Brak rykoszetu na moje blogi odbieram jako potwierdzenie, że wszystko jest w porządku, ale po „Medycynie bez profesora” oczekuję wielu reakcji, bo dotknąłem tematu, w którym każdy ma i doświadczenie i coś do zaproponowania. Pierwszy odezwał się mój najlepszy kolega licealny, dzisiaj emerytowany (prawie) chirurg ortopeda. Zobaczcie jak wspaniale Mirek przeskakuje poprzeczkę:
Problem jest bardziej złożony, niż się wydaje. Na pewno stary model medycyny polskiej, oparty na wzorach niemieckich (jeden nieomylny bóg – profesor) powoli odchodzi w przeszłość, ale czy należy się tym cieszyć? Kiedyś, kiedy jeszcze studiowałem, istniały tzw. szkoły, czyli mistrz i czeladnicy lub uczniowie. Mistrz uczył nie tylko medycyny, ale etyki zawodu, właściwych zachowań, sam dając swoim dobry przykład. Wystarczyło wymienić nazwisko mistrza by zainteresowani wiedzieli, jaki poziom reprezentuje uczeń.
Podobnie było na początku lat 70. w Anglii, gdzie miałem możliwość pracy w jednym z większych i renomowanych szpitali ortopedycznych (Oswestry). Tam z kolei nie było jednego mistrza, ale kilku i każdy miał powierzony swojemu nadzorowi odcinek (oddział szpitalny), miało to ten plus, że rezydenci, do których należałem, mieli okazję w czasie pracy podpatrywać różne sposoby np. wykonywania tych samych zabiegów. W chirurgii, jak wiadomo, wszystkiego z książki nauczyć się nie sposób. Dziś starzy mistrzowie a z nimi „szkoły” odchodzą, przynajmniej w Polsce. Co nie znaczy, że nowych mistrzów nie ma. Są, ale to są zupełnie inni ludzie, powiedziałbym „odhumanizowani”, całkowicie podporządkowani biurokratycznej maszynie urzędniczej i trzęsący przed nią przysłowiowymi portkami. Traci na tym oczywiście pacjent.
Komputeryzacja ma objąć w przyszłym roku wszystkie przychodnie państwowej służby zdrowia w Polsce, w większości szpitali już jest. W przychodniach i szpitalach prywatnych działa od kilku lat. Np. w pewnym centrum medycznym, gdzie jestem konsultantem, gdy przychodzi do mnie pacjent – mam wszystkie jego przypadłości- (różnych specjalności) na ekranie komputera i wiem jeszcze więcej (w specjalnej zakładce), że pan X jest np. agresywny i trzeba z nim delikatnie się obchodzić. To niewątpliwie ułatwia i upraszcza pracę, ale czy załatwia wszystko? Są przecież pacjenci, zwłaszcza starsi i samotni, którzy chcą się po prostu nad swoim losem użalić, porozmawiać, poradzić. Człowiek – co zabrzmi jak truizm – to przecież nie tylko cyfry, obrazy i wykresy, pokazywane przez komputer, który jak wiemy też się czasem myli, w najlepszym razie „zawiesza”.
Dzisiaj młodzi lekarze, czego doświadczyłem osobiście, z chorym prawie nie rozmawiają. Są wpatrzeni w wydruki komputerów i najczęściej się (właśnie) NIE uśmiechają, są poważni i jakby powiedział nieżyjący już Bartoszewski, „nabzdyczeni”, a nierzadko niegrzeczni, co np. w państwowych przychodniach jest prawie regułą. Myślę, że ma to wiele przyczyn – tempo codziennego życia, konkurencja, przemęczenie wynikające z konieczności pracy w kilku miejscach, żeby utrzymać rodzinę i spłacić kredyt bankowy np. we frankach szwajcarskich itp.
Ale myślę też, że wynika to z braku „mistrzów” – humanistów w szerokim pojęciu tego słowa i w starym, ale dobrym znaczeniu. Tytułomania natomiast jest w Polsce znana i powszechna. Obecny prezydent pan Duda nie mówi inaczej o nieżyjącym Lechu Kaczyńskim, jak śp. prezydent profesor dr Lech Kaczyński. A nieużycie tytułu w wielu sytuacjach jest traktowane jak niemal obraza. Dawniej w Polsce były tytuły szlacheckie i stąd chyba ta tęsknota za nimi, ponieważ w jakimś sensie nobilitują. Dziękuję za „wyszło szydło z worka”, obyś miał rację. Pozdrawiam oboje. Mirek
Marian Marzyński


