Leszek Szaruga: Czy w Polsce działa cenzura?

szar1403072015-01-05

Wypisy z prasy kulturalnej

Czy w Polsce działa cenzura? Czy to prawda, że w Polsce demokracja zagrożona jest przez Kościół katolicki? Czy katolicy są w Polsce współczesnej pozbawiani swych praw do religijnej wolności? Podobnych pytań można dziś, po 25 latach funkcjonowania nowej demokracji, postawić więcej i w dodatku są to pytania, które, być może, uznać trzeba będzie za nośniki kwestii nierozstrzygalnych.

Problem ten w dodatku do „Rzeczpospolitej” – „PlusMinus” nr 40/2014 – podjął Mariusz Cieślik w artykule zatytułowanym „Niebezpieczne tematy”. Punktem wyjścia rozważań publicysty jest m.in. sytuacja lekarza, profesora Bogdana Chazana, który, powołując się na klauzulę sumienia (nazywaną też deklaracją wiary), nie dopuścił do tego, by pozostająca pod jego opieką pacjentka mogła skorzystać z przysługującego jej prawa przerwania ciąży. W efekcie lekarza, pełniącego też funkcję dyrektora jednego ze szpitali, zwolniono ze stanowiska.

Autor wskazuje także inne przypadki dowodzące wedle niego, iż istnieje konflikt między reprezentowanym przez władze i część środowisk opiniotwórczych „obozem postępu” a broniącymi zasad ludźmi Kościoła, w wyniku zaś tego konfliktu wyznawcy katolicyzmu są szykanowani i ogałacani ze swych praw: „W kraju, w którym do tego wyznania przyznaje się ponad 90 procent obywateli, fakt, że wysoki urzędnik jest człowiekiem wiernym nauce Kościoła, nikogo nie powinien zaskakiwać. Tymczasem zaraz, i to także ze strony dziennikarzy, nie tylko polityków, pojawiło się żądanie, by go odwołać. Wedle tej logiki można być chrześcijaninem, pod warunkiem, że do nakazów wiary człowiek nie stosuje się w pracy zawodowej”. I w zakończeniu: „Jak widać, z roku na rok wolność słowa w Polsce jest coraz bardziej ograniczana, a lista niebezpiecznych tematów wciąż się wydłuża. Dziś należą do nich wiara, geje, kwestia żydowska i niewygodne epizody w biografii, ale kto wie, co będzie dalej. Mówiąc publicznie o wierności nauce Kościoła, można zostać uznanym za fundamentalistę; podejmując temat mniejszości seksualnych zostaje się homofobem; badając przeszłość bohaterów czy wybitnych twórców, można zostać człowiekiem „chorym z nienawiści” z wilczym biletem; a antysemitą jest się właściwie z automatu, gdy podejmuje się jakąś kontrowersyjną kwestię związaną z Żydami. Pisanie i mówienie prawdy jest, jak widać, w Polsce zajęciem niebezpiecznym”.

Cieślik oczywiście żartuje, gdy mówi, że w Polsce jest ograniczana wolność słowa: żaden z tematów, które przywołuje, nie jest przecież objęty zakazem i każdy może pisać i mówić, co tylko zechce, ale musi też – to właśnie ryzyko sprawia, że zwiększenie wolności zmniejsza poczucie bezpieczeństwa: nie ma tak dobrze, by mieć zarazem i wolność, i poczucie bezpieczeństwa! – godzić się ponosić konsekwencje wypowiadanych lub napisanych przez siebie słów. Póki co, w Polsce nie ma cenzury, choć oczywiście niektóre kwestie są, jak choćby wzywanie do nienawiści rasowej, prawnie zakazane. Poza tym obowiązuje stara zasada prawa rzymskiego mówiąca, że co nie jest zakazane, jest tym samym dozwolone. Co nie znaczy, że nie istnieją tematy ryzykowne i wymagające szczególnego poczucia odpowiedzialności za słowo.

Ale, oczywiście, pozostaje wciąż otwarta kwestia prawa stanowionego i jego relacji z prawem boskim określanym u nas także mianem prawa naturalnego. W obszernym wywiadzie, jakiego udzielił dominikańskiemu miesięcznikowi „W Drodze” (nr 10/2014) teolog Jarosław A. Sosnowski a zatytułowanym „Nie chodzi o Boga ani o Kościół” czytamy, w nawiązaniu do przypadku doktora Chazana:

„Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do sprzeciwu sumienia. Niektórzy zarzucają osobom korzystającym z tej możliwości słabość. Mówią: nie potrafili zdobyć demokratycznej większości, to teraz wymyślają sobie jakąś klauzulę sumienia. (…) Otóż chciałbym bardzo mocno podkreślić, że skorzystanie ze sprzeciwu sumienia nie jest przejawem słabości człowieka, ale przejawem jego najwyższej odwagi. Bo prawem można zapewnić wolność sumienia i realizację klauzuli sumienia, ale prawo nie gwarantuje, że każde wykorzystanie klauzuli sumienia będzie pod ochroną. I obyśmy nigdy  takich regulacji nie próbowali wprowadzić. (…) Bo nie wiemy, czy ktoś, kto decyduje się na sprzeciw sumienia, odwołuje się rzeczywiście do obiektywnego porządku, czy też do swoich przeczuć lub odczuć. Dlatego objęcie ochroną każdego aktu odwołania się do klauzuli sumienia groziłoby anarchią. (…) Jeśli sygnałem wywoławczym jest dla nas kazus prof. Chazana, zostańmy przy przykładzie ginekologii. Przypuśćmy, że lekarz diagnozuje patologię ciąży. Obawia się jednak, że gdy powie o tym swojej pacjentce, ta zechce ją usunąć. Dlatego, powołując się na klauzulę sumienia, nie mówi jej o tym. Tak lekarzowi postąpić nie wolno! Pacjentka – w imię prawa pacjenta do informacji i prawa odpowiedzialności matki za dziecko, które nosi – musi znać swoją sytuację. Tymczasem niektórzy twierdzą, że lekarz katolik powinien swoim sumieniem otoczyć także pacjentów, a to oznaczałoby, że on nie tylko ich leczy, ale jednocześnie prowadzi moralnie. Otóż takiego mandatu nikt lekarzowi nie daje. On ma prawo działać zgodnie z własnym sumieniem, ale wyborów własnego sumienia nie może narzucać innym. Gdyby więc ukrył informację o stanie ciąży, byłoby to ewidentne nadużycie i takie zachowanie powinno się piętnować. Natomiast z tego, że informuje pacjentkę o stanie ciąży, nie wynika, że ma jej podsunąć myśl o ewentualnej aborcji i pomóc w przeprowadzeniu zabiegu. (…) Jeżeli dajemy człowiekowi konstytucyjne prawo do wolności sumienia, to dajemy mu je właśnie po to, żeby mógł z niego skorzystać. Natomiast tu mielibyśmy sytuację, w której lekarz jeden czyn – odmowę aborcji – podejmuje zgodnie ze swoim sumieniem, ale już następny – wskazanie innego lekarza [który może aborcji dokonać] – musi podjąć przeciwko swojemu sumieniu. W ten sposób dochodzimy do absurdu”.

W dawnych czasach podobny absurd nazywano tragedią – przecież to, z czym mamy tu do czynienia, to klasyczny przykład doświadczenia opisanego w „Antygonie” Sofoklesa. Tyle tylko, że tutaj profesor Chazan, skazany na konieczność wyboru między prawem boskim i prawem stanowionym, ponosi mniejsze konsekwencje swych decyzji niż osoba od niego zależna, której te decyzje dotyczą, a którą jest nie mogąca skorzystać z przysługujących jej praw pacjentka. Dodać należy – czy raczej przypomnieć, bo sprawa była głośna – że dziecko, które się w efekcie tych decyzji urodziło, było w zasadzie pozbawione mózgu i żyło drastycznie krótko. Niemniej z punktu widzenia obrony zasad wolności sumienia profesor Chazan wykazał się dramatycznie żelazną konsekwencją, choć naruszył przy tym zasady prawa stanowionego: musiał tak uczynić, by pozostać w zgodzie z nauką Kościoła. Nie przypadkiem też wywiad z Jarosławem A. Sosnowskim rekomendowany jest na okładce pisma formułą: „Klauzula sumienia. Kiedy mamy prawo do sprzeciwu wobec prawa”.

To jest, oczywiście, ważny temat i nie sądzę, by był szczególnie niebezpieczny. Obecność wierzących w życiu publicznym jest oczywistością. Pytaniem otwartym natomiast pozostaje kwestia relacji zasad wiary i zasad stanowionego przez świeckie państwo prawa w podejmowanych przez ludzi wierzących działaniach, szczególnie urzędowych. Jak widać z przykładu profesora Chazana, może tu dochodzić do nierozwiązywalnych ze swej natury konfliktów. Wyjściem jest rzecz jasna podporządkowanie prawa stanowionego zasadom wiary, ale wówczas trzeba zrezygnować ze świeckości państwa i zdecydować się na życie w państwie wyznaniowym, tak jak w krajach muzułmańskich, w których obowiązuje szariat. Trzeciego rozwiązania w zasadzie nie ma, choć praktyka życia publicznego dopuszcza, jak w Polsce, wariant mieszany czyli nieformalne, lecz respektowane ze względu na silną pozycję Kościoła „prawo do sprzeciwu wobec prawa”. Tutaj też otwiera się temat naprawdę ważny i wart dyskusji, której wszakże podjęcie z pewnością jest dla kogoś, kto ją zainicjuje, ryzykowne.

Ani ten, ani inne tematy nie są w Polsce objęte cenzurą. Innego wszakże zdania zdaje się być felietonista i prozaik Marcin Wolski, który w nocie „Cenzura wiecznie żywa” zamieszczonej w tygodniku „Do Rzeczy” (nr 41/2014) pisze najpierw o cenzurze PRL: „Zamysł był prosty – PRL miał się jawić jako prawdziwy raj bez konfliktów i problemów, wątpliwych decyzji władz, a nawet klęsk żywiołowych. Powodowało to konieczność eliminowania nazwisk szkodników (najczęściej literatów), którzy obraz ten usiłowali zmącić, pisząc protesty na przykład przeciwko konstytucji czy publikując za granicą paszkwile na partię i rząd. Na listę taką można było trafić, ale również w bliżej niejasnych okolicznościach ją opuścić”. Tymczasem dzisiejsza cenzura, choć formalnie nie istnieje, jest bardziej podstępna i w zasadzie niepochwytna. Powiada bowiem Wolski: „Nie ma żadnych czarnych list, a przecież można wymienić setki ludzi skazanych na nieistnienie. Nie wolno mówić i pisać o nich nawet krytycznie, co w PRL było dozwolone nawet wobec wrogów. Czy istnieje tu jakiś rozdzielnik, komórka przy premierze, prezydencie, ministrze spraw wewnętrznych? Wątpię. Proces wykluczania też uległ prywatyzacji. Kiedyś mogło nas unicestwić Biuro Prasy przy KC, dziś byle panienka w TVP. Przy czym wszechwładna staje się zasada: „Lepiej nie!”. I tyle. Nigdy nie myślałem, że przyjdzie mi zatęsknić za listą zakazanych nazwisk. Znając reguły, można było nauczyć się metod ich obchodzenia i zwalczania. Wiedząc co jest zakazane, można było znaleźć sposób na to, jak to przemycać”.

Takich narzekań jest więcej, szczególnie w mediach określających się jako prawicowe czy nawet „niepokorne”. Mechanizm tego jest jednak prosty: autorzy podobnych utyskiwań nie mogą się pogodzić z faktem wielogłosowości życia publicznego – a tak już jest w normalnym świecie, że różne środowiska mają swoje media. Gdy PiS doszedł do władzy, czystka w państwowym radio i telewizji miała charakter radykalny, zaś szereg osób, w tym i ja, objętych zostało nieformalnym „zapisem” nie mogąc występować w publicznych rozgłośniach opanowanych przez zwolenników rządzącej ekipy. Rzecz w tym, że dzieje się tak w Polsce po każdej wymianie ekipy rządzącej i nikt nie umie jak na razie temu zaradzić. Istnieją natomiast media środowiskowe, przeznaczone dla „swoich”. Gdy więc Wolski pisze o tym, że „można wymienić setki ludzi skazanych na nieistnienie”, to byłoby miło, gdyby na łamach choćby „Do Rzeczy” taką listę ujawnił i wyznał czy także w tym organie o tych ludziach pisać nie wolno i „lepiej nie” drukować ich tekstów. Jeśli ta tajna lista obowiązuje także i tutaj, to rzeczywiście jest o co się upominać. Jeśli nie – nie ma sprawy.

Leszek Szaruga

Oryginał publikowała Nowaja Polsza, nr. 11/2014

 

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. A. Goryński 2015-01-05
  2. wejszyc 2015-01-05
  3. Jerzy Łukaszewski 2015-01-05
    • wejszyc 2015-01-06
      • Jerzy Łukaszewski 2015-01-07
  4. otoosh 2015-01-05
  5. Obirek 2015-01-06
  6. A. Goryński 2015-01-06
  7. Andrzej Koraszewski 2015-01-06
    • W.Bujak 2015-01-09
  8. A. Goryński 2015-01-06
  9. W.Bujak 2015-01-06
  10. W.Bujak 2015-01-06
    • narciarz2 2015-01-10
  11. W.Bujak 2015-01-10
  12. W.Bujak 2015-01-10
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com