Andrzej Wedelstett: Ponure oblicze legendy9 min czytania

2017-08-16.

Do pisania niniejszego wspomnienia siadłem w przededniu kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego z 1944 roku.

Moje o nim myślenie ukształtowały środowiska: w jakim się urodziłem, gdzie wzrastałem i kształciłem. Moją rodzinę charakteryzował pragmatyzm pochodzenia, ze strony matki rosyjskiego, bardziej pruskiego, po przodkach ojca. Po 1945 r. edukowali mnie wiekiem pochodzący jeszcze z XIX w. nauczyciele. W szkole podstawowej nawet byli tacy, którzy w latach trzydziestych ub. w. z racji swoich stanowisk mieli ogromny wpływ na – jak na owe czasy – rewolucyjnie postępowe programy nauczania szkół średnich wszelkich typów.

Poza tym byli to nauczyciele uczciwi. W tzw. latach stalinowskich nie wahali się przedstawiać prawdy. Np. wbrew dzisiejszym twierdzeniom niektórych młodych naukowców IPN-u w polskiej szkole końca lat czterdziestych i do roku 1956, ja i moi koledzy, uczniowie tamtego czasu, właściwe dzieje Katynia znaliśmy z wykładów takich nauczycieli. Mimo często ponoszonych przez nich groźnych konsekwencji.

Także historię Polski i powszechną poznawaliśmy nie z oficjalnych, przetłumaczonych podręczników autorów radzieckich. Taki był i mój nauczyciel, historyk i filozof, Józef Grabowski (moja o nim książka pt. „LULKI”, wyd. na portalu Kontrateksty.pl, obecnie dostępna w archiwum Studia Opinii, z nieznanych przyczyn nie w całości).

Podstawową wiedzę o genezie Powstania Warszawskiego posiadam od prof. Józefa Grabowskiego. Od początku wojny sprawował kilka stanowisk w konspiracyjnej działalności przeciwko okupantowi. Oprócz bycia szeregowym nauczycielem w Tajnej Organizacji Nauczycielskiej sprawował funkcję jedynego łącznika między tajnym szkolnictwem średnim (prof. Tułodziecki) a wyższym (prof. Lorentz), jako delegat rządu dysponował pieniędzmi na tajne szkolnictwo średnie.

Należy tutaj zaznaczyć, że konspiracja nie zezwalała na wystawianie jakichś pokwitowań, pieniądze nadchodziły z Londynu do osoby określonej pseudonimem bez formalności biurokratycznych. Podobnie rozdysponowywał je prof. Grabowski. Przed ogłoszeniem godziny „W” Grabowski był jednym z opiniodawców (aspekty socjologiczne) przygotowujących Powstanie.

Konkluzja jego opracowania pomysłowi wybuchu walk przeciwko Niemcom była negatywna. Podobnie jak i innych ekspertów, w tym wielu wojskowych. Ale w wyniku głównie partykularnych interesów londyńskich polityków, postanowiono inaczej.

Dzisiejsza propaganda polskiej prawicy głosi, tutaj akurat zgodnie z prawdą, że Stalin wygrał drugą wojnę poświęcając miliony swoich obywateli słabo uzbrojonych i wyszkolonych. Na podobnej zasadzie londyńczycy wysłali warszawiaków uzbrojonych w większości zaledwie we własne pięści i patriotyczne ideały. Przeciw niemieckim czołgom, artylerii i samolotom.

Jednak warszawiaków, tych, co poszli na barykady, było trzydzieści tysięcy. Nie starczyło osiemnastu tysięcy poległych walczących i dwustu tysięcy zamordowanych cywilów na zarzucenie ciałami wszystkich ziejących ogniem luf niemieckich. Dla polskiego Londynu liczył się propagandowy aspekt Sprawy.

Stalin wojnę (no i powojnie) wygrał. A dzięki arogancji polskich wodzów Warszawa przestała istnieć. I, o paradoksie! Owym wodzom stawia się dzisiaj pomniki, pośmiertnie nagradza awansami ich, i żyjących ich potomków, zaś gehennę tych, co ginęli na rozkaz tamtych, po siedemdziesięciu kilku latach, w obliczu stojących już nad grobem niedobitków powstańczych, manipulowanych przez obecną władzę, znowu wykorzystuje się w niecnych rozgrywkach politycznych.

Podobnie ma się rzecz, w świetle dzisiejszych zachodnio-europejskich analiz i odtajnianych coraz liczniej zasobów archiwalnych dotyczących bitwy o górę i klasztor Cassino we Włoszech. Historycy i analitycy wojskowi utwierdzają się bowiem w przerażającym wniosku. Monte Cassino nie stanowiło strategicznego punktu na drodze aliantów w kierunku na Rzym. Można było obejść ten punkt w terenie. Przy odciętym zaopatrzeniu garnizon niemiecki w klasztorze musiałby się prędzej czy później poddać.

Brawura, arogancja i partykularne interesy dowódców, jednych na drodze do awansów, innych do trzymania zwierzchności – kosztowały jakże tragiczną w skutkach ofiarę życia Polaków, a także Włochów, którzy utracili w słynnym klasztorze także cenne, wielowiekowe zasoby dóbr kultury.

Moje rodzinno-osobiste wspomnienia z czasu tuż po Powstaniu również zahaczają o obłudę i fałsz.

Przez okres wojny mieszkałem z rodziną w Częstochowie przy ul. Piłsudskiego, naprzeciwko dworca kolejowego. Już od połowy lipca z wagonów prawie każdego pociągu osobowego wysypywały się na stacji setki uciekinierów ze stolicy. Jedni starali się jechać gdzieś dalej, inni tabunami koczowali na peronach, w poczekalni, głównie w bramach pobliskich i odleglejszych kamienic, zamykanych na noc ze względu na obowiązującą godzinę policyjną. Wprawdzie byłem wtedy dzieckiem, ale – dysponując ciągle sprawną pamięcią – wyraźnie sobie przypominam wiele szczegółów z tamtego czasu.

Przez nasze mieszkanie przewijały się dziesiątki osób, sprowadzanych przez rodziców. Rodzice pomagali głównie osobom starszym i z małymi dziećmi. Z ich późniejszych opowiadań wynikało, że młodych właściwie nie było. Zostali w Warszawie, na barykadach. Nasi goście głównie stanowili tzw. klasę średnią; byli to urzędnicy, nauczyciele, jacyś przedsiębiorcy. W zasadzie jedynym ich bagażem było życie i to, co mieli na sobie.

Matka w miarę możliwości zaopatrywała ich w zbieraną u sąsiadów i znajomych odzież. Ojciec – w „wygospodarowaną” z prowadzonego przez siebie sklepu spożywczego „Społem” żywność.

Ojciec miał wprawę w balansowaniu kartkami żywnościowymi. Przez lata okupacji ze sklepu ojca „szły” produkty do lasu i do częstochowskiego ghetta. Tę swoją działalność raz o mało nie przypłacił życiem, zadenuncjowany na Gestapo przez sąsiadkę Polkę, gorliwą katoliczkę zresztą…

Niektórzy uciekinierzy z Warszawy mieszkali u nas dłużej, siedem, dziesięć dni, inni, większość z nich, dwie, trzy doby. Złapawszy oddech po warszawskich koszmarach, odchodzili pod inne, wskazane adresy, albo opuszczali Częstochowę.

Najdłużej, bo aż do wyzwolenia Częstochowy przez Rosjan, mieszkała u nas rodzina państwa N. Młode małżeństwo i ich dwie ciotki. Bliskim pokrewieństwem związani byli ze znanym uczonym, naukowcem, społecznikiem, wówczas już nieżyjącym. Pomny jego zasług nie tylko dla polskiej nauki i nadzwyczajnej prawości, (mocno odbiegającej od moralnej charakterystyki jego krewnych, jak się okazało) pozostanę tylko przy inicjale tego nazwiska.

Pan N., ze wspomnień matki to wynikało, mógł mieć wtedy około trzydziestu lat. Jak się przedstawiał, stwierdził, że trzy lata przed wojną rozpoczął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Mieszkali w podwarszawskich Włochach. Od wybuchu wojny do Powstania ponoć miał zajęcie na węźle kolejowym w tej samej miejscowości. Dowodził, że ani jego żona, ani on nie byli zaangażowani w konspiracji, zasłaniał się jakąś swoją ułomnością. Nie chcieli się narażać. Pragnęli przeżyć.

Po wyzwoleniu miasta małżeństwo N. z ciotkami postanowili wyjechać z Częstochowy. Zwierzali się, że spodziewając się w Polsce bolszewizmu będą się starać dotrzeć do Anglii. Na tę ich dalszą drogę rodzice zaopatrzyli ich nie tylko w spory zapas żywności, ale i w odzież zimową, co wówczas było wielkim poświęceniem. Matka twierdziła, że na miejscu skuteczniej sobie poradzimy niż oni udając się w nieznane – w jakże wtedy niepewnym czasie, wojna jeszcze przecież trwała. Ojciec, w tajemnicy przed matką oddał im wszystkie posiadane aktualnie pieniądze.

Jakież było zdumienie i konsternacja rodziców, kiedy kilka dni po wyjeździe państwa N., wydawało się już zaprzyjaźnionych z nimi, okazało się, że nas… okradli. Z kilku rodzinnych precjozów, paru srebrnych, pamiątkowych przedwojennych monet z wizerunkiem Piłsudskiego, zabrali lichą lornetkę teatralną i… komplet moich kredek. Dowodu na kradzież dostarczył rodzicom jeden z sąsiadów z naszej kamienicy, który w jakiś czas później opowiedział ojcu, jak to kilka dni przed wyjazdem pan N. proponował mu sprzedaż owych przedmiotów. Dokładnie je opisał. Ponieważ sąsiad nie posiadał żądanej kwoty, do transakcji między nimi nie doszło. Tuż po wyzwoleniu Częstochowy nie było możliwości skutecznego ścigania złodzieja. Rodzice pogodzili się ze stratą. Ale nigdy nie mogli zrozumieć moralnego aspektu tej sprawy.

Po kilku miesiącach od czasu opisanej historii, w sierpniu 1945 roku przebywałem z matką w Sopocie na wakacjach. I kogóż to spotkaliśmy na rozgrzanej letnim słońcem plaży?! Małżeństwo N. W znakomitej formie fizycznej i psychicznej, a pewnie i materialnej, bo już dysponowali własnym samochodem i mieszkali w luksusowym hotelu, w pobliżu słynnego mola.

Oczywiście matka zmusiła ich do rozmowy o kradzieży, jakiej się dopuścili. Zmusiła, bo zrazu udawali, że jej nie znają. Zagroziła, mając sąsiada z Częstochowy za świadka, doniesieniem o procederze do istniejącej już wtedy, bardzo wówczas restrykcyjnej milicji. A tamta milicja najpierw strzelała, potem – ewentualnie – dochodziła prawdy.

Państwo N. obiecali zrekompensować swój uczynek, ale nie przeprosili i nie dotrzymali danego słowa. Po kilku latach, mieszkaliśmy już wtedy na tzw. Ziemiach Odzyskanych, od znajomego, którego zięć był wówczas prokuratorem generalnym PRL, rodzice się dowiedzieli, że pan N. pracował w Warszawie, w ministerstwie sprawiedliwości. Nie ścigali go. To mogło być dla nich niebezpieczne. Po prostu takie to były czasy, wszystko stało na głowie…

Po Październiku 1956 roku doszła ojca wiadomość, od jego warszawskiego kolegi, że państwo N. poprzez Szwecję dostali się do RFN. Zamieszkali pod Bonn. Nie tylko przeżyli okupację. Żyli długo i szczęśliwie. Oboje, w latach dziewięćdziesiątych, jako… zasłużeni w Powstaniu Warszawskim kombatanci, od wolnej już Polski otrzymali jakieś dyplomy i adresy…

Może teraz minister Waszczykowski, pośmiertnie już niestety, uhonoruje pana N., byłego przecież funkcjonariusza swojego urzędu, jakąś tablicą na ścianie ministerstwa? Albo minister obrony wpisze go na listę pamięci i od kolejnej rocznicy Powstania, przy odgłosie werbli Wojska Polskiego wyczyta jego nazwisko z przymiotem żołnierza wyklętego?

Należy się strzec sezonowych bohaterów wyznaczanych wskazaniami przelotnej władzy.

Andrzej Wedelstett

Rysunki autora tych smutnych wspomnień stale są do oglądania na naszej witrynie w dolnym prawym rogu.

 

Print Friendly, PDF & Email