szczurów, oznaczający nastawienie na indywidualny sukces każdego osobnika niezważający na to, że każdy z nich jest integralnym elementem jakiejś całości (myślę, że społeczność szczurów bardzo by się obraziła za zapożyczenie ich nazwy do tego przykładu). Osobista kariera, osobisty sukces, wreszcie nawet postawy typu „po trupach do celu” są nie tylko akceptowane, ale i przez ogół pożądane. Wzorzec „od pucybuta do milionera” stał się u nas powszechnym marzeniem i nikogo nie interesowało jak on to zrobił – ciężką pracą, zdolnościami, czy oszustwem. Nagradzanym uznaniem był sam cel, czyli sukces osobisty i to dotyczy każdej dziedziny, a kuriozalnym przykładem jest to, że do tzw. partii politycznych i innych organizacji wstępuje się nie dla działania na rzecz wyznawanych wartości, ale często dla osobistych karier lub korzyści. My to powszechnie widzimy i nawet nie dziwimy się temu.


O Boże, znowu kreatywność…
Przyznam się: nie wiem, co to znaczy. Za stary jestem i kiedy byłem młody nie uczono o tym. Pewnie nie było kreatywnie…
Próbowałem wielokrotnie „wielogodzinnego eksperymentu myślowego”, który miał w założeniu pozwolić sformułować mi zgodną z common sense i powszechnym użyciem tego słowa definicję tego pojęcia.
Oto i ona:
Kreatywność to cecha pracownika, powodująca, że ciężko tyra, by Zarząd Firmy zarabiał więcej.
. Zgadza się?Kiedyś o człowieku, który potrafić coś stworzyć mówiło się po prostu i trywialnie: „zdolny”. I było to uważane za cechę wrodzoną, której nauczyć nikogo, nijak się nie da. Potem przyszły Steinery, Spocki, Montesori, Keny Robinsony (wiem, to inni naukawcy to wymyślili) i wielu, wielu innych i pod wpływem ich genialnych idei od szkół zaczęto domagać się uczenia tej cechy…
Dawniej nie-zdolnych uczyło się rzetelności, spolegliwości(cieszę się, że Autorka używa tego słowa w czeskim-Tatarkiewicza znaczeniu), umiejętności podstawowych i manualnych.
Zabawne, w ojczyźnie Steinera – Szwajcarii dalej tak jest i żadne testy nie decydują o wysłaniu dziecka do np. piekarza, lecz subiektywna, arbitralna i nieodwoływana opinia nauczycieli szkolnictwa podstawowego…
A pieczywo maja lepsze niż my. Chyba wiedzą więc, co robią.
Artykuł jest dobrze napisany i ciekawy, z wyjątkiem powyższych zastrzeżeń.
Incitatusie, Pan to pewnie był bardzo kreatywnym dzieckiem – widać to z (prawie ) każdej pana wypowiedzi. 🙂
A tak poważnie, to domyślam się iż powodem mojego z Panem nieporozumienia co do tego słowa jest to, że pokutuje tu ostatnio modne, a moim zdaniem nadużywane znaczenie tego określenia w ostatnich czasach i to przez różnej maści couchów i trenerów grupowych.
Podam więc krótkie uzasadnienie dlaczego przywiązuję taką wagę do tego słowa w edukacji. We wczesnym dzieciństwie mózg lepiej rozwija się i skuteczniej opanowuje umiejętności, zapamiętuje zasady i fakty, gdy osobnik sam do tego dochodzi, a nie w wyniku biernego przekazu. Procesy jakie wówczas towarzyszą, to twórcze właśnie tworzenie bardziej trwałych połączeń, gwarantujących wiedzę trwalszą i bardziej zrozumiałą. Wdrożenie takiego nawyku uczenia się daje w dorosłym życiu większe możliwości samokształcenia, a to będzie coraz bardziej ważne w przyszłości, kiedy uczyć się trzeba będzie przez całe życie (nawet recepcjonista). Każde dziecko w mniejszym lub większym stopniu ma taką tendencję samouczenia się przez (twórcze) poznawanie rzeczywistości. W miarę jak dostaje gotową papkę (podawaną przez kogoś) te zdolności zastępowane są odtwarzaniem z pamięci podanych z góry reguł, zasad, wzorów, sposobów. Gdy są one wdrożone po etapie zrozumienia są oczywistym ułatwieniem, ale gdy są podane bez tego etapu są śmietniskiem niepowiązanych ze sobą elementów, trudnych później do odtworzenia i zastosowania. Na etapie uczenia się dziecka ta twórczość właśnie odgrywa niebagatelne znaczenie. Nie chodzi o to by być twórczym w dorosłym życiu np. recepcjonistą, czy tynkarzem, ale o zdobytą w dzieciństwie sprawniejszą zdolność uczenia się. Odkrywanie świata to dla dziecka naprawdę akt twórczy, ale jak pan chce można to nazwać ciekawością poznawczą. To, że szkoła ją zabija nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Ja miałam wielu takich nygusów, którzy mieli niedostateczne oceny z wielu przedmiotów, a na nowym dla nich przedmiocie fizyki w klasie VI oczy świeciły im się z radości i z powodzeniem zaskoczyli wielu swoim zaangażowaniem i wiedzą – bo oni sami to odkrywali, a nie byli zmuszani do wkuwania, do czego pamięci, ani chęci nie mieli.
Niechęć do słowa „kreatywność” bierze się nie z jego polskiego znaczenia, ale z powodu angielskiej kalki z uporem wciskanej do języka w znaczeniu odbiegającym nieco od naszego. W jednej ze znajomych firm jest stanowisko „Dyrektor Kreatywny”. Na dodatek młody człowiek, który je zajmuje, nie rozumie z czego ja się śmieję.
Niedawno pokłóciłem się o słowo „akceptacja”, które po polsku ma jednak nieco inne znaczenie, niż po angielsku. Też nie przekonałem adwersarza.
Chyba ma pan rację. Też o tym właśnie sobie wczoraj pomyślałam. Ale jak wstawić „twórczy”, to nie zawsze oddaje to sens, bo zaraz myślimy niemal o artystycznych lub wynalazczych dziełach. „Pomysłowy” to też odpowiednik tego angielskiego creative i do wielu sytuacji bardzo pasuje. „Kreatywny” na tyle zakorzeniło się w naszym języku, że jego znaczenie jest moim zdaniem przez większość właściwie rozumiane.
Czy to tylko zarząd firmy ma obowiązek bycia kreatywnym, a pracownik to ma tylko bezmyślnie wykonywać rozkazy? Takiej firmie nie wróżę powodzenia. Taką samodzielną kreatywnością to mogą się pochwalić tylko oszuści.
Zgadzam się z Incitatusem co do użycia słowa „spolegliwy”. Niestety najczęściej używa się go u nasz w biurze w znaczeniu „uległy” co z nieznanych powodów wielce mnie irytuje. Jeśli idzie o kreatywnośc ( a więc twórcze podejście do problemów ) to zgadzam się co do tego, że jest potrzebna, z tym, że nie wszędzie. Czy górnik musi byc na szychcie kreatywny? A czy prawnik pisząc wezwanie lub pozew musi to robic w sposób twórczy? Oczywiście, że nie. Potrzeba takiego podejścia pojawia się na poziomie rozwiązywania problemów w pewnych dziedzinach lub pewnych sytuacjach często związanych z pracą zespołową. Istnieje jeszcze pojęcie myślenia lateralnego, którego twórca Edward de Bono zaproponował również doskonały pomysł na współpracę czy może po prostu pretekst do spotkań i rozmów poprzez tworzenie Klubów zajmujących się różnymi aspektami myślenia. Dla naszego ciągle zatomizowanago społeczeństwa moim zdaniem idea takich spotkań jest warta popularyzacji i wspierania. Każdy sposób jest dobry, żeby budowac pozrywane więzi miedzyobywatelskie(ludzkie) w naszym kraju.Może działania takie stałyby się nasionami wzajemnego zaufania, z którego wyrosłyby spółdzielnie, towarzystwa ubezpieczeń wzajemnych, towarzystwa kredytowe, i w końcu obywatele postrzegający społeczeństwo jako sprawę wspólną, w najwyższym stopniu zależną od ich postaw, działań,a przede wszystkim współpracy. Ostatecznie, jeżeliby to tzw. myślenie kreatywne miałoby służyc li tylko obudzeniu uśpionej świadomości obywatelskiej, odkryciu możliwości wpływania na wspólne życie, już tylko to byłoby warte świeczki
@a.f. „jeżeliby to tzw. myślenie kreatywne miałoby służyc li tylko obudzeniu uśpionej świadomości obywatelskiej, odkryciu możliwości wpływania na wspólne życie, już tylko to byłoby warte świeczki ” – otóż to.
Na niektórych przykładach widać tego efekty, ale byłyby większe, gdyby takie myślenie zastąpiło zakorzenioną spuściznę narzekania i oczekiwania, że KTOŚ to powinien zrobić. Od ponad 10 lat ćwiczę to na przykładzie Wspólnoty Mieszkaniowej. Dzięki przejęciu w swoje ręce, gdy tylko prawnie można było, daliśmy przykład pozostałym. Nie obyło się bez problemów. Ale z przyjemnością patrzę dziś jak ostatni z kilkudziesięciu budynków wokół zmienia się z zapyziałej ruiny w piękne kolorowe i zadbane osiedle.
Kreatywnie nie musi oznaczać od razu odkrywczo, ale inaczej niż dotychczas, odważnie, przeciwstawić się zakorzenionym stereotypom myślenia.
Konflikt wydaje się być jedynie łatwiejszy w rozumieniu, mógłby więc w praktyce, pozwolę sobie dorzucić do tez artykułu w jego części opisującej współczesność, bywać chętniej wykorzystywany w zastosowaniu, czyli realizacji sposobu, ale i także w tłumaczeniu, czyli w próbie tego sposobu rozumienia. Tworząc system kreatywny zachowajmy więc konkurencję a penalizujmy konflikty. Podejrzewam, że pozostałoby sporo miejsca na współpracę a i konsekwentnie zamysł realizując, jeśli nie wyszłaby z tego przysłowiowa „dolina krzemowa” to w każdym razie blisko.
Konsekwentnie, także takie inne wzorce kulturowe stałoby się nam wtedy być może trudniej określać mianem konfliktowych wobec tych własnych z naszej historii. To że wpływ na więzi społeczne to w praktyce poważna sprawa – pełna zgoda, niestety.
Obawiam się, że słowo konkurencja może nam się jeszcze gorzej kojarzyć niż konflikt. W konkurencji wygrywa silniejszy – siłą czego? Oby argumentów. Często pieniędzy, pozycji społecznej i politycznej. I wcale nie oddala od bycia pokrzywdzonym, a to więzi społecznych nie wzmocni. A przy penalizowaniu konfliktów zrodziłby tylko poczucie – siedź cicho skoroś niewiele znaczący w tej konkurencji. Tę cechę konformizmu to my ćwiczymy z powodzeniem od lat – panie, co ja mogę, no co ja mogę?
Niech to pozostanie kwestią skojarzeń. Konkurencja to dla mnie przede wszystkim wybór a więc i zachowanie możliwości wyboru lepszego. Konflikt może być oczywiście nieunikniony w imię własnej argumentacji, przy czym niekoniecznie korzyści, w obu takich przypadkach, jeśli jest nieunikniony, należałoby go wygrać, fair – nic tu więc z konformizmu typu siedzenia cicho. Mowa o roli i wykorzystywaniu konfliktu w tworzeniu systemu kreatywnego – vide pierwsza część artykułu „wyścig szczurów”, zaś o postępującej roli synergii mówi przecież część trzecia „świat się zmienia” – czyli zgoda z autorką. Konkluzję dotycząca wzorców kulturowych potraktujmy jako rozszerzenie tezy.