Słowa te padły w kraju, w którym dramatycznie brakuje lekarzy, a ci, którzy nam jeszcze zostali, pracują ponad siły, ryzykując własne zdrowie i życie. Chwała im za to, ale przecież lekarz przemęczony cudów nie dokona, a może raczej potrafi czynić tylko cuda. No więc niech jadą, bo rząd się jakoś wyleczy, choć tego nie potrzebuje, skoro lekceważy objawy chorobowe u siebie.
Na zapaść w służbie zdrowia solidarnie pracowały różne rządy. Ten jednak, zamiast zapowiadanej dobrej zmiany, ogranicza programy opieki kardiologicznej, okołoporodowej, onkologicznej, psychiatrycznej i pewnie kilku innych, o których mogłem nie słyszeć.
Za to mówi się nam, że rezydenci nie mają wcale źle, bo widziano, że popijają sobie latte, może nawet sojowe, a nie procenty, jak na prawdziwego Polaka przystało. Robienie z rzeczy niewinnych pretekstów do podjudzania jednych obywateli na drugich jest stałą metodą tej władzy, a jej postawa wobec lekarzy jest fragmentem większej całości.
Zachętę do wyjeżdżania my, protestujący przeciw nadużyciom władzy, słyszymy przecież stale od jej bezkrytycznych zwolenników. W słowach mniej wybrednych, w zasadzie urobionych od jednego czasownika uniwersalnego zastosowania. Gdy wszyscy samodzielnie myślący, którzy nie są w stanie przyswoić sobie propagandowych sloganów, stąd wyjadą, władza wreszcie osiągnie swój cel główny, deklarowany w kampanii wyborczej – jedność narodu.
Zabraknie doświadczonych fachowców, co wymusi innowacje w gospodarce. Coraz liczniejsze ciąże, z pomocą nadprzyrodzoną, bo lekarzy i położnych już nie będzie, zostaną donoszone ze skutkiem zgodnym z racją stanu, zwłaszcza stanu kapłańskiego. System emerytalny uniknie załamania dzięki dobrej zmianie w kardiologii, a odchodzące na emeryturę pielęgniarki, z braku chętnych do zawodu, zostaną zastąpione przez ochotników Wojskowej Ochrony Terytorialnej po 18-tygodniowym kursie.
Nie dajmy sobie wmówić, że lekarze dla pieniędzy sięgają po drastyczne formy protestu. W czasach „Solidarności” mogli liczyć na strajki solidarnościowe innych grup zawodowych. Dziś nie ma ani tamtej „Solidarności”, ani tych grup. Bardziej od kwestii płacowych lekarzom dokuczają bolączki organizacyjne: nieracjonalny system finansowania leczenia, obowiązki biurokratyczne, które gdzie indziej wykonują sekretarki medyczne, i które odbierają im czas dla pacjenta i czas na śledzenie nowych terapii, niewystarczająca pomoc pielęgniarska, a przede wszystkim dojmujące zmęczenie.
Brońmy ginącej służby zdrowia, brońmy naszego miejsca na tej ziemi!
Adam Grobler


Słowa. „Brońmy ginącej służby zdrowia, brońmy naszego miejsca na tej ziemi!”
Wszyscy jesteśmy „skażeni” słowami. Często to właśnie słowa są przyczyną problemów. Fraza „służba zdrowia” – oznacza dziś tylko jedno, że to jest „służba”, i jak każda służba ma siedzieć cicho i obsługiwać Pana (suwerena).
Może kiedy wprowadzano tę formę chodziło o odpowiednik „służby publicznej” (m.in. wojska, policji, służb i straży), ale służbie publicznej przysługuje ” wiele szczególnych uprawnień, rekompensujących zwiększone obowiązki urzędnika, w tym jego dyspozycyjność”, w ochronie zdrowia brak rekompensaty, a dodatkowe obowiązki i uciążliwości medyków uzasadnia się bardzo pojemną i dowolnie interpretowaną przysięgą Hipokratesa.
*
Nikt nie broni medyków. Każdy uważa, że mu się należy. Wszystko w jak najlepszym gatunku. Profilaktycznie obstawia się lekarzami [znajomymi] – przekonany, że to skróci mu drogę do zdrowia.
Każdy narzeka na lekarza. Na lekarzy, że nie dają leku, skierowania, że kolejka, że nieuprzejmy, że niemiły, że cham, że … przecież płacą składki. Każda władza (od kiedy ten problem dotyczy mnie osobiście) uruchamiała nagonkę w mediach, kiedy lekarze protestowali.
Było wtedy głośno o pijanych lekarzach, o łapówkach, o błędach lekarskich, o lekarzach bez serca. Jak mantra powracało hasło „pokaż lekarzu co masz w garażu”.
*
Kiedy trzeba walczyć, pacjenci są akurat zdrowi i to nie ich problem, albo przeciwnie są chorzy i nie mają zdrowia …
Pacjenci nie myślą perspektywicznie, oceniają tylko to, co ich spotyka, bez uwzględnienia przyczyn. Ma być tak jak na Zachodzie i już. Czary mary.
„W głowach się tym medykom poprzewracało. oni tylko o pieniądzach.”
*
Nawet NIL nie zauważa, jak bardzo nasze (jej/lekarzy) myślenie jest zdeformowane ideologicznie. Deklarują:
„Młodzi lekarze, którzy przez zaangażowanie w trwający od 2 października protest ponoszą straty finansowe, bo np. nie pełnią dodatkowych dyżurów, mogą liczyć na pomoc materialną ze strony samorządu lekarskiego. To jedna z decyzji podjętych przez Naczelną Radę Lekarską.” http://www.mp.pl/kurier/174652,samorzad-lekarski-wesprze-protestujacych-rowniez-finansowo
!!! Ponoszą straty finansowe = nie mają za co żyć „bo np. nie pełnią dodatkowych dyżurów” co jakiś lekarz skomentował:
Nadal uważają, ze „lekarz powinien zarabiać tylko wtedy jak dorabia””
Tak uważają wszyscy. Podejrzewam, że przyczyną jest nieszczęsny doktor Judym. Uczono nas (mnie), że jego postawa była właściwa/szlachetna, w przeciwieństwie do tych wrednych lekarzy, którzy leczyli tylko za pieniądze. Szkoła wbiła nam do głów, że lekarz nie ma prawa brać pieniędzy za swoją pracę, bo to jego misja i służba, nie praca. A kiedy oczekuje godziwej płacy, słyszy, że jest chciwy i nieetyczny.
A warunki pracy? „Kradną, mają dla swoich”, więc jest jak jest.
Jest źle. W ochronie zdrowia jest bardzo źle, ale będzie gorzej.
Lekarza trudno zastąpić pospolitym ruszeniem. Kilkanaście lat nauki, tego się łatwo nie przeskoczy. Musimy się przygotować, że będą nas leczyli szarlatani, uzdrowiciele, może cudzoziemcy (ale gdzie są tacy, którzy przyjdą pracować za nasze stawki?).
Przemęczeni lekarze ryzykują nie tylko swoje zdrowie. Również nasze. To warto dodać…