Sławek: Człowiek, który żył w przyszłości12 min czytania

()


28.10.2026

Po spotkaniu z profesorem Krzysztofem J. Konsztowiczem

Jechałem do Bielska-Białej przekonany, że spotkam interesującego człowieka. Znałem publicystykę profesora[1] Krzysztofa J. Konsztowicza, jego krytyczne uwagi o organizacji polskiej nauki, centralizmie państwa i niewykorzystanych możliwościach rozwoju gospodarczego. Nie do końca wiedziałem, jak wiele do zrozumienia tych poglądów wniesie poznanie doświadczeń człowieka, który je formułuje.

Spotkanie 21 października stało się dla mnie czymś więcej niż rozmową z naukowcem i publicystą. Było spotkaniem z człowiekiem, który swoje przekonania sprawdzał w bardzo różnych okolicznościach, w tym w wymagającej pracy naukowej, w inaczej wymagającej pracy handlowej w przedsiębiorstwie, wielokrotnie w życiu w sytuacjach, gdy trzeba było porzucić dotychczasową stabilność i zaczynać od nowa.

Miejsce z pamięcią

Profesor zaproponował restaurację „Nowy Świat” w swoim rodzinnym Bielsku-Białej. Nazywa to miasto kresowym — określenie intrygujące dla kogoś przyzwyczajonego do tego, że Kresy znajdują się przede wszystkim na wschodzie. Jakże inne rozumienie pogranicza, tutaj południowego: jako miejsca spotkania odmiennych tradycji, doświadczeń i porządków.

Restauracja okazała się znakomitym miejscem do rozmowy. Zabytkowe otoczenie, zakamarki wnętrz, doskonała kuchnia i uważna obsługa pozwalały zapomnieć o pośpiechu. Nie był to wybór wyłącznie gastronomiczny. Profesor napisał przed spotkaniem, że właśnie tutaj rozmawiał przed laty z red. Eugeniuszem Rosnerem, dziennikarzem i działaczem lokalnym, który poznał go ze Stefanem Bratkowskim i wciągnął do pisania w „Studiu Opinii”. Rozmowy wtedy dotyczyły między innymi porządku prawnego i modeli państwa. Z niektórych wyrastały później artykuły. Rozmawialiśmy w miejscu, w którym pytania o Polskę miały już swoją historię.

Poza notką biograficzną

Biografia naukowa, choćby najstaranniej sporządzona, porządkuje życie według instytucji, stanowisk, publikacji i osiągnięć. Znacznie mniej mówi o tym, co dzieje się między kolejnymi pozycjami życiorysu: o niepewności, konieczności zmiany zajęcia, uczeniu się nowych dziedzin, szukaniu sposobu utrzymania.

W opowieści profesora o szesnastu latach spędzonych w Kanadzie właśnie te doświadczenia zajęły ważne miejsce. Przemiany związane z tzw. „pierestrojką” i wygaszaniem zimnowojennej konfrontacji przyniosły ograniczenie części badań, również nad materiałami o podwójnych zastosowaniach. Zamknięcie laboratorium, w którym pracował, oznaczało konieczność odnalezienia się poza dotychczasowym środowiskiem zawodowym.

Naukowiec stawał się człowiekiem poszukującym pracy. Tytuły i wykształcenie nie gwarantowały zatrudnienia. W pewnych sytuacjach mogły nawet utrudniać jego znalezienie.

Ważne miejsce zajęła opowieść o pracy wynagradzanej wyłącznie, w 100%, prowizją od sprzedaży. Doświadczenie odległe od wyobrażeń o bezpiecznej karierze uczonego. Trzeba poznać rynek i produkty, zrozumieć potrzeby klienta, zdobyć jego zaufanie i doprowadzić do transakcji. Sam wysiłek nie zapewnia dochodu, a terminy płatności osobistych „trzymają za gardło”.

Słuchałem tego przez pryzmat własnych doświadczeń przedsiębiorcy zajmującego się doradztwem ekonomicznym. Znam sytuację, w której nie wystarczy mieć kwalifikacje ani być przekonanym o przydatności swojej pracy. Trzeba jeszcze znaleźć kogoś, kto zechce za nią zapłacić — i wykazać, że otrzyma coś rzeczywiście użytecznego.

Nie chodzi o rozstrzyganie, czy trudniejsza jest praca naukowa, czy handlowa. To różne światy i różne rodzaje odpowiedzialności. Profesor poznał oba, dosłownie „na własnej skórze”. O gospodarce mówi z doświadczenia wykonawczego, nie z wyżyn ciepłej posady w nauce czy administracji, jakich w Polsce wciąż nie brakuje. Mówi jako człowiek, który musiał „płacić rachunki”, pracując na utrzymanie rodziny.

Wiedza, która tworzy wartość

Połączenie różnorodnych doświadczeń zawodowych profesora stanowi klucz do zrozumienia jego poglądów.

Centralnym pojęciem naszej rozmowy, ale i wieloletniej publicystyki Konsztowicza jest wartość. Nie wartość deklarowana w programie, wykazana w sprawozdaniu czy potwierdzona liczbą formalnych osiągnięć. Chodzi o rezultat wykorzystania wiedzy: rozwiązanie problemu, opracowanie produktu, usprawnienie procesu, stworzenie czegoś potrzebnego konkretnym klientom, konsumentom czy użytkownikom. Profesor ujął to dosadnie: „wartość ma tylko to, za co ktoś jest gotów zapłacić”.

W tym kontekście K. Konsztowicz przywołał prof. Tomasza Brzustowskiego – uczonego polskiego pochodzenia – profesora komercjalizacji innowacji University of Ottawa i wieloletniego szefa NSERC, kanadyjskiej rady finansującej badania w naukach przyrodniczych i inżynierskich. Brzustowski, zmarły w 2020 roku, zajmował się między innymi związkiem badań naukowych z innowacyjnością i rozwojem gospodarczym i uczestniczył we wdrażaniu funkcjonalnych rozwiązań legislacyjnych. To ważna postać w rozumowaniu Konsztowicza. W „Gospodarce nie-wiedzy”, otwierając rozdział „Innowacyjna dolina śmierci”, przytacza następujące słowa Brzustowskiego:

„Dobrobyt wymaga tworzenia majątku a tworzeniem majątku zajmuje się biznes. Majątek wytwarza się tam, gdzie wprowadza się wartość; im więcej wprowadzi się wartości, tym więcej wytworzy się majątku. W gospodarce opartej na wiedzy wartość dodaje się wtedy, gdy do nowych produktów (dóbr i usług) wprowadzona jest wiedza, a to osiąga się przez badania i rozwój”.

Cytat pomaga zrozumieć, dlaczego profesor tak konsekwentnie, wręcz uporczywie pyta o organizację procesu prowadzącego od badań do ich wykorzystania. Nie wystarczy posiadać wiedzę, prowadzić badania i wykazywać dorobek. Potrzebne są jeszcze mechanizmy, dzięki którym ich wyniki zostają wprowadzone do produktów i usług, tworząc wartość dodaną.

W ujęciu profesora Konsztowicza nauka, badania, technika i przedsiębiorczość nie powinny funkcjonować jako odrębne światy, spotykające się głównie podczas uroczystych konferencji. Mają tworzyć powiązany system procesowy. O jego skuteczności nie rozstrzyga liczba instytucji ani osób zatrudnionych przy kolejnych etapach, lecz zdolność przechodzenia od poznania do zastosowania.

Tak rozumiem przywoływany przez profesora „łańcuch dostaw nauki dla gospodarki”. Nie jako żądanie, aby każdy badacz osobiście sprzedawał wyniki swojej pracy, lecz jako pytanie o organizację całości jako systemu: kto, w jaki sposób i na jakich zasadach sprawia, że wiedza zostaje wykorzystana i tworzy wartość.

To przesuwa dyskusję z ogólnego postulatu zwiększania nakładów na pytanie trudniejsze: jak zorganizować instytucje, aby dodatkowe środki przynosiły rzeczywistą zmianę?

Teoria czy alibi?

W tym kontekście zapamiętałem stanowczy sprzeciw profesora wobec rozróżniania wiedzy na „teoretyczną” i „praktyczną”. W takim podejściu wiedza jest jedna — prawdziwa i rzetelna. Nazwa „wiedza teoretyczna” bywa czasem używana jako osłona dla treści pozornych, nieweryfikowalnych, oderwanych od rzeczywistości.

Mocnym obrazem takiego pozoru był przywołany w rozmowie nauczyciel akademicki, który wykłada studentom z tych samych notatek od dwudziestu lat, choć już w chwili ich sporządzania niewiele miały wspólnego z naturą rzeczy. Problem nie w tym, że notatki się zestarzały. Niektóre mogły nigdy nie zawierać tego, co miały przekazywać: rzetelnego rozpoznania rzeczywistości. Przetrwały dzięki akademickiej formie, instytucjonalnemu skostnieniu i powtarzalności nauczania.

Z własnych doświadczeń akademickich sprzed lat znam podobne mechanizmy. Kojarzą mi się z „wyuczoną nieudolnością”: utrwalaniem sposobu działania, który pozwala spełniać wymagania instytucji, nie służąc celowi, dla którego ją powołano.

Odczytuję uwagę profesora nie jako odrzucenie teorii, lecz jako odmowę przyznawania jej nazwy wszystkiemu, co brzmi dostatecznie abstrakcyjnie. Granica przebiega nie między teorią a praktyką, lecz między wiedzą a jej pozorem.

To ważne również poza uczelnią. W administracji, polityce i gospodarce także można sprawnie posługiwać się językiem, który więcej zasłania, niż wyjaśnia. Można mnożyć procedury, opracowania i deklaracje, nie zbliżając się do rozwiązania problemu.

Od diagnozy do reformy

Profesor opowiadał również o obserwowanych dużo wcześniej w Kanadzie przemianach politycznych i gospodarczych, a szczególnie o znaczeniu Partii Reform.

Partia Reform jako nowy uczestnik życia politycznego zmieniła warunki działania pozostałych ugrupowań. Zmusiła je do podjęcia tematów, które wcześniej odkładały, oraz do przemyślenia rozwiązań, których bez zewnętrznej presji nie chciały podejmować. Ważne było nie tylko to, co ugrupowanie samo proponowało, lecz także to, do czego mobilizowało partie już zakorzenione w systemie. Partia Reform skłoniła inne partie do intensyfikacji reform systemowych.

Ten fragment rozmowy łączył się z pytaniem, które zadawałem profesorowi wcześniej: co dalej?

Krytycznych diagnoz mamy przecież pod dostatkiem. Można długo i trafnie opisywać słabości organizacji nauki, administracji czy polityki. Trudniej wskazać mechanizm, dzięki któremu ci, którzy korzystają z obecnego porządku, zostaną skłonieni do jego zmiany.

Przywoływane przez profesora doświadczenia Kanady, Korei Południowej, Australii i innych krajów służyły nie tylko opisowi reform, lecz także namysłowi nad tym, jak powstaje presja reformatorska i jak może oddziaływać na utrwalony układ polityczny.

Centralizm i pozorna praca

W odniesieniu do Polski profesor wracał do problemu centralizmu i spuścizny po PRL. Dostrzega w tym jedne z istotnych przyczyn — być może najważniejsze — osłabienia odpowiedzialności za rezultaty zarówno w nauce, jak i w administracji oraz polityce. Nie uważa niedostatku pieniędzy ani indywidualnych kompetencji za wystarczające wyjaśnienie naszych trudności. Pyta przede wszystkim o konstrukcję instytucji: kto podejmuje decyzje, kto ocenia ich skutki, według jakich kryteriów dobiera się ludzi i co w istocie jest nagradzane.

W tym kontekście wracaliśmy do znanego nam obu mechanizmu: negatywnej selekcji kadr w polskiej nauce, sektorze publicznym i polityce — zarazem skutku działania systemu i przyczyny jego odtwarzania w kolejnych pokoleniach. Można przecież wykonywać wszystkie wymagane czynności, przestrzegać procedur, sporządzać sprawozdania i nadal nie osiągać celu, dla którego instytucję powołano. Praca została wykonana, lecz problem pozostał. A nowej wartości ciągle nie ma…

Krytyka centralizmu nie sprowadza się do postulatu przesunięcia kompetencji z jednego szczebla na drugi. Dotyczy związku między możliwością działania, odpowiedzialnością i oceną wyniku. Bez tego związku reforma łatwo staje się zmianą nazw, schematów organizacyjnych i dokumentów.

Ta sama diagnoza — bo co się zmieniło?

Przy okazji artykułu „Czy radykalne centrum wyprowadzi nas z Magdalenki?…” w jednej z polemik pojawił się argument, że zamiast analizować nową propozycję polityczną, ponownie przedstawia własną „teorię wszystkiego”: centralizm czyni przyczyną niemal wszystkich polskich słabości, a zmianę ordynacji wyborczej i federalizację — uniwersalnym lekarstwem.

Taki sposób polemiki służy obronie status quo: zamiast podważyć diagnozę, dyskwalifikuje jej powtarzanie. Tymczasem powtarzanie diagnozy nie dowodzi jej nietrafności. W tym przypadku powtarzalność argumentów wynika z trwałości opisywanego problemu. To ilustracja podejścia obrońców istniejących rozwiązań, a nie poważna dyskusja o problemie.

Profesor od lat wykazuje i podkreśla trwałość systemu: odziedziczonych po PRL mechanizmów organizacyjnych, które — mimo zmian politycznych — są odtwarzane przez kolejne pokolenia polityków, urzędników rozrośniętego sektora publicznego i pracowników naukowych. Jego diagnozę można streścić następująco: tkwimy w nieefektywnym, marnotrawnym układzie, w którym większość działań edukacyjnych i naukowych zachowuje pozory użyteczności, nie przekładając się na tworzenie wartości, a ludzi przygotowuje się do wyzwań przeszłości zamiast przyszłości.

Nie chodzi o to, żeby każdy element proponowanej przez Konsztowicza reformy przyjąć bez zastrzeżeń. Trafność diagnozy i skuteczność proponowanych rozwiązań to dwie odrębne kwestie. Nie wystarczy jednak powiedzieć autorowi: „znów pan o tym samym”. Jeżeli mechanizm pozostaje ten sam, trudno oczekiwać, aby rzetelny obserwator dla urozmaicenia zaczął opisywać inny.

Po naszej rozmowie lepiej rozumiem tę konsekwencję, a nawet pewną uporczywość. Profesor wraca do pytania, które uważa za nierozwiązane: jak sprawić, żeby nauka, edukacja i instytucje państwa nie tylko wykonywały przypisane im czynności, lecz rzeczywiście służyły rozwojowi? To pytanie nie traci znaczenia dlatego, że zadawano je już wielokrotnie.

„Żyłem w przyszłości”

Najmocniej utkwiło mi w pamięci sformułowanie profesora o powrocie z kraju, w którym „żył w przyszłości”.

Nie usłyszałem w nim opowieści o idealnej Kanadzie. Trudno byłoby tak odczytać słowa człowieka, który wcześniej mówił o utracie pracy, niepewności i konieczności odnajdywania się w nowych zajęciach. Odebrałem to raczej jako skrót doświadczenia instytucjonalnego: profesor poznał rozwiązania, które działają, widział inne, bardziej efektywne sposoby organizowania nauki, gospodarki i życia publicznego, a po powrocie stwierdził, że tutaj nadal traktuje się je jako odległą możliwość.

W tym zdaniu pobrzmiewało nie tyle rozczarowanie, co pytanie, którego nie sposób zbyć: dlaczego doświadczenia ludzi powracających do kraju z bagażem wiedzy tak trudno stają się zasobem wspólnym?

Nie chodzi przecież o przyjmowanie wszystkiego, co zagraniczne, ani o kopiowanie całych systemów. Chodzi o umiejętność wysłuchania człowieka, który pracował w innych warunkach i potrafi wskazać różnicę między rozwiązaniem znanym z deklaracji a rozwiązaniem sprawdzonym w działaniu.

Człowiek, nie pomnik

Rozmowa nie była wykładem. Wracały wspomnienia szkolne, opowieści o ludziach, anegdoty i jazz nowoorleański. Pan Krzysztof okazał się znakomitym narratorem: bezpośrednim, skromnym, a zarazem pełnym pasji i potrzeby przekazania tego, co uważa za ważne. Trzeba słuchać uważnie, bo mówi konkretnie, rzeczowo, bez zbędnych ozdobników.

Nie tworzył obrazu życia jako nieprzerwanego pasma sukcesów. Było w nim miejsce na osiągnięcia, ale też na niepewność, zmiany kierunku i konieczność ponownego udowadniania własnej przydatności.

Właśnie dlatego jego opowieść tak mnie zainteresowała. Za poglądami na naukę, przedsiębiorczość i państwo zobaczyłem konkretnego człowieka. Nie oznacza to, że osobiste doświadczenie rozstrzyga każdy spór. Pozwala jednak lepiej zrozumieć, skąd biorą się pytania rozmówcy i dlaczego pewnych odpowiedzi nie jest skłonny przyjmować na wiarę.

Wracałem z Bielska-Białej z przekonaniem, że warto tę rozmowę opisać — pokazać związek między biografią a sposobem myślenia o sprawach wspólnych.

Zostało ze mną przede wszystkim pytanie: co potrafimy zrobić z wiedzą ludzi, którzy poznali inne sposoby działania, sprawdzili je we własnym życiu i chcą się tym doświadczeniem podzielić? Czy umiemy uczynić z niego coś więcej niż temat interesującego spotkania?

  1. dr hab. inż. Krzysztof J. Konsztowicz był profesorem ATH do emerytury w 2016 r. ↑

Sławek

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo