Krzysztof Łoziński: Kwestia wyobraźni

Print Friendly, PDF & Email

19.08.2018.

Profesor Leszek Garlicki, na którego rzekomy (bo nie prawdziwy) pogląd na temat wieku emerytalnego sędziów tak chętnie powołuje się PiS, powiedział kilka dni temu w TVN24, że twórcom prawa konstytucyjnego w Polsce (w tym jemu samemu) zabrakło wyobraźni, bo nie przewidzieli takiej dewastacji państwa i takiej dewastacji prawa, jakiej dopuścił się PiS. Odciął się przy okazji od przypisywanych mu przez polityków PiS poglądów, stwierdzając, że cytowane zdania dotyczyły zupełnie innych okoliczności.

Z kolei profesor Wojciech Sadurski otwarcie nazywa rządzącą obecnie ekipę „zorganizowaną grupą przestępczą”, za co spada na niego wściekły hejt PiS-owskiej medialnej szczujni.

W przypadku podobnych wypowiedzi w mediach najczęściej pada pytanie: „czy pan nie przesadza?”. Takie właśnie pytanie spotkało mnie w niedawnym wywiadzie dla TV Rzeczpospolitej, gdy powiedziałem, że obecnie w Polsce mamy dyktaturę i żadnej demokracji już nie ma. Argumentacja rozmówcy najczęściej jest taka: „przecież możecie demonstrować, jest wolność zgromadzeń, wolność słowa i są wolne media”.

Zacznijmy od tego, że z tą wolnością zgromadzeń, słowa i mediów, to jest tak nie do końca prawda. Uczestnicy zgromadzeń, które nie podobają się władzy, są nękani i zastraszani przez policję. W tej chwili toczy się przeciw nim ponad tysiąc spraw, w których zarzuty wyraźnie mają charakter mocno naciąganych i tendencyjnych. Machnięcie kartką przed kamerą TVP, okrzyk „Lech Wałęsa”, napis „PZPR” na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego (wieloletniego członka PZPR i ZMS), koszulka z napisem „Konstytucja” na rzeźbie Misia Uszatka, to odpowiednio: „utrudnianie pracy mediom”, „zakłócenie porządku publicznego”, „propagowanie totalitaryzmu” i „zbezczeszczenie pomnika”. Jeżeli ktoś tu przesadza, to raczej twórcy tych zarzutów.

Uczestnicy pokojowych demonstracji nie raz byli już napadani, a nawet bici, przez bojówki organizacji faszystowskich, przy cichym przyzwoleniu policji i głośnej pochwale przez polityków partii rządzącej.

Z wolnością słowa i mediów to jest tak, że autorzy niepokornych treści lub publikacji spotykają się ze zmasowanym hejtem opłacanych trolli i atakiem całej propagandowej szczujni. Tu żadna policja ani prokuratura nie reaguje. Ubliża się ludziom w sposób otwarty i brutalny, kłamiąc na ich temat bez żadnych oporów. Nie bez znaczenia jest to, że całe media publiczne i media partyjne skrajnej prawicy (ponad połowa rynku mediów), zamienione zostały w jednostronną tubę propagandową obozu rządzącego. Jeżeli więc mówimy o wolnych mediach, to jest to resztka wolnych mediów, którą też rządzący zamierzają zlikwidować, o czym mówią już całkiem otwarcie.

Ale kwestia najważniejsza jest tu inna. Sama wolność zgromadzeń, słowa i mediów nie stanowi o istnieniu demokracji, bo są to tylko niektóre z jej elementów. Znacznie ważniejszymi elementami demokracji są: istnienie systemu parlamentarnego, trójpodział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą oraz wolne uczciwe wybory. Aby istniała demokracja, musi się ona składać ze wszystkich jej elementów, a nie tylko z części. Na podobnej zasadzie można by twierdzić, że motocykl jest samochodem, bo ma silnik i dwa koła (ale nie ma czterech kół, nadwozia i paru innych rzeczy). W Rosji teoretycznie można demonstrować, można pisać w gazetach co się chce, ale nie teoretycznie trafia się za to do łagra. No, ale nie ma cenzury (tylko są łagry). Nie można uważać, że jest demokracja, bo jeszcze nie zlikwidowano ostatnich jej elementów.

Fakty są takie: parlament sprowadzono do roli atrapy i maszynki do zatwierdzania sms-ów od Kaczyńskiego. Teoretycznie jest debata parlamentarna, tyle tylko, że posłom opozycji ograniczono czas wypowiedzi do pół minuty, marszałek wyłącza im mikrofony i nakłada na nich (tylko na nich) ogromne kary finansowe, gdy mu się wypowiedź nie podoba. Politycy partii rządzącej otwarcie już mówią, że głosy opozycji i tak nie mają znaczenia, bo po stronie rządu działa zdyscyplinowana i bezkrytyczna maszynka do przegłosowywania wszystkiego, co prezes rozkaże. Naprawdę trudno tych wykonawców poleceń uważać za parlamentarzystów. Zbliżamy się do modelu kambodżańskiego, gdzie partia rządząca „zdobyła” sto procent miejsc w parlamencie (nad takim sposobem „zdobywania” tez się już u nas pracuje).

Bytów nie określa się po nazwie, i tym co głoszą, tylko po tym, czym są w rzeczywistości. W wspomnianej tu Kambodży od lat po dyktatorsku rządzą komuniści, najpierw prochiński Saloth Sar (Pol Pot), a teraz prowietnamski Hun Sen, a kraj ciągle nazywa się Królestwo Kambodży (Kingom of Kampuchea). Na tej samej zasadzie polski Sejm i Senat mogą nazywać się parlamentem, ale dawno nim już nie są, bo nie sprawują najważniejszych funkcji parlamentu – władzy ustawodawczej. Stały się posłusznym elementem wszechwładzy jednego człowieka, który wydaje polecenia prezydentowi, rządowi oraz większości posłów i senatorów. Trójpodział władzy nie istnieje nie tylko w stosunku do sądów, w stosunku do „parlamentu” też. Poseł lub senator powinien kierować się własną wiedzą i sumieniem, a nie powinien podlegać czyimkolwiek poleceniom. W tej chwili poseł partii rządzącej nie jest „ustawodawcą”, tylko wykonawcą poleceń. Jest tylko elementem maszynki do stanowienia prawa przez kogo innego.

Symptomatyczny był incydent w Sali Kolumnowej, gdy na głosowanie nad budżetem nie wpuszczono posłów opozycji, a w głosowaniu brali udział ludzie nie będący posłami. Politycy PiS z pełna bezczelnością głosili wtedy, że opozycja i tak nie ma znaczenia, bo i tak zostanie przegłosowana. Jednym słowem opozycja jest niepotrzebna (patrz: Kambodża).

A jak to jest z tą grupa przestępczą i wyobraźnią?

Jeszcze raz powtórzę: bytów nie określa się po nazwie, i tym co głoszą, tylko po tym, czym są w rzeczywistości. Żadna grupa przestępcza nie nazywa się „Grupa Przestępcza”. Zawsze nazywa się inaczej. Istotne jest to, co robi, a nie to jak się nazywa i co głosi.

Przypomnijmy kodeks karny:

Art. 127. § 1. Kto, mając na celu pozbawienie niepodległości, oderwanie części obszaru lub zmianę przemocą konstytucyjnego ustroju Rzeczypospolitej Polskiej, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.

I tu właśnie twórcom prawa karnego zabrakło wyobraźni. Myślano, że próby zamachu stanu może dokonać jakaś grupa zbrojna, zbuntowana jednostka wojskowa, lub coś podobnego. Nie przewidziano, że zamach stanu może być przeprowadzany przez rząd, prezydenta i posłusznych posłów pod wodzą prezesa partii, która wygrała wybory. Nie przewidziano, że zamachowcy mogą opanować państwo w drodze wyborów.

Podnoszony jest argument: wygrali wybory, więc mają prawo. Nie, nie mają. Wygrali wybory, więc mają prawo do rządzenia w ramach prawa, w tym Konstytucji, a nie do popełniania przestępstw. A zmienianie ustroju państwa wbrew Konstytucji za pomocą zwykłych ustaw niewątpliwie jest przestępstwem.

Kaczyński już dawno zapowiadał, że w Warszawie będzie kolejno: Budapeszt, Istambuł, a nawet Pakistan. Może być gorzej, Może być Kambodża. Tylko zamiast wspaniałych rzeźb Angkor, będą pomniki smoleńskie.

Krzysztof Łoziński

Jedna odpowiedź

  1. jacekm 2018-08-19
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com