22.08.2026
Maciej Berek jest podobno człowiekiem apolitycznym. Wiadomo to stąd, że do zeszłego tygodnia był ministrem.
Polska polityka od dawna rozszerza znaczenie słów. Mieliśmy już bezpartyjnych działaczy partyjnych, niezależnych nominatów zależnych od nominujących oraz Trybunał Konstytucyjny tak niezależny, że termin jego wyroku można było przewidzieć, sprawdzając kalendarz potrzeb politycznych władzy.
Teraz mamy apolitycznego ministra.
Donald Tusk przedstawia Macieja Berka jako świetnego prawnika, znakomitego legislatora i człowieka niepartyjnego. Wszystko to może być prawdą. Berek nie jest politycznym pałkarzem, nie robił kariery z obrażania połowy społeczeństwa i nie zagryzał konstytucji kiełbasą wyborczą. Jest fachowcem. I właśnie dlatego sprawa jest ciekawa. Problemem nie jest Berek. Problemem jest berek.
Zabawa, w której kolejne partie gonią się wokół Trybunału, krzycząc „teraz ty!”, a kiedy już złapią przeciwnika, natychmiast stają się strażnikami zasad, które jeszcze przed chwilą uważały za przeszkodę.
PiS przez lata przekonywał, że polityczna przeszłość jego kandydatów do TK nie ma większego znaczenia, skoro są prawnikami. Dzisiejsza większość odpowiadała wtedy, że ma znaczenie ogromne. Bo niezależność to nie tylko kwalifikacje, lecz także dystans od bieżącej władzy.
Myśl była tak rozsądna, że wpisano ją nawet do ustawy.
Cztery lata karencji dla byłych ministrów i parlamentarzystów. Nie cztery tygodnie. Nie czas potrzebny na opróżnienie ministerialnej szuflady i odniesienie służbowego laptopa. Cztery lata.
Ustawa nie weszła w życie, więc formalnie Berek może kandydować. I tu pojawia się szczególnie piękna odmiana polskiej praworządności: sami chcieliśmy czegoś zakazać, ponieważ uznaliśmy to za niewłaściwe, ale ponieważ zakaz jeszcze nie obowiązuje, możemy spokojnie zrobić właśnie to, czego chcieliśmy zakazać.
Prawnie — wolno.
Moralnie przypomina to profesora medycyny, który kończy wykład o szkodliwości palenia, zapala papierosa i wyjaśnia studentom, że ustawa antynikotynowa jeszcze nie została opublikowana.
Andrzej Zoll kompetencji Berka nie kwestionuje. Przypomina jednak, że kandydatura przeczy standardowi, który obecna większość sama chciała ustanowić. Dochodzi problem praktyczny: jako sędzia Berek musiałby wyłączać się ze spraw dotyczących przepisów, przy których powstawaniu sam uczestniczył.
Czyli wysyłamy do Trybunału znakomitego mechanika, który przy części samochodów będzie musiał odejść od podnośnika, bo wcześniej sam je składał.
Koalicja odpowiada, że sytuacja jest nadzwyczajna. Trybunał jest sparaliżowany, zwykłe metody zawiodły, potrzebny jest ktoś skuteczny. Witold Zembaczyński mówi nawet o „opcji atomowej”.
Do niedawna praworządność była ogrodem, który należało pielęgnować. Teraz najwyraźniej stała się Hiroszimą.
Najważniejsze jest jednak uzasadnienie: przeciwnik grał nieczysto, więc my musimy działać skuteczniej. Oczywiście w słusznej sprawie.
To najstarszy środek znieczulający w politycznej aptece. Każda władza nagina reguły w słusznej sprawie. Nikt rano nie oznajmia rodzinie: „Idę dziś demolować państwo prawa”. Każdy idzie ratować ojczyznę. Dopiero wieczorem okazuje się, że ojczyzna wprawdzie uratowana, ale gdzieś zapodziały się zasady.
I tu właśnie potrzebna jest Ewa Łętowska. Od lat powtarza politykom rzecz wyjątkowo dla nich przykrą: prawo nie służy wyłącznie osiąganiu dobrych celów. Ma również ograniczać sposoby ich osiągania.
Polityk chce jechać z Warszawy do Krakowa. Prawnik pokazuje ograniczenie prędkości. Polityk mówi, że Kraków jest bardzo ważny. Prawnik nadal pokazuje dziewięćdziesiąt. Polityk przypomina, że poprzednicy jechali sto osiemdziesiąt. Na co prawnik odpowiada, że właśnie dlatego ustawiono radar.
Dzisiejszy pomysł brzmi mniej więcej tak: skoro radar jeszcze nie działa, jedźmy sto osiemdziesiąt — ale demokratycznie.
Łętowska powiedziała kiedyś zdanie, które powinno wisieć w Kancelarii Premiera: „Bez Trybunału Konstytucyjnego każdej władzy jest łatwiej, ale państwu źle”. Bo Trybunał nie istnieje po to, żeby pomagać władzy. Ma jej przeszkadzać. Ma być instytucjonalnym wrzodem na dupie każdego rządu. Ma mówić: tego nie wolno. Ma psuć konferencje prasowe, unieważniać ustawy i przypominać premierowi, że Konstytucja, cholera, obowiązuje także po wygranych wyborach.
Jeśli Trybunał jest dla władzy wygodny, należy się niepokoić. Jeśli staje się jej własnością, należy przestać nazywać go Trybunałem.
Dlatego kompetencje Berka nie zamykają sprawy. W politycznych nominacjach nigdy nie chodziło wyłącznie o to, czy kandydat zna kodeksy. Chodziło również o to, z jakiego miejsca do Trybunału przychodzi i jaki kabel politycznych zależności ciągnie się za nim od drzwi.
Berek może być uczciwy, niezależny i odporny na naciski. Oby był. Tylko państwa prawa nie buduje się na nadziei, że tym razem trafiliśmy na porządnego człowieka. Buduje się je tak, żeby również człowiek nieporządny nie mógł zrobić wszystkiego.
Dlatego dobre instytucje są ważniejsze od dobrych ludzi. Ludzie się zmieniają. Pokusa zostaje.
Anna Maria Żukowska ujęła sprawę prościej: „Mieliśmy być inni niż PiS”. I rzeczywiście tu zaczyna się kłopot. Koalicja 15 października nie wygrała wyborów po to, żeby robić to samo sprawniej, bardziej elegancko i z lepszą angielszczyzną. Obiecywała przywrócenie standardów, a standard ma tę paskudną właściwość, że obowiązuje właśnie wtedy, gdy przeszkadza.
Zasada stosowana tylko wtedy, kiedy jest wygodna, nie jest zasadą. Jest preferencją. Dlatego dziwnie brzmi argument, że Berka właściwie nikt nie traktował jako polityka. Był ministrem, członkiem Rady Ministrów, bliskim współpracownikiem premiera i człowiekiem odpowiedzialnym za legislację rządu.
Stanowisko ministra nie zależy od tego, czy koledzy przy kawie uważają go za polityka.
Ja również znam dentystów, których podczas kolacji nikt nie traktuje jak dentystów. Nie powoduje to jednak wygaśnięcia ich prawa wykonywania zawodu.
Najciekawszy paradoks dotyczy zresztą samego Berka. Człowiek zajmujący się przez lata jakością prawa znalazł się nagle w samym środku różnicy między jego literą a duchem. Litera mówi: wolno. Duch przypomina: sami mówiliście, że nie powinno się. Pomiędzy nimi stoi fotel sędziego Trybunału Konstytucyjnego.
Jeżeli Berek zostanie wybrany, każdy jego wyrok korzystny dla rządu, z którego właśnie przyszedł, będzie oglądany pod lupą. Nie dlatego, że musi być nieuczciwy. Dlatego, że niezależność sądu nie polega wyłącznie na tym, że sędzia rzeczywiście jest niezależny.
Obywatel musi jeszcze mieć powód, żeby w tę niezależność wierzyć. Tego właśnie przez lata nie rozumiał PiS. Byłoby ponurą ironią, gdyby jego przeciwnicy postanowili nauczyć się tego przez naśladownictwo.
Owszem, sytuacja jest nadzwyczajna. PiS zostawił w wymiarze sprawiedliwości pobojowisko, po którym konstytucjonaliści chodzą dziś jak saperzy. Nikt rozsądny nie może żądać, żeby obecna władza udawała, że wszystko jest normalne, ale naprawianie domu młotem pozostawionym przez wandala ma jedną wadę. Po chwili sąsiedzi słyszą dokładnie ten sam hałas.
Łętowska od lat mówi właściwie jedno: naprawiać, nie burzyć. Naprawa jest powolna, nudna i niewdzięczna. Rewanż jest cudownie prosty. Oni wsadzili swoich — my wsadzimy lepszych swoich. Oni naginali — my nagniemy w dobrą stronę. Oni podporządkowywali — my podporządkujemy niezależności.
Brzmi absurdalnie. I właśnie dlatego brzmi niepokojąco znajomo.
Maciej Berek może się okazać świetnym sędzią. Może nawet kiedyś wydawać wyroki doprowadzające Donalda Tuska do furii. Byłby to najlepszy możliwy finał tej historii, ale pytanie pozostanie: po co ustanawiać wysokie standardy, jeżeli przy pierwszej poważnej przeszkodzie sami podkładamy pod nie stołek?
PiS nauczył Polskę, że konstytucję można czytać twórczo. Obecna władza miała nas nauczyć, że nie należy. Jeśli finałem tej lekcji będzie odkrycie, że jednak można, byle interpretował właściwy profesor, cały dziesięcioletni spór o praworządność okaże się nie sporem o zasady. Tylko o personel, a wtedy Ewa Łętowska zostaje ze swoją staromodną i wyjątkowo irytującą dla polityków prawdą: państwo prawa nie istnieje po to, żeby ułatwiać życie dobrej władzy. Istnieje po to, żeby także dobrej władzy czegoś zabronić. Każda władza uważa się za dobrą. Zwłaszcza własna.
Wyjątki mają zaś paskudny zwyczaj. Najpierw ratują państwo. Potem stają się precedensem. A na końcu przychodzi następna władza i mówi: dziękujemy za instrukcję.
Krzysztof Bielejewski
