2015-01-25.

Gdyby żył, skończyłby w tym roku (25 stycznia) 77 lat. Jak wyobrazić sobie Włodzimierza Wysockiego w dzisiejszym świecie? Czy rzeczywiście byłby dziś (…) zniszczonym przez życie mężczyzną średniego wzrostu, źle ubranym, , niemal zawsze podchmielonym, z butelką gorzałki w kieszeni*) Widzę to inaczej. Dlaczego Wysocki nie miałby się stać z latami kolekcjonerem prestiżowych nagród za całokształt i honorowych obywatelstw miast i krain? Doktoratu honoris causa nie poskąpiłby poecie niejeden ze sławnych uniwersytetów. A który festiwal muzyczny czy filmowy odmówiłby sobie zaszczytu zaproszenia go do jury, a przynajmniej do grona znakomitych gości? Nie przesadzam. Włodzimierz Wysocki, oprócz dorobku artystycznego (także w aktorstwie teatralnym i – w jakimś stopniu – filmowym), dzieli z innymi twórcami piosenki alternatywnej zasługę zakwestionowania podstaw moralnych systemu komunistycznego. Dzisiaj nie ma co do tego wątpliwości. Pisałem o tym w szkicu Od czego rozwiązał się Związek Radziecki?**) Bohaterowie ballad Wysockiego: poszukiwacze złota, kierowcy przeładowanych przyczep, łagiernicy, szeregowcy a nawet złodzieje kierują się niepisanym kodeksem postępowania, własnym poczuciem honoru i obowiązku. Ludzkie odruchy trafiają się jeszcze na najniższym piętrze władzy, u ich bezpośrednich przełożonych. Natomiast wyżej wznosi się bezduszna, tępa i tchórzliwa machina, którą uosabia naczalnik łagru Bieriozkin z ballady Wszyscy poszliśmy na front. Taki podział ról uderzał w najczulszy punkt realnego socjalizmu, a mianowicie w jego pretensje do wyższości moralnej. Jesteśmy biedni, ale sprawiedliwi – wpajano społeczeństwu. Tę świętą prawdę ośmielili się podważyć Wysocki i jemu podobni. Na przekór gromkim marszom Bułat Okudżawa szukał dobroci w milczeniu, Aleksander Galicz wyszydzał socjalistyczną moralność partyjnych elit, ale najbardziej zalazł władzy z skórę właśnie Wysocki, którego magii ulegały miliony, w tym kosmonauci i więźniowie, weterani wojny i agenci KGB, partyjni bonzowie i bohaterowie półświatka.

Niestety, największy rosyjski poeta od czasów Jesienina, jak się o Wysockim wyraził Iosif Brodzki, nie grzeszył nadmiarem oględności i rozwagi w szafowaniu siłami. Dawał do pięciu koncertów (dzikich) dziennie, angażował się bez reszty w przedsięwzięcia filmowe i teatralne, na własną twórczość poetycką pozostawały noce. Bardziej jednak od okresów harówki niszczyła go frustracja. Najpopularniejszy ciągle (po Gagarinie) Rosjanin nigdy nie wystąpił w telewizji centralnej. Jako poeta i pieśniarz oficjalnie nie istniał.

W tle rabunkowej eksploatacji talentu i organizmu, majaczą kobiety, alkohol i – w ostatnich latach życia – prochy. Marlena Zimny, tłumaczka i twórczyni prywatnego Muzeum Wysockiego w Koszalinie uważa, że uzależnienie uwierającego władze barda od narkotyków mogło nastąpić w trakcie kolejnej szpitalnej kuracji odwykowej od alkoholu. Czy dokonano tego z premedytacją czy też tak – pomyślnie dla władzy – wyszło w następstwie twórczych poszukiwań „przodującej medycyny radzieckiej” – trudno dowieść. Władze sowieckie bez wahania posługiwały się medycyną jako środkiem represyjnym, więc przestępstwo umyślnego zamachu na zdrowie i życie nieaprobowanej jednostki nie byłoby czymś zaskakującym. Czy tak się rzeczywiście stało, nie wiemy. Wiemy, że nie raz usiłowano uwikłać Wysockiego w przestępstwa kryminalne, choćby przez podrzucenie mu grudek złota z odwiedzonej przez niego spółdzielni poszukiwaczy na Syberii. Zawsze znajdował się ktoś, kto podobne zamiary udaremniał, w przypadku owych grudek złota rodzimego – podobno wielbiciel talentu w stopniu generała milicji.

Na grani”

Z drugiej strony na całym świecie znani twórcy najczęściej znajdują drogę do uzależnień, w tym od narkotyków, zupełnie samodzielnie, to znaczy bez pomocy tajnych służb. Nie raz i nie dwa była mowa o zmianie stylu życia. Poeta obiecywał to wielokrotnie żonom, narzeczonym, przyjaciołom i chyba samemu sobie. Nie udawało się słowa dotrzymać. Na rok – co do dnia – przed odejściem, Wysocki będąc w Bucharze z koncertami zasłabł. Towarzyszący mu często lekarz Anatol Fiedotow rozpoznał stan śmierci klinicznej. Miał przy sobie zastrzyk podobno kofeiny więc go wstrzyknął. Osiem minut nie było oznak życia. Po godzinnej reanimacji poeta odzyskał zmysły. „Co z koncertem?” – nie chciał zawieść swoich wyznawców. To spotkanie z ostatecznością musiało poruszyć poetę, ale nie odmieniło jego zwyczajów.

Jeśli nie dosłowne otarcie się o śmierć, to co mogło te zwyczaje odmienić? Ci spośród nas, którzy pokonali uzależnienie, np. od palenia, wiedzą, że przełom zawdzięczają niekoniecznie uroczystym ślubowaniom i lekarskim perswazjom, lecz nierzadko wymęczonemu porozumieniu z samym sobą. Dlaczego czegoś takiego nie miałby pewnego dnia doświadczyć Włodzimierz Wysocki? 23 lipca 1980 roku zadzwonił do żony Mariny Vlady w dobrze nam znanym Maison-Laffite pod Wersalem.

– Przestałem. Będziesz mnie jeszcze chciała? Mam paszport i bilet na dwudziestego dziewiątego.

– Przyjeżdżaj. Wiesz dobrze, że czekam na ciebie – usłyszał w odpowiedzi.

Prawdą było uzyskanie paszportu (dla niego już niby rutynowe, ale wciąż przyjmowane jako uśmiech losu) i zakup biletu. Najważniejszy komunikat dla Mariny – o fizycznej i psychicznej formie dzwoniącego – rozmijał się z rzeczywistością. Od Wysockiego odchodziła właśnie matka jego dwóch synów. Na czas toczącej się Olimpiady zablokowano obrót środkami psychotropowymi, więc poeta usiłował zagłuszyć męki uzależnienia czym się dało: środkami przeciwbólowymi, nasennymi, nawet butelką musującego wyproszoną u sąsiada. Ostatnie tygodnie życia Wysockiego są rozdzierająco smutne. Osobiście myślę o tym jak o przestrzeni przesilenia. W przeciwieństwie do narratora jego Koni narowistych ludzie cofają się przecież znad przepaści, zaczynają od nowa.

Wysocki miał poczucie życia na grani. „Albo się wyleczę albo umrę” – powiedział L. Sulpowarowi, innemu lekarzowi ze swego otoczenia. Wymagało to wyrwania się z zaklętego kręgu. Od wczesnej młodości trapiła poetę „choroba rosyjska” czyli nadużywanie alkoholu. Najmłodszy z paczki  biegał po procenty dla kolegów. I dostawał swoją dolę. Później zawód aktora, sława poety, status barda trudno dawały się pogodzić z umiarkowaniem. Wiemy coś na ten temat z ballady Prywatka. Wielokrotnie jednak artysta brał na całe miesiące rozbrat z alkoholem. Sprawiały to medycyna, moc tybetańskiego uzdrowiciela, ale najbardziej skutecznie – okresy zdjęciowe pracy w filmie. Niestety, pojawiła się uwięź dodatkowa, znacznie mocniejsza –heroina.

Miesiąc do „Solidarności”

Kiedy się to stało? Jeden z lekarzy z otoczenia poety mówi o niebywale wysokiej dawce 12 centymetrów sześciennych, która w1976 roku miała wystarczać na 4 do 5 godzin. Później dawki rosły i brane były coraz częściej. Doszło do 20 ampułek dziennie. Lekarze cofali się przed szokiem odstawienia. Że może doprowadzić do śmierci Jak gdyby podawanie nieprawdopodobnie wysokich dawek było bezpieczniejsze.

Mieszkanie na Małej Gruzińskiej w Moskwie, siódme piętro. Gospodarz wije się w mękach głodu narkotykowego. Jest nafaszerowany zastępczymi zastrzykami i pigułkami. Dochodzi do ostrej scysji dwóch lekarzy. Nowy chce natychmiast zabrać chorego do szpitala. Zadomowiony opiekun medyczny jest przeciwny. Jako jeden z głównych dostawców recept na narkotyki obawia się, że w szpitalu wyjdzie na jaw stopień uzależnienia poety. Przeciw szpitalowi jest zapytany o to telefonicznie ojciec poety a i sam Wysocki. Obok łóżka, trochę jak w Mauzoleum, przechodzą znajomi i przyjaciele, szepczą słowa otuchy i w kuchni zasiadają pić zdrowie poety.

Wystarczyło przeżyć feralną noc z 24 na 25 lipca 1980 roku. Za cztery dni Wysocki poleciałby do Francji. Marina Vlady od roku wiedziała o uzależnieniu męża i chociaż się od siebie oddalili, na pewno miała przygotowaną drogę ratunku. To przecież ona wynalazła tybetańskiego mnicha, który na rok bez mała uwolnił Wysockiego od alkoholu.

Za niewiele ponad miesiąc w bliskiej jego sercu Polsce powstanie „Solidarność”. Wydarzenie zdolne wydobyć poetę z depresji spotęgowanej niedawną agresją ZSSR na Afganistan. Wysocki mógł przeżyć nie tylko zramolałego Breżniewa, nie tylko swego cichego protektora Andropowa, ale i doczekać czasów pierestrojki, którą jako „ nadchodzące przemiany epokowe” przeczuwał (ballada Tego nie lubię) i na którą całą twórczością sposobił słuchaczy. Dzięki niezależnym bardom większość społeczeństwa sowieckiego bez żalu rozstała się z mitami realnego socjalizmu.

Palce rwą się do strun

To nie chodziło o zamianę jednego sekretarza generalnego partii na drugiego. Zmienił się klimat polityczny i społeczny. Ale także klimat ulicy, mediów, kultury, sportu. Można próbować sobie wyobrazić, jak wspaniałe ballady napisałby Wysocki o rozwiązaniu się Związku Radzieckiego, o puczu Janajewa, przebudowie układów i znajomości (błat), prychwatyzacji (od prikhvatit’ – zgarnąć). O Nowych Ruskich.

Nie sądzę, by w latach późniejszych władza, już przenicowana w pieriestrojce, wytrwała w uznaniu dla barda. Osobiste oczarowanie twórczością (nieobce nawet Breżniewowi) zderzyło by się z interesem politycznym. Wysocki nie pozostałby obojętny na improwizacje Jelcyna nie wyłączając sukcesji po nim uwieńczonej wańką-wstańką Putina z Miedwiediewem. Odbijanie z rąk terrorystów szkoły w Biesłanie i zagazowanie czarnych czeczeńskich wdów razem z publicznością teatru na Dubrowce w Moskwie to kolejne nieuchronne tematy. A łagiernik Chodorkowski,  nawiedzany przez żonę i córkę prywatnym odrzutowcem?

Znalazło by się chyba parę słów do słuchu dla skąpiradła Żeradra Dupardiu (dawniej Gerard Depardieu) obecnie przyjaciela czeczeńskiego satrapy Kadyrowa juniora. Żadną miarą nie zostałaby przeoczona Aniutka Chapman, współczesny rosyjski James Bond w spódniczce (mini) własnego projektu. Nie wyobrażam sobie pominięcia przez poetę występów Pussy Riots, przelotów prezydenta Putina w kluczu żurawi, jego połowu waz greckich w Morzu Azowskim i zwycięskich zmagań z tygrysami usuryjskimi nad Amurem.

Więcej niż pewne, że nie powstałby song o katastrofie atomowego okrętu podwodnego „Kursk” z 2000 roku. A to z tej przyczyny, że została w roku 1967 uwieczniona balladą Ratujcie nasze dusze. Wtedy była to alegoria losu dysydentów.

Na uwagę mogliby liczyć sąsiedzi. Przestępstwo oklasków w miejscach publicznych zadekretowane przez prezydenta Łukaszenkę, zwycięstwo Osetii Południowej nad Gruzją w 2008 roku. A ostatnie wydarzenia na Ukrainie, wytrwałość Majdanu, aneksja Krymu przez zielonych ludzików uzbrojonych w transportery opancerzone do kupienia, jak wiemy, w każdym sklepie survivalowym. Palce same aż rwą się do gitary!

Wysocki ma to do siebie, że Rosja go słuchała ale też Wysockiego śpiewała. Czy by go słuchała i podśpiewywała mu – w znaczącym wymiarze – teraz? Dzisiejszym wiecom jednomyślności bliższy jest raczej piewca obieżyświatów z GRU (centrala wywiadu wojskowego ZSRR) starszy o rok od Wysockiego, Michaił Nożkin; wzywa on właśnie elitę oficerską do podnoszenia Rosji z kolan. Cóż, masowe wiece ludności nie śpiewały Wysockiego i wtedy.

Z polskich wątków moglibyśmy usłyszeć strofy o rosyjskim orderze wręczonym od kuchni gen. Jaruzelskiemu, o Lechu Wałęsie na rybach, wyprowadzce Armii Czerwonej z Legnicy, może o katastrofie smoleńskiej. Poprzedniego lata powstał song Biedronka o małym ruchu granicznym z obwodem królewieckim. Nie muszę mówić, ile tam brakuje do poziomu mistrza.

Nie ma gwarancji, że te wszystkie tematy zostałyby zrealizowane, zwłaszcza ze sugerowanym tu przesłaniem. Gdyby coś powstało, mogłoby przetrwać w dorobku poety. W przeciwieństwie do gniewnego songu o inwazji ZSRR na Afganistan w grudniu 1979 r. Został napisany, zapewne wykonany, po czym zniknął bez śladu. Możliwe, że przyczynił się do tego ktoś z bliskich Wysockiego – z obawy przed konsekwencjami dla autora i jego rodziny.

Już z tego widać jak wiele straciliśmy 35 lata temu.

Niektórzy znawcy oceniają liczbę utworów poetyckich Wysockiego na ok. 1000. Sam poeta mówił o 600. Ile by jeszcze powstało? W najlepszych okresach pisał ich kopę rocznie. Pod koniec lat sześćdziesiątych sam słyszałem w Moskwie, że Wysocki tylko firmuje teksty, które piszą mu całe brygady poetyckie. Po prostu nie chciano uwierzyć, że możliwa jest tak niebywała erupcja talentu. Wysocki – na początku drogi – wykonywał piosenki innych autorów, a z drugiej strony przypisywano mu autorstwo wielu piosenek, które stworzyli inni. Sam przez lata myślałem, że balladę Towarzyszu Stalin Juza Aleszkowskiego stworzył Wysocki. Nic nie ujmując Juzowi Aleszkowskiemu, jego znakomity utwór był tak bardzo w stylu Wysockiego, że tkwienie w błędzie nie uwierało.

Nawiasem: starszy od Wysockiego o dziewięć lat Aleszkowski emigrował i osiadł w Stanach. Dla Wysockiego takie rozwiązanie kłopotów z władzą nie wchodziło w rachubę. Poza Rosją, nawet taką jaka była, zsowietyzowaną, nie umiał oddychać. Mógł się też obawiać, że paraliż twórczy Kuzniecowa, Aksionowa, Korniłowa, Gorensteina i tylu innych pisarzy i poetów, którzy wyrwali się z ZSSR (a częściej zostali na emigrację wypchnięci) jest nieodwracalny.

Dzisiejszy świat z Wysockim, przynajmniej dla wielu z nas, byłby strawniejszy, bardziej przejrzysty i bardziej optymistyczny.

Przetrwać parę dni

Wystarczyło by przetrwał najpierw te parę dni i wykorzystał bilet na Orly, a potem głupie dwa lata do odejścia Breżniewa. Następne dwa latka i było po Andropowie. Ten uchodzi za cichego protektora poety. Wysocki zamierzał uczestniczyć w słynnym proteście Ośmiorga na Placu Czerwonym po najeździe na Czechosłowację. W przeddzień protestu w teatrze na Tagance, gdzie pracował, zjawili się panowie z KGB. Wyprowadzili. Wsadzili do przysłowiowej czarnej wołgi. Zespół uważał, że nie zobaczą kolegi przez najbliższe kilkanaście lat. Niektórzy bez żalu. Wrócił zdrów i cały po intensywnych rozmowach wychowawczych. Na czyjeś polecenie tajna policja dopilnowała, żeby nie przekroczył krytycznej linii. Gdyby przyłączył się do protestu w Kręgu Straceń (Łobnoje Miesto) nawet szef KGB nie ważyłby się go tolerować. Po Andropowie sekretarzem generalnym KPZR zrobiono uosobienie partyjnego betonu Czernienkę. Rządził najkrócej ze wszystkich – zaledwie rok do przetrwania. A dalej już uśmiechał się Gorbaczow ze swoją pierestrojką.

Panowie spotkali się siedem lat wcześniej. Przed koncertem w Stawropolu Wysockiego uprzedzono, że widownię zaszczycą obecnością wysocy przedstawiciele miejscowych władz, należałoby stonować repertuar. Wysocki odrzucił sugestię. Po koncercie podszedł do niego z gratulacjami Michaił Gorbaczow, wówczas pierwszy sekretarz prowincji. „Co możemy dla was zrobić?” – zapytał z nutą wdzięczności. Na odpowiedź poety, że niczego nie potrzebuje, asystent Gorbaczowa szepnął o szwedzkich kożuchach przydzielonych lokalnym dygnitarzom. Gdyby Wysocki reflektował… Ta scena mówi wiele o życiu wyższych sfer czasów zastoju czyli późnego Breżniewa. Do dzisiaj Wysocki należy do ulubionych twórców Gorbaczowa. Najpewniej znalazłby w bardzie sprzymierzeńca w niespełnionym dziele pierestrojki.

Polskie echo

W 35 lata po śmierci jego talent nadal fascynuje i porusza. Organizowane są przeglądy nagrań, pojawiają się nowi wykonawcy, dokonywane są nowe aranżacje jego utworów i nowe przekłady. Pod względem liczby zarejestrowanych tłumaczeń polszczyzna ustępuje tylko językowi angielskiemu. Zdumiewa liczba przekładów tych samych ballad. Nowi tłumacze powodowani uznaniem dla twórcy dokonują kolejnych przybliżeń do oryginału. Do walorów języka i skali emocjonalnej. W przypadku autora tego tekstu, motywem był sprzeciw wobec pewnego wykonania, udanego muzycznie i wokalnie a pokracznego tekstowo. Hulało po kraju ze dwa lata temu.

Tekst i wokal były u Wysockiego na pierwszym planie. Najpierw tekst. Zaczynało się od tekstu. Pamiętam Holendra, od którego ściągałem przed laty Balladę o Prawdzie i Potwarzy. „Czy może rozumiesz słowa?”– zapytał. A przeczytawszy potwierdzenie jęknął: „To ci zazdroszczę!” Bez odbioru tekstu pozostaje podziwiać zaangażowanie i niepowtarzalny tembr głosu wykonawcy. Dlatego niefrasobliwość przekładu krzywdzi artystę i okrada odbiorcę. Wysocki trwa i będzie się odradzał w nowych wykonaniach i nowych przekładach. Jedni do niego wracają, inni odkrywają.

Czym przyciąga? Pasją, niezależnością duchową, bogactwem i precyzją języka, instynktem reporterskim, wrażliwością na los odtrąconych. Wiele utworów zachowało aktualność, inne są szczepionką przeciw hodowli nowego człowieka, wiele wzrusza i bawi. Powiada Pismo: wino czyni serce człowieka szczęśliwym. Czas przydał powabu twórczości Wysockiego. Nabrała manier starego wina.

Jerzy Szperkowicz

 

* Przemysław Słowiński, Iwona Wygoda: Nie uśmiecha się życie do wilków, Videograf II, Katowice, 2003

**„Odra” 2011, nr 4

______________________________

Włodzimierz Wysocki: List z Wariatkowa do Redakcji

Drogi Panie Redaktorze,
muszę zażalenie złożyć:
program nocny „Krąg zatrwożeń”.
śledzi dom bez klamek nasz.
Zamiast zjeść i się wymoczyć,
przyjąć zastrzyk po czym spocząć,
czubków tłum się ciasno tłoczy,
żeby spojrzeć lichu w twarz.

A z ekranu gość kwiecisty
przekonuje, bo się zna,
o niemocy nauk ścisłych,
wobec Bermudzkiego Dna.
Wszystkim mózgi  nam posiekał,
potem zwoje zaplótł w kok,
aż wtoczyła się „apteka”,
drugi zastrzyk walą w bok.

Czy nie lepiej, Redaktorze,
więcej dać o reaktorze,
o łaziku księżycowym?
Niż, by wciąż w nocnej porze
fakir z grobu wracał zdrowy,
jakiś bufon straszył UFO,
że latają, psy szczekają
i ruiny przemawiają.

Mamy swoje otrzaskanie,
ze spodkami, lecą  z rąk,
psa nam dali na śniadanie
na spodeczku – wszedł jak pstrąg.
Głupich lekarstw całe pudy
z wodą spuszczaj – w drobny mak.
Żyj jak król! A ci – Bermudy!
Masz ci raz. Nie wolno tak.

Nie robimy awantury
z braku wodza. Wodza, który
by pokazał im pazury.
Cóż, furiatów bujnych brak.
Na kontrole i obchody,
Mamy sznury i niewody,
nie zepsują nam pogody
ci, co robią czubkom wspak.

Gang ich biesów chudych skwierczy
gdy bermudzą stawu toń,
wszystko to wymyślił Churchill
w osiemnastym, stary koń.
O wybuchach i pożarach
powtarzaliśmy za TASS,
przylecieli taaacy w barach
no i uziemili nas.

Tych, co ich ból zęba dręczy,
przywiązali do poręczy,
paranoik pianą wieńczył
każde słowo; ranny zwierz:
„Uwolnijcie mnie z ręczników,
bando sług i najemników,
tak bermudnie mi w przełyku
i bermudnie w duszy też”.

Tuzin dusz na zmianę wyje,
rozpalili się do łez.
Oto co się czasem kryje
tuż pod dnem Trójkątnych Tez.
Prawie wszyscy zwariowali,
zwłaszcza ci, co wpadli w szał.
Wtedy ordynator Galin,
zakaz oglądania dał.

O, za szybą gad majaczy,
gniazdko zakrył sobą gbur ,
daje  znak, a to już znaczy,
wyrwą zaraz z gniazdka sznur.
A nam zastrzyk. To już trzeci.
Jak do studni z nim się leci,
Słońce nam już nie zaświeci,
pośród dna Bermudzkich Dziur.

Jutro przyjdą potomkowie,
w odwiedziny, w blasku dnia,.
Zapytają nas o zdrowie,
przecież lepiej prawdę znać.
Każdy prawdę im opowie,
co orzekli doktorowie:
Kręgi w zbożu są realne,
dla nas nie-przy-swa-jal-ne.

Ex-dentysta partacz Rundik,
ma radioodbiornik „Grundig”,
on się w środku nocy budzi
łapać RFN, jak wróg.
Woził im matrioszki z GUM-u
nim nie zwichnął się z rozumu,
do nas trafił robiąc tumult –
metkę miał na jednej z nóg.

Teraz wpadł jak ogon kawczy
z wiadomością, choć ją spal.
Twierdzi: statek nasz badawczy
ugrzązł wśród Trójkąta fal!
Wsiąkł, bezradny bez paliwa,
na kawałki pękał w szwach,
marynarzy dwóch wciąż żywych
wyłowiły kutry dwa.

Ocaleni z katastrofy
szepczą tajemnicze strofy
W szklanym czymś o kształcie sofy
ich przygarnął nasz OIOM.
Jeden z nich, pierwszy mechanik,
cudem urwał się od nianiek,
twierdzi, że Bermudzki Zanik
pępek Ziemi to lub srom.

Co to było? Jak żeś przeżył?
Każdy  więcej wiedzieć chciał,
A mechanik się najeżył
i na sobie kaftan rwał.
Śmiał się, zaraz potem płakał
lub nadymał się jak paw,
widać już natura taka.
Obłąkany. Taki traf.

Tu ożywił się ex-pijak
co nie może zerwać nijak:
Trójkąt: kąsa go jak żmija:
„Do mnie chętnych dwóch!  – I start!
.Pić na trzech to gra nie w klipę,.
Pijmy parallelepiped!
Nie za wcześnie jest na stypę,
runie wnet nasz domek z kart”.

Ciężko ścierpieć naszej duszy
„Głosy”z-za  tysięcy mil.
Warto by ich lepiej głuszyć,
łamać więcej zdalnych szpil.
Całą swoją wredną mową
Szkodzą i  tumanią lud.
Karmią, poją bermudowo,
byle zepchnąć nas na spód.

Państwa, tam z telewizora,
zapytajmy czy nie pora
przestać mówić o zatorach
byle zestresować tłum.
Spójrzcie na nas – bez widoków.
Trójkąt może obiboków
i uczonych zamknąć w szoku,
a nam gotów przynieść boom.
Może to i głupi pomysł,
nam sypiecie na to brom.
Proszę dać nam znak widomy
przez lekarski interkom,
Z poważaniem… data, pieczęć.
I postscriptum: PILNE STOP
Jeśli wy nie odpowiecie,
Totolotek przejmie trop.

1977

Przekład: Jerzy Szperkowicz, 2015