To też nie będzie miły artykuł
Zainspirowana tekstem (Anna Izabela Nowak: To nie będzie miły, wesoły artykuł) postanowiłam napisać to, co na sercu leży mi od dawna. Mój artykuł też nie będzie miły, więc od razu powiem jak mówi się teraz w Polsce – “sorki”.
Oddalenie powoduje zmianę optyki. I nie tylko dlatego, że przestajemy być na co dzień uczestnikiem tej samej rzeczywistości, ale także dlatego, że inne doświadczenia nakładają nam różniste filtry. Nie da się ukryć, że widzimy na pewno inaczej, a pewnie i więcej (sorki).
Obalenie komuny to sukces niewyobrażalny, historyczny – ciągle sobie myślę, że błogoławieństwem było móc przeżyć ten moment (a właściwie proces) w takim momencie, kiedy było się jeszcze stosunkowo młodym (30-31 to dosyć młodo, prawda?). Wszystko było takie nowe, takie pierwsze, ale jako terra incognita na pewno naszpikowana była minami. Wiele błędów całkowicie usprawiedliwiam, bo któż jest nieomylny, szczególnie jeśli przyjdzie mu działać jak lodołamacz?
Ale jedno jest pewne, panowie i panie, którzy wtedy mieliście “moce decyzyjne”: to był moment, kiedy można było wszystko. I wtedy trzeba było jak najszybciej po wstępnej euforii, usiąść przy skrzynce piwa na kilka nocy burzy mózgów i zrobić listę. Nie tych oczywistych spraw jak majątek PRL-owski, reformy polityczne. Inną listę, równie, a może bardziej, istotnych spraw do załatwienia.
Jakich? Wiadomo było, że entuzjazm minie, że zacznie się konfrontacja rzeczywistości już pokojowej z oczekiwaniami, które sztucznie napompowała epoka ubiegła. Bo przecież przeciętnemu Kowalskiemu mrzyło (i marzyło) się, że zaraz jak sztandar PZPR wymaszeruje z Sejmu, a na głowę orła trafi korona, zacznie mu się żyć jak w Reichu, jego od zawsze niedoścignionym ideale. Czyli cała reszta ułoży się sama. Żadnych cen do płacenia, żadnych niedogodności, bo przecież kapitalizm to system bez skazy.
Ja nie byłam w tej decyzyjnej wierchuszce, a zresztą już w 1990 roku wyjechałam na wymianę żeby uczyć w Kanadzie. I wtedy, bo już wiadomo było, że zawsze można przyjechać gdyby rodzicom potrzeba było pomocy, że oni także mogli przyjechać, postanowiłam, że to kraj idealny dla mnie i że chcę w nim zostać. Moja “wymienniczka” z Toronto, czystej krwi Kanadyjka, chciała zostać jeszcze rok w moim Instytucie Anglistyki UW, a ja też zakochiwałam się w Kanadzie coraz mocniej. W końcu po 2 latach wymieniłyśmy się krajami na zawsze.
Nie miałam więc pojęcia, że nigdy nie doszło do sporządzenia tej w moim przekonaniu najbardziej istotnej listy spraw do załatwienia – bo mnie tam nie było, a nawet gdybym była, nikt nie pytałby mnie pewnie o zdanie.
Co powinno się było znaleźć na tej liście?
Edukacja społeczeństwa – masowa, długotrwała kampania uświadamiania nieuświadomionemu społeczeństwu, że:
- kapitalizm, szczególnie młody, osiągnięty rewolucyjnie (choć na szczęście bezkrwawo) a nie ewolucyjnie, będzie społecznie kosztowny, bolesny, bezwzględny,
- nie da się mieć ciastka i jednocześnie go zjeść – czyli nie da się mieć i wolnego rynku i PRL-owskich przywilejów – wczasów pracowniczych, ciągłych zwolnień lekarskich, darmowych studiów itp.
- system gospodarczy można zmienić dość szybko, ale inercji instytucji i mentalności ludzi, demoralizowanych przez dziesięciolecia – NIE
- wytresowani w kombinowaniu z epoki PRL-u rodacy będą używać swoich superumiejętności obchodzenia przepisów, “załatwiania”, “organizowania” – tyle że stawka będzie nieporównywalnie wyższa, więc i walka o apanaże znacznie bardziej zacięta
- trzeba szczególną uwagę poświęcić edukacji młodych ludzi w szkołach – nauczyć ich codzienności demokracji, życia tak, aby z natury bezwzględny kapitalizm miał ludzką twarz i pozwolił na wskrzeszanie dobra, a nie wyzwalanie się zła.
To zaledwie częściowa lista, zawierająca tylko to co naprawdę w moim przekonaniu było KONIECZNE do zaplanowania.
Pewna część z tego została jakoś tam, przy okazji, zrobiona. Ale sami widzimy jaki koń jest. Dzisiaj piękna, pełna sukcesów Polska, która poradziła sobie z transformacją nie bez błędów (to jasne i zrozumiałe), ale w sumie imponująco, ma rozbite społeczeństwo, gdzie wzajemna niechęć, ba, nienawiść jest widoczna i wyczuwalna na każdym kroku.
Kto za to odpowiada? Moja odpowiedź nie będzie miła.
Panowie i panie inteligenci, żyjąc w naszym niszowym świecie, zawsze tak naprawdę gardziliśmy tymi, którzy nie mieli właściwego pochodzenia (tak, herbu!), nie mieszkali w Warszawie albo Krakowie, a jeśli już mieszkali w Warszawie, to czy aby po właściwej stronie Wisły? Sama taka byłam, szczęśliwie posiadając wszystkie niezbędne atrybuty.
Ale to dawne czasy…
Wiecie, panie i panowie, czego nauczyło mnie 25 lat życia po przeciwnej stronie Oceanu – nie w kraju, który był zawsze niedoścignioną i wymarzoną ziemią Polaków, lecz w mniej ważnym kraju sąsiadującym z nim od północy? Szacunku do tych, którzy doszli do wszystkiego sami, którzy zaczynali od zera, którzy pochodzą z mało ważnych i nieznaczących miejsc, ale pracują uczciwie i robią to co robią dobrze. Grupy nieakceptowane przestały istnieć w mojej hierarchii wartości, nikogo nie skreślam a priori. Nie używam określeń typu “słoiki”, “pedały” – bo przecież to kogoś boli…
Wiem też, że mamy takich rządzących, jakich sami wybraliśmy. Jeżeli tym razem u władzy tu czy tam jest opcja, która nie jest bliska mojemu sercu, trudno, szanuję ją, bo widocznie większość chciała tej, a nie mojej. Nie neguję każdej inicjatywy, bo to “ich”, a nie “moja”. W końcu w taki czy inny sposób chodzi nam o dobro kraju, w którym żyjemy.
Polscy inteligenci, nie zdaliście egzaminu, bo odwieczne uprzedzenia i snobizm zaślepiły was do tego stopnia, że przegapiliście najważniejsze – czas, kiedy trzeba było wypracować poczucie wspólnoty, obejmujące nie tylko kolegów z uczelni czy podziemia, znajomych z tych samych klubów i prywatek (tak się to wtedy nazywało, a nie “domówki”), ale WSZYSTKICH, także tych z drugiej strony torów.
Zostawieni sami sobie i niepotrafiący (bo i skąd?) pojąć złożoności nowej sytuacji, niedopuszczeni do niczego, trafili tam, gdzie ich sprawnie zagospodarowano. Teraz ich gorycz i nienawiść do was jest tak silna i tak mistrzowsko sterowana, że już po herbacie. W “międzyczasie” zdarzył się Smoleńsk, który dopełnił dzieła.
Nie wiem, jak zmienić to co się stało w społeczeństwie polskim. Ilość agresji i plugawego błota, wylewana na co dzień, przeraża mnie i boli. Nie wiem, jak można na to pozwalać. Nie wiem, jak mogłabym znaleźć się w takiej brutalnej rzeczywistości. Każdy kimś gardzi, nikt nikogo nie słucha, nie szanuje innego poglądu, jest lepszy i mądrzejszy, i oczywiście najważniejszy.
Czego trzeba Polsce? Pokory, kultury, respektu, życzliwości, wdzięczności, a to możliwe tylko wtedy, jeśli w jakiś sposób Polacy poczują znowu, że Polska może być różna, ale jest wspólna, najważniejsza i że czas skupić się na tym, aby każdy dał jej z siebie to co ma najlepsze. Dla dobra wszystkich.
Jeśli uważacie, że to nie moja sprawa, to sorki.
Małgorzata P. Bonikowska
Kanada
Redaktor naczelna „Gazety„


Pani Małgorzato,
Ani herbu nie mam, ani w styropianie nie siedziałem (Za młody byłem, a gdybym nie był, to nie wiem, po której stronie barykady bym się znajdował). Nie potrafię ocenić, czy ma Pani rację pisząc o zaniedbaniach, o barku listy spraw. Nie wiem, czy jej brak wówczas ma decydujący wpływ na obecne czasy i stosunki, ba – nie wiem nawet, czy powstanie takiej listy było możliwe (a jeśli tak, to czy nie zostałaby okrzyknięta listą hańby, zdrady ideałów itd). Ale zdumiała mnie część Pani wpisu. Pozwolę sobie zacytować:
.
„Wiecie, panie i panowie, czego nauczyło mnie 25 lat życia po przeciwnej stronie Oceanu – nie w kraju, który był zawsze niedoścignioną i wymarzoną ziemią Polaków, lecz w mniej ważnym kraju sąsiadującym z nim od północy? Szacunku do tych, którzy doszli do wszystkiego sami, którzy zaczynali od zera, którzy pochodzą z mało ważnych i nieznaczących miejsc, ale pracują uczciwie i robią to co robią dobrze. Grupy nieakceptowane przestały istnieć w mojej hierarchii wartości, nikogo nie skreślam a priori. Nie używam określeń typu “słoiki”, “pedały” – bo przecież to kogoś boli…”
.
Myśli Pani, że potrzebny był wyjazd do Kanady? Albo, że Kanada sama w sobie zmienia optykę? Jest Pani red. naczelną „Gazety” – jak rozumiem polonijnego czasopisma. Proszę powiedzieć, jak to jest, że w tejże Kanadzie spośród 4.000 zgłaszających się do wyborów ponad połowa głosowała za spiskiem smoleńskim, za tubą człowieka, który uznał, że „jak ktoś coś ma, to pewnie ukradł”a 10 % na antysemitę jawnie głoszącego faszystowskie hasła – Brauna (Nazista nawet z nazwiska)?
To ta sama Kanada, która Pani optykę tak zmieniła? Szacunek do drugiej osoby, wrażliwość na innych. Zakładam, że jako redaktor miejscowego czasopisma (wydawanego dla miejscowej Polonii?) coś Pani na temat rodaków w Kanadzie wie?
Tak, był potrzebny, żeby zobaczyć to w praktyce i zīć na co dzień w takim społeczeństwie. ppodobnie jak obcowanie blisko i na co dzień z innymi kulturami. Tak, Kanada zmienia optykę bardzo, bo jest wyjątkowym krajem. Mogę z własnego doświadczenia porównywać Polskę, Anglię, Kanadę i USA, a dyskusji na te tematy toczę wiele z Kanadyjczykami, Amerykanami i ludźmi wielu innych kultur. Także politologami i socjologami.
Mieszkam i żyję w Kanadzie, proszę Pana, nie w Polaczkowie i nie mówię o Polonii tylko o KANADZIE, chociaż Polonia jest ważną i szanowaną częścią tego społeczeństwa, dobrze zintegrowaną grupą o wysokim poziomie wykształcenia, mającą swoją reprezentację polityczną i ważny wkład w rozwój Kanady.
Dlaczego tak głosowali? Wielu Kanadyjczyków polskiego pochodzenia nie ma ważnych polskich paszportów, bo podróżuje na kanadyjskich, więc nie głosuje. Wielu innych uważa, że Polacy za granicą nie powinni brać udziału w wyborach w Polsce, bo tam nie żyją. Te wyniki O NICZYM nie świadczą.
Nasza Gazeta, jedyna postępowa i o tej orientacji, z jakiegoś powodu jest najbardziej liczącą się tutaj publikacją prasową, wysoko cenioną przez Kanadyjczyków, dla których etniczne media są bardzo ważne. Gdyby cytowane przez Pana wyniki wyborów miały być wykładnikiem czegokolwiek, nas by już nie było.
Dobrze przyjrzeć się innym krajom, bo zawsze można się czegoś nauczyć i znaleźć coś, co można zastosować u siebie.
Pani Małgorzato,
„Polaczkowo” zabrzmiało jednak pogardliwie mimo zapewnień, że pogardliwych określeń typu „słoiki” Pani nie używa. Może w Kanadzie to normalne słowo i nie jest nacechowane pejoratywnie. Nie wiem, nie byłem.
Widzę jednak, jeśli na podstawie wyników wyborów cokolwiek powiedzieć można, że przynajmniej nie wszystkim się optyka zmienia. Albo przynajmniej nie w tę samą stronę.
Podróże kształcą – to akurat nic nowego. Czy Kanada jest wyjątkowym krajem? A który nie jest? 🙂
.
Ruszyć się, popatrzeć na świat/kraj z innej perspektywy – to z pewnością pomoże w lepszej ocenie niektórych bolączek. Wolałbym jednak, żeby odpowiedzialni za państwo najpierw pojeździli po Polsce i ją poznali trochę lepiej niż ławy sejmowe, poznali jej bolączki i problemy, zanim pojadą szukać rozwiązań (np. w Kanadzie). Inaczej można bohatersko szukać rozwiązań problemów, które nie występują.
.
W każdym razie bardzo dziękuję za przybliżenie nieco uroczego kraju, jakim jest Kanada. Musi być ciekawie – ludności mniej niż w Polsce, a powierzchni ponad 30 razy więcej 🙂
Polaczkowo ma takie same konotacje u nas jak w Polsce, ale użyłam go celowo, myślałam, że to jasne… Zaskoczyło mnie, że kiedy ja o KANADZIE, to Pan o pewnej dosyć specyficznej grupie, która poparła nie tylko Dudę, ale i Brauna! To są ci sami ludzie, którzy mają problem z tym, że premierem naszej prowincji – Ontario jest otwarcie mówiąca o swojej odmiennej orientacji seksualnej i wybrana mimo to bez słowa na ten temat (przez ludzi ze wszystkich kultur!) Kathleen Wynne (warto przeczytać mój z nią wywiad – może trochę lepiej Pan zrozumie co mam na myśli mówiąc, że Kanada jest wyjątkowa – http://www.gazetagazeta.com/2015/05/aby-wszyscy-czuli-sie-w-ontario-bezpiecznie/), że w szkołach ma być nowoczesna edukacja seksualna, że usuwa się z przestrzeni publicznej elementy religijne itp. To nie jest jednak znacząca część tego społeczeństwa.
Nie chodzi o przyjechanie np. na wakacje tylko o poznanie od ludzi tu żyjących tego, co temu krajowi się udało jako, co zgodnie przyznają socjolodzy, JEDYNEMU na świecie. A warto wziąć to pod uwagę i starać się przenosić dobre wzory… Kanada to też robi, patrząc na świat, słuchając swoich imigrantów.
Poznawanie kłopotów i bolączek swojego kraju – to chyba oczywiste i nie wyklucza tego, o czym ja mówię – otwartości na inne modele, często mało znane, bo mało pokazywane.
Nie musi się tym zajmować ta sama grupa ludzi.
A nie jest Pani przypadkiem faszystką? Nie pracuje Pani dla Putina?
Bo to ostatnio szalenie modna diagnoza na SO. Wyjaśniająca wszystko.
„Nie wiem, jak zmienić to co się stało w społeczeństwie polskim.”
Nikt nawet nie próbuje, za co ta grupa, o której Pani pisze, jest odpowiedzialna w stopniu dużo większym, niż inni. Zatęchli w samozadowoleniu nie zauważyli, że ziemia dalej się obraca.
Myli się Pani co do Kanady i co do Polski. W Kandzie są przecież te straszliwe JOW-y. Do parlamentu wchodzą same Stokłosy, jest z pewnością dyktatura dwóch partii, ludzie nie mają nic do powiedzenia, Kanada topi się się w biedzie i slumsach, mniejszości w tym kobiety nie są w ogóle w państwie reprezentowane. W Kanadzie jest po prostu strasznie. Nie rozumiem, jak się Pani w tak zapadłym i upadłym kraju mogła zakochiwać.
Tu w Polsce mamy kraj szczęśliwy, miodem i mlekiem płynący. W Polsce żaden polski wieprz lub prymityw nie wystawi jakiegoś Stokłosy jako kandydata i nie ma mowy, aby złodziei, bandytów, idiotów i krzykaczy jakieś polskie wszy do Sejmu Polskiego wybrały. W Polsce czuwają szefowie partii i egzekutywa, aby do Sejmu dostawali się tylko ludzie najbardziej odpowiedzialni, wykazujący się wszechstronną wiedzą, kompetencjami, kulturą, zdolnościami precyzyjnego przedstawiania argumentów, prowadzenia dyskusji w najwyższej kulturze. Kandydaci są starannie dobrani przez mężów stanu, ludzi najwyższej mądrości, będącymi prawdziwymi wodzami narodu, stojący na czele potężnych wielomilionowych partii. Są to nasi przywódcy, przez nas dozgonnie kochani, którzy są dla nas słońcem, natchnieniem, przyszłością i nadzieją. Dzięki nim żadem polski wieśniak i dureń nie wybierze do Sejmu podobnego sobie wieśniaka i durnia. U nas dba się o jakość klasy politycznej, nie tak jak w tej waszej zapyziałej Kanadzie uciemiężonej pod JOW-owskim butem.
Więc proszę nie ulegać propagandzie, pewnie rozpuszczanej przez agentów Putina. My tu w Polsce mamy świetnie, cała Europa do nas wali drzwiami i oknami, ludzie są szczęśliwi, szanują siebie nawzajem a najbardziej szanują naszą ukochaną władzę, którą oczywiście wybieramy namiętnie zapisując X-sy na zaproponowanych nam przez władzę listach. Do władzy nie prześlizgnie się żaden polski szczur albo agent, bo u nas listy układają tylko ludzie najmądrzejsi w kraju i najbardziej odpowiedzialni.
A więc proszę nam tu nie imputować, że my złych ludzi wybieramy, bo my nie mamy nawet takiej możliwości. U nas są wybierani tylko ludzie uprzednio zweryfikowani i tylko najmądrzejsi.
Radzę nie siedzieć w tej zapadłej Kandzie z JOW-ami, tylko jak najszybciej wracać do kwitnącej i szczęśliwej Polski w której przewodnią siłą narodu są kochające nas i przez nas kochane partie mające na swym czele naszych świetlistych geniuszy wodzów.
bisentus,
A tak z ciekawości, jak Pan mysli, kto ustala kandydatów w systemie JOW? Pojawiają się samoistnie?
W JOW-ach i w każdej demokracji kandydatów może zgłaszać każdy obywatel jak i sam do wyborów stawać. W praktyce oznacza to, że każdy kto ma chęć może się w życie polityczne swojego kraju włączać w sposób swobodny i bez pozwoleń jakiś Komitetów Centralnych.
To jest zasadnicza różnica między demokracją a dyktaturami. A jednym z efektów jest to, że każdy musi się z każdym obywatelem liczyć. Głównie władze i siły polityczne. Innym efektem jest to, że partie muszą mieć w każdym mikroregionie kraju absolutnie najlepszych ludzi i liderów by w ogóle być i się na scenie politycznej liczyć. Dlatego w normalnych demokracjach powstają normalne obywatelskie partie, powszechne, masowe, wewnętrznie demokratyczne, mające w szeregach setki tysięcy aktywnych obywateli, to znaczy również niezmierzone pokłady energii i kompetencji.
Szacunek dla obywatela i wielkie, kompetentne, obywatelskie partie, to jest to czego w Polsce nie ma i w Polsce nigdy nie będzie dopóki nie wprowadzi się w Polsce normalnej demokracji, w której to każdy obywatel decyduje, kto kandyduje, i kto jest na jego prawdziwego reprezentanta wybierany.
Tylko tak: jak każdy będzie mógł się zgłosić, to może się zdarzyć, że trzeba będzie wybierać spośród setek zupełnie nieznanych osób. Jeśli się wprowadzi sensowne ograniczenie uprzedniego zebrania jakichś 100000 czy nawet 10000 podpisów – to sam kandydat, nawet z rodziną, tego nie uzyska – musi mieć pomoc jakiegoś aparatu, więc partii. No, chyba że obwody do głosowania będą maleńkie – ale wówczas musi ich być mnóstwo, koszty wyborów rosną niebotycznie, zaś ich wynik może całkowicie nie odzwierciedlać preferencji politycznych ogółu obywateli, a sam wybraniec staje się reprezentantem jakiejś śmiesznej garstki ludzi. To są zdecydowanie złe pomysły.
Proszę nie zmyślać problemu, którego nie ma. Na tak zwane niepoważne kandydatury są wyrobione i powszechnie uznawane standardy w rodzaju wymaganej niewielkiej ilości podpisów lub wpłacenia niewielkiej kaucji. W Wielkiej Brytanii jest to na przykład 10 podpisów plus 500 funtów kaucji, która jest zwracana jeśli kandydat uzyskał 3 lub 5 procent głosów w wyborach. Te rozwiązania nie mają na celu zabetonowanie systemu przed obywatelami lecz tylko odstraszenie żartownisiów i nawiedzonych. W WB są to przepisy szczególnie liberalne. 100, nawet 500 podpisów poparcia lub kaucje w wysokości 2 średnich krajowych też byłyby akceptowalne. A więc proszę tutaj nie zamulać sprawy, bo tutaj nie ma problemu.
Problemem jest gdy się sztucznie ogranicza prawa obywateli, czy wręcz się gwałci prawa obywateli poprzez stawianie warunków niespełnialnych. Typu kucja wysokości miliona dolarów, obowiązku zebrania 200 tyś podpisów, lub założenia ogólnopolskiej partii w 40 milionowym kraju. To jest pogwałcenie fundamentów demokracji i praw obywatelskich. I z tym mamy do czynienia od 23 lat w Polsce. I o tym ja tutaj mówię.
Konsekwencje są takie, że Polacy nie mają najmniejszego wpływu na politykę własnego kraju a w Sejmie nie są ani jednym posłem reprezentowani. Podobnie jak w PRL-u.
Ja pytam poważnie, a Pan sobie przysłowiowe jaja robi.
.
” Innym efektem jest to, że partie muszą mieć w każdym mikroregionie kraju absolutnie najlepszych ludzi i liderów by w ogóle być i się na scenie politycznej liczyć.”
.
Toć już pomysły Tomasza Morusa były mniej utopijne.
Dla niektórych normalna demokracja to jest utopia a ruski kołchoz to jest naturalne środowisko życiowe. Obawiam się, że Mc F należy do tych drugich. Partie które nie mają zakorzenienia na terenie kraju nie mają w demokracji racji byty i nie mają legitymizacji by rządzić krajem. Takie są właśnie polskie sitwy partyjne, bo nazwę partii politycznych to one nawet nie zasługują.
Myślę, że Pani znalazła fałszywych winnych – inteligentów. W tak wielkiej zmianie zawsze istnieją frustraci, pokrzywdzeni, czujący się wykluczonymi, itp. Zagospodarowaniem takich grup społecznych winni się zająć politycy a nie inteligenci. Zresztą inteligencja, jako anachroniczna warstwa społeczna, w okresie 1989-2015 zanikała w szybkim tempie i jest wielce wątpliwe czy w ogóle jeszcze istnieje. Problem w tym, że zajęła się nimi partia autokratyczna o tendencjach faszyzujących. Stąd miedzy innymi skala nienawiści i brutalizacji języka debaty publicznej. To, że tych grup nie umiały, bądź nie chciały przyciągnąć partie bardziej racjonalne i umiarkowane jest głównym zaniechaniem i problemem systemu politycznego i społecznego w Polsce. Obarczanie odpowiedzialnością inteligentów jest zupełnym niezrozumieniem sytuacji.
Myślę, że właśnie na tym polega kłopot, że panuje wyrażone przez Pana przekonanie, iż „Zagospodarowaniem takich grup społecznych winni się zająć politycy a nie inteligenci.” Chodzi o to, aby znający się na rzeczy wzięli to byli w swoje ręce i poradzili politykom jak to przełożyć na elementy systemu. To to pisze Pan dalej, od słów „Problem w tym, że zajęła się nimi partia autokratyczna o tendencjach faszyzujących. …” właśnie jest dowodem na to, że nikt się tymi ludźmi nie zajął z sercem, aby nie trafili tam, gdzie trafili. Pan wini za to „polityków”, a ja klasę, grupę, którą zwę inteligencją. W czasie transformacji trzeba było wykorzystać potencjał wspólnoty, radości z obalenia komuny – a liderem w tym, co wymagało szerszego spojrzenia, powinna była być moim zdaniem właśnie inteligencja.
Małgorzata P. Bonikowska pisze:
2015/05/20 o 04:07
To różnimy się fundamentalnie. Moim zdaniem żadnego porządku społecznego nie da się zbudować w oparciu o entuzjazm („..wykorzystać potencjał wspólnoty, radości z obalenia komuny…”). Inteligencja, która sama w sobie wyszła z komuny mocno poobijana jako grupa społeczna musiała walczyć o przetrwanie i nie była w stanie pełnić żadnej roli „lidera”. Pewna część tej warstwy ma poczucie przynależności do ludzi sfrustrowanych i odrzuconych popierając PiS. Zakładanie pełnienia roli „lidera” przez inteligencję jest odwołaniem się do XIX wiecznych stereotypów pozytywistycznych w zniewolonym kraju. Pominąwszy idealizm ówczesnych koncepcji ich przeniesienie na współczesność jest zupełnie nieadekwatne do okoliczności. Przez cały okres 1989 -2015 nie było i nie ma jakichkolwiek instytucji społecznych pozwalających na samoidentyfikację tej warstwy społecznej dających możliwość wspólnego działania. NGO-sy rozwijają się od paru lat a i to na skalę wielokrotnie mniejszą niż niezbędną do „liderowania”. Koncepcja „lidera” jest zresztą sama w sobie nieporozumieniem. Jedyne co inteligencja mogła zrobić wobec ludzi sfrustrowanych i wykluczonych to edukacja. (Warto wspomnieć, że okres 1989-2015 to w Polsce boom edukacyjny na poziomie wyższym, nie notowany w Zachodniej Europie w takiej skali, czego chyba Pani nie zauważyła pisząc o edukacji.) Tymczasem frustracja i poczucie odrzucenia powstaje na tle braku spełnienia twardych interesów, głównie materialnych. Realizacji tych interesów inteligencja nie mogła nijak spowodować. Jedynymi narzędziami dysponowała i dysponuje władza polityczna należąca do partii politycznych. Próba wyręczania roli partii przez inteligencję byłaby zresztą zupełnym nieporozumieniem. To mniej więcej tak jakby zobowiązać pacyfistę do prowadzenia wojny – „…po pierwsze nie mamy armat”. Nawiasem mówiąc partia, której członkowie próbowali to robić (vide Jacek Kuroń) sama upadła ponad 10 lat temu, będąc zresztą emanacją najlepszych polskich tradycji inteligenckich. Tak więc Pani diagnoza jest całkowicie błędna – Polacy po 1989 r. budują nowoczesne, silne państwo a nie XIX wieczną, kulawą protezę systemową. To że nie ma jeszcze w Polsce dobrobytu i adekwatnego do niego poziomu równowagi społecznej jak w państwach wyżej rozwiniętych wynika z poziomu rozwoju a nie takiej czy innej roli „inteligencji”. Przy okazji warto wspomnieć, że „inteligencja” jako warstwa społeczna jest cechą państw zacofanych i słabo rozwiniętych. W tym sensie jest charakterystyczna dla państw Europy Wschodniej. W obecnej zmianie ustrojowej warstwa ta w przyspieszonym tempie zanika o ile w ogóle jeszcze istnieje.
„Jedyne co inteligencja mogła zrobić wobec ludzi sfrustrowanych i wykluczonych to edukacja. ”
No przecież o tym właśnie pisałam.
„Warto wspomnieć, że okres 1989-2015 to w Polsce boom edukacyjny na poziomie wyższym, nie notowany w Zachodniej Europie w takiej skali, czego chyba Pani nie zauważyła pisząc o edukacji.) ”
Nie chodzi o tradycyjną edukację „niech sobie ludziska postudiuja”. Edukacja to nie tylko studia i zdobywanie dyplomów. I właśnie o tę inną, także pozainstytucjonalną, mi chodzi.
„Moim zdaniem żadnego porządku społecznego nie da się zbudować w oparciu o entuzjazm”
Są momenty w historii, kiedy ludzie są bardziej podatni na wspólne działanie, przekraczające tradycyjne podziały, np.odbudowa Warszawy po wojnie. Moim zdaniem własnie entuzjazm (wykończonych wojną) rodaków, pozwolił na ten niesamowity wyczyn. W innym momencie nigdy nie dałoby się tego dokonać. Obalenie komuny było takim momentem.
„Polacy po 1989 r. budują nowoczesne, silne państwo a nie XIX wieczną, kulawą protezę systemową. ”
Nie wiem, dlaczego nowoczesne, silne państwo miałoby wykluczać mniej konfliktu społecznego. Zależy jakie się wybiera wzory. Są różne kapitalizmy. I nie tylko o kasę we wszystkim chodzi.
„Przez cały okres 1989 -2015 nie było i nie ma jakichkolwiek instytucji społecznych pozwalających na samoidentyfikację tej warstwy społecznej dających możliwość wspólnego działania.”
To szkoda, może trzeba było je stworzyć.
Pani kłopot polega na tym, że traktuje konflikt społeczny jako destrukcyjny. Tyle właśnie oznacza „mniej konfliktu społecznego”. Skala zmian po 1989 r.była i jest tak wielka, że konflikt społeczny jest nieuchronny. Jeśli Pani weźmie do ręki dowolny, amerykański podręcznik do zarządzania przekona się o tym, że zaleca on nie łagodzenie czy zapobiegnie konfliktom ale zarządzanie nimi.
Wspominając „tę inną, także pozainstytucjonalną” edukację wykazuje Pani typową naiwność niespełnionego misjonarza. Inteligencja miałaby tych sfrustrowanych i wykluczonych edukować, żeby siedzieli cicho i cieszyli się, że mają wolną Polskę. A oni nie mieli i często nadal nie mają na życie…
Obalenie komuny nie daje się porównać z odbudową Warszawy. Abstrahuje Pani od faktu, że entuzjazm społeczny, przede wszystkim inteligencji, został zniszczony w grudniu 18981 r. wprowadzeniem stanu wojennego. W 1989 r. nie było żadnego entuzjazmu, raczej determinacja by nie wróciła komuna.
Zresztą, jakichkolwiek argumentów się użyje Pani będzie upierać się przy błędnej idei przewodniej artykułu. Nawet kiedy wspomnieć, że nie było i nadal nie ma jakichkolwiek instytucjonalnych płaszczyzn oddziaływania inteligencji na resztę społeczeństwa Pani niefrasobliwie stwierdza: „… szkoda, może trzeba było je stworzyć”. Nie lubię się wyzłośliwiać ale nie mogę sobie darować: to może trzeba było wrócić i tworzyć a nie pouczać nas zza oceanu nie mając pojęcia o realnych warunkach życia w Polsce. Mając wygodne i dostatnie życie w UK wróciłem i, może właśnie dlatego, nie śmiałbym obarczać jakiejkolwiek warstwy społecznej winą za niektóre skutki transformacji ustrojowej.
@slawek niewykluczone, że pan ma rację, ale proszę spojrzeć na te niedobitki inteligencji, które wymądrzają się, choć niczego nie rozumieją. Nie rozumieją najprostszych ludzkich potrzeb, a aspirują do bycia demiurgiem, alfą i omegą, ośrodkiem opiniotwórczym, szarą eminencją polskiej polityki i bóg wie kim jeszcze. A jeśli tak, to przyjmują na siebie i część odpowiedzialności za to co jest.
Na swój użytek zacząłem to nazywać syndromem Nowaka Jeziorańskiego (zapożyczone z jednego z artykułów na SO).
A coraz niższy poziom lotów naszej inteligencji i niezrozumiała dla mnie niechęć, wręcz wrogość do wiedzy poza tą, którą nabyli 50 lat temu, same zrobią swoje.
j.Luk pisze:
2015/05/19 o 00:32
Z pewnością spotykamy w mediach takich ludzi, ale to jeszcze nie cała warstwa. To kilkunastu lub kilkudziesięciu ludzi z wyraźnie narcystycznym nastawieniem do rzeczywistości. Z faktu, że tacy istnieją nie powinno się wyciągać wniosku dotyczącego całej warstwy społecznej. Zresztą tych wymądrzających się nie ma wcale tak wielu. Najczęściej podciągamy pod nich różnych ekspertów zapraszanych do mediów – socjologów, politologów, filozofów polityki i robimy to mimowolnie. Naprawdę prof. Rychard czy Czapiński to nie wodolejcy a bardzo poważni uczeni. Podobnie w wielu innych przypadkach. Mądrali oczywiście nie brakuje ale taki ich, wątpliwy „urok”. Nie chcę wymieniać ich zawodów aby nikogo nie obrazić, ale szczerze wątpię czy dałoby sie ich zliczyć do „inteligentów”.
Jakoś nie mogę się zgodzić z Panią Małgorzatą, że to wszystko wina inteligencji. Na świecie, z pominięciem systemów autorytarnych, jak „stara” komuna, (nie ta rewolucyjna), inteligencja nie napędza polityki. To zadanie dla prostych ludzi, kierujących się zdrowym rozsądkiem. Tam gdzie wchodzi ideologia, kończy się zdrowy rozsądek. Zgadzam się z Autorką, że Polska cierpi na socjalne rozbicie. W sumie darmowe wykształcenie powinno przeciwdziałać atomozacji grup społecznych, a tak nie jest. Najwyraźniej jest to spadek po rządach komuny i przemian ostatniego ćwierćwiecza w Polsce. Ta ewolucja trwa. Pamiętamy, jak na początku we wszystkich byłych „demoludach” wahadło sterów rządowych zmieniało się co wybory od rządów nowej tworzącej się grupy polityków byłej opozycji, w Polsce postsolidarnościowych polityków, do reprezentantów byłej warstwy rządzącej – czyli „post komuny”, w Polsce reprezentowanej dziś przez zanikającą SLD. Ludzie nie chcieli już komuny, ale bali się brania spraw w swoje ręce, do czego zmusza kapitalizm. I stąd ta huśtawka wyborcza.
.
Dziś Polska ma inne problemy. Jest wiele zaszłości i widoczne braki tak w tworzeniu dobrego prawa, jak i w jego egzekwowaniu. To długi proces, tworzenie dobrego prawa. Najwyraźniej ćwierć wieku to za mało, aby stworzyć nowoczesne państwo obywatelskie. A na stosunki międzyludzkie nadal nakładają się negatywne zaszłości. Panuje prawie klanowy (Bliski Wschód) nepotyzm. Widać to tak w polityce – zwycięzca bierze wszystko, czyli żadnej ciągłości w administracji państwowej, jak i w stosunkach w pracy, włączając w to na przykład sposób rekrutacji polskich orawników. Czasem zbyt liberalne prawo: pozwala na pozostawienie młodych ludzi na pastwę śmieciówek. A do tego jest ogromna rzesza ludzi, którzy wyrośli z Komuny i uważają, że „im coś się należy” od „onych” czyli od władzy. Takie myślenie jest popularne na wschodzie i południowym wschodzie Polski, stamtąd dziś głównie emigrują ludzie do Stanów i Kanady, bogobojni wyborcy PiSu…
.
Stąd podatność wielu na Dyzmów populistów, jak Kaczyński, Macierewicz, Ziobro. I ich całkowita bezkarność! Pomimo ewidentnego łamania prawa, antydemokratycznego statutu w „partii” PiS, ta formacja nie jest rozliczana, tak za swoje byłe rządy, jak i za antypaństwowe działania.
.
Zamiast zwalać na trudną do zdefiniowania grupę – inteligencję, należy w Polsce tworzyć lepsze prawo i je lepiej egzekwować.
My, jako Polacy musimy nauczyc sie 3 podstawowych slow:
PROSZE DZIEKUJE PRZEPRASZAM
i uzywac czesciej najpierw w stosunku do siebie samych
Potem bedzie czas na nauke o demokracji, kapitalizmie itd itp