Jerzy Łukaszewski: Jak człowiek z człowiekiem9 min czytania

()

crystal_scull2016-03-12.

Od czasu kiedy badania historyczne i archeologiczne łączone są z dociekaniami innych dziedzin wiedzy, nieustannie jesteśmy zaskakiwani odkryciami, które powodują, że na dobrą sprawę wszystkiego powinniśmy uczyć się na nowo.

Ostatnio badania genetyczne wykazały, że wbrew wcześniejszym domniemaniom człowiek z Cro Magnon, którego dumnymi potomkami być się mienimy  jednak krzyżował się z neandertalczykiem, czego dowód mamy w postaci genów zdradzających nasze niewątpliwe pokrewieństwo.

Niektórzy tych dowodów mają nawet nieco ponad przeciętną, co widać gołym okiem, ale nie to jest dziś najważniejsze.

Nierozwiązanym jak na razie problemem jest kwestia porozumiewania się tych dwóch gatunków ludzi, jako że budowa jamy gębowej neandertala wyklucza (tak się jeszcze dziś przyjmuje) wydawanie dźwięków artykułowanych na poziomie pozwalającym tworzenie złożonej z głosek powtarzalnych konstrukcji zrozumiałej mowy. Oczywiście – ktoś może powiedzieć, że to w krzyżowaniu się nie przeszkadza, koniec końców liczy się uczucie, ale jednak możliwość wzajemnej komunikacji bądź jej brak jest problemem ciekawym, ponieważ przy bliższym przyjrzeniu się widzimy, że dotyczy to także osób lub grup wewnątrz jednego gatunku.

Najczęściej przytaczanym przykładem są, rzecz jasna, tzw. dzikie plemiona, spotykane jeszcze i dziś, których mowa ograniczona terytorialnie nie ma żadnych związków ze znanymi nauce językami, co powoduje niejakie trudności we wzajemnym zrozumieniu się.

Tak było zawsze. Po nieudanej misji św. Wojciecha u Prusów każdy następny misjonarz miał przy sobie tłumaczy, których obecność zapewniała mu nieco większe bezpieczeństwo na nieznanym sobie terenie.

Bywa, że odkrywamy całe cywilizacje, zaawansowane technicznie i technologicznie, z którymi nie rozumiemy się nie tylko ze względu na język jako taki, ale na cały zespół pojęć odróżniających je od naszego, który przywykliśmy uważać za najlepszy z najlepszych.

Nasze zadufanie w sobie każe nie pamiętać, że i na terenie Europy archeolodzy i językoznawcy nie poradzili sobie z kilkoma przypadkami znalezionych zapisków, jak choćby z pismem linearnym A, oraz o fakcie, że jak dotąd najdłużej używanym systemem zapisów, najłatwiej dającym się przystosować do różnorakich języków było pismo klinowe.

Fakt, że jako gatunek wciąż potrafimy być dla siebie zagadką jednych fascynuje, innych drażni, jeszcze w innych przypadkach bywa wręcz niebezpieczne.

Do tych pierwszych z pewnością należą ludzie zawodowo bądź z czystej pasji trudniący się odkrywaniem nieznanych grup wewnątrz naszego gatunku.

Dziś mają o tyle łatwiej, że nauka jako całość wytworzyła już cały zespół narzędzi, przy pomocy których bada się, opisuje i kwalifikuje nowe znalezisko.

Jeszcze 150 lat temu odkrywcy byli zmuszeni zdawać się na własną intuicję, która nie zawsze prowadziła ich we właściwym kierunku.

Nie tylko ich zresztą.

O jednym z takich przypadków, dość znanym zresztą,  chciałbym dziś opowiedzieć, ponieważ doskonale obrazuje on problem, o którym mowa.

W roku 1839 amerykański prawnik i pasjonat starożytności, John Lloyd Stephenson wyruszył na wyprawę do Ameryki Środkowej, gdzie odnalazł ruiny miast Majów, a jedno z nich (Copan) nawet… kupił za 50 dolarów od miejscowego właściciela terenu.

Historia tej wyprawy to gotowy scenariusz filmu przygodowego i zdumiewać się należy filmowcom, którzy wymyślają cuda-niewidy zamiast sięgnąć do takich skarbów.

Nie to jest jednak najważniejsze.

Zaznaczyć należy, że Stephenson nie był ani laikiem, ani nowicjuszem. Nie był zawodowym archeologiem, bo takich wówczas w zasadzie nie było. Ta dziedzina wiedzy dopiero raczkowała i to bardzo powoli.

Największych odkryć dokonywali tacy właśnie pasjonaci, wbrew pozorom nie tacy dyletanci, za jakich ich się czasem ma.

Jak zostawali archeologami?

Przykład z mojego podwórka. Nestor archeologii pomorskiej, Abraham Lissauer, żydowski lekarz z Kościerzyny, doszedł do swego tytułu ojca archeologii kaszubskiej bezpośrednio poprzez swój pierwotny zawód. Jako lekarz patolog miał czasem do czynienia ze znalezionymi kośćmi, z którymi policja nie wiedziała co począć. Z czasem Lissauer stał się ekspertem od datowania takich znalezisk, a ponieważ historia była jego prywatną pasją, połączył umiejętności fachowe z zainteresowaniami pozazawodowymi i … dalej już poszło. Do dziś nikt dla archeologii Pomorza nie zrobił tyle, co właśnie on – „amator”. Żadna z jego publikacji nie straciła na aktualności i wartości. Studenci po dziś dzień zaczynają naukę właśnie od jego odkryć.

Ze Stephensonem było podobnie. Prawnik, ale mający już za sobą wyprawy do Egiptu, Mezopotamii, Arabii i Ziemi Świętej, Grecji i Turcji, gdzie obserwował prace innych odkrywców, do 1839 roku wydał już dwie książki o starożytnościach, książki ocenione wysoko przez środowisko historyków tak amerykańskich, jak i angielskich. Poziomem wiedzy nie odbiegał od nich niemal wcale.

W podróż do Ameryki Środkowej zabrał ze sobą drugą ciekawą postać – Fredericka Catherwooda, znanego już i cenionego rysownika, który – co dla naszej opowieści bardzo ważne – miał już za sobą wystawy swoich prac, ich wydania książkowe i uznanie w świecie plastyki XIX wieku.

To właśnie od Catherwooda zaczął się problem, o którym mówię.

Po znalezieniu ruin i ich zakupie przez Stephensona Catherwood zgodnie ze swoją rolą w wyprawie zabrał się do ich uwieczniania na papierze.

I – stała się rzecz niespodziewana!

On, znany i uznany rysownik, autor setek przepięknych szkiców z innych stron świata nie mógł rozpocząć pracy! Siedział bezradny wpatrując się w niezwykłe budowle, w ich dekoracje, które pląsały mu przed oczami umykając wypróbowanym metodom odnalezienia w nich jakiejś logiki, porządku, proporcji itd.

Jedna próba, druga – i klęska. Tak konstrukcja jak i zdobienia tworzone były myślą, której nie potrafił odgadnąć. Nie wiedział od czego zacząć.

Potraficie sobie państwo wyobrazić to poczucie klęski? I to u takiego zawodowca?

Co się takiego stało?

Catherwood trafił na dzieła ludzi myślących innymi kategoriami, tworzących według innego systemu pojęć, do których nie pasowała ani europejska logika, ani nic ze znanych mu dotychczas odkryć cywilizacyjnych. To co widział tworzył ktoś zupełnie inny. Inny w każdym calu, w każdej komórce swego niewątpliwie twórczego umysłu. Rysownik zaś t– o nie automat, musi rozumieć co rysuje. Tu stanął przed najtrudniejszym w swoim zawodowym życiu zadaniem.

Kiedy w końcu udało mu się ruszyć z robotą powstała seria najbardziej niezwykłych szkiców w jego karierze, seria, która zadziwiła świat.

Oto kilka z nich (kliknięcie prawym klawiszem myszki i wybór opcji „otwórz w nowym oknie” pozwala obejrzeć rysunek w pełnych wymiarach).

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie wiem czy było dla niego pocieszeniem, że nie on jeden stanął przed takim problemem. Badacze, którzy usiłowali zgłębić pismo Majów stanęli przed podobnym. Wewnętrzna „logika” języka i utrwalające go pismo długo wymykało się metodom stosowanym przez uczonych z kręgu cywilizacji europejskiej.

Sam pamiętam hałas wokół odkryć Jurija Knorozowa, który twierdził, że je odczytał. Starałem się wówczas o sprowadzenie wydania książkowego jego rewelacji z ZSRR i nie mogłem wyjść ze zdumienia, że nie dało się tego zrobić, mimo że mieliśmy dotyczącą tego umowę między naszymi krajami. Potem o „odkrywcy” jakoś przycichło.

Tę inność indiańskich języków wykorzystali zresztą Amerykanie w czasie wojny tworząc szyfr nie do złamania nawet dla ówczesnych matematyków. Zbudowany był na bazie języka Navaho.

Kolejne „niezrozumienia” stały się normą. Długo trwało zanim ludzie przywykli do europejskich systemów liczenia z systemem dziesiętnym włącznie zrozumieli, że system dwudziestkowy Majów jest równie dobry i praktyczny jak każdy inny. Zdumiewała się moja nauczycielka matematyki, gdy – zwykle oporny w przyjmowaniu prawd królowej nauk – z uciechą pokazywałem jej na tablicy sposób liczenia w tym systemie. Chwała jej choćby za to, że zainteresowała się dziwactwami swego ucznia.

Pozwalała mi nawet w zeszycie wpisywać datę  wg systemu dwudziestkowego.

Dziś byłby to rok „5.16”

Zdumienie naukowców nie miało granic kiedy stwierdzili, że posługujący się tym systemem ludzie stworzyli kalendarz bardziej precyzyjny od gregoriańskiego. Do dziś jest on najbardziej zbliżony do tzw. astronomicznego.

Także do dziś nie jest do końca zrozumiałe jak Majowie odnajdywali się w przestrzeni czasu zliczając swe cykle 52 letnie (po tym czasie nazwy dni się powtarzały), bo „na oko” nie widać różnicy w zapisie jednego bądź drugiego cyklu.

Jakkolwiek było, aby stworzyć taki doskonały kalendarz trzeba było mieć astronomię na najwyższym światowym poziomie.

Tzw. publiczność  ekscytowała się np. tym, że te oraz inne osiągnięcia, w tym medyczne jak np. trepanacje czaszki przy pomocy noży z obsydianu, operacje plastyczne łącznie ze zmianą kształtu czaszki, były dziełem ludzi, którzy… nie znali koła.

Dziś nas to już wcale nie dziwi, bo zmienił się nasz sposób patrzenia na takie przypadki, znany jest szerszy kontekst ich występowania, ale wciąż są one dowodem na jedną ważną rzecz: na to, że w każdej chwili możemy stanąć przed innym człowiekiem, którego nie będziemy w stanie zrozumieć.

No i pytanie: jak się wtedy zachować?

Historia Majów nie jest akurat najlepszym przykładem na odpowiedź. Metodycznie niszczone ich miasta, zabytki piśmiennictwa i wszelkiej kultury jako przejaw „diabelskości” tego ludu nie są powodem do chwały dla naszej cywilizacji.

Podobnie jak w przypadku Słowian, Majów schrystianizowano tak skutecznie, że dziś nikt z tego ludu nie potrafi ani odczytać pozostałości dawnych kodeksów, ani w sposób nie budzący wątpliwości przedstawić tradycji swego narodu.

I nie ma gwarancji, że to się nie powtórzy.

Przypadek Majów, a także kilku innych nakazuje nam daleko idącą ostrożność w ocenianiu z góry ludzi „innych” zanim tak naprawdę zrozumiemy co sobą reprezentują.

Choćby dlatego, że każda „zrozumiana inność” jest kolejnym krokiem dla znalezienia – być może – kulturowego algorytmu pozwalającego na wzajemne zbliżenie, a przynajmniej na zmniejszenie agresji występującej wśród ogarniętych strachem ludzi.

Bo strach to przecież nic innego, jak nieodrodny syn niewiedzy.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

5 komentarzy

  1. PIRS 12.03.2016
  2. wb40 13.03.2016
  3. j.Luk 13.03.2016
  4. wb40 13.03.2016
  5. j.Luk 13.03.2016