Ernest Skalski: Wielki terror, rocznicowa składanka47 min czytania

()
Умных не надо

Fot. Aleksiej Merinow

2018-01-23.

Jurka

Z pierwszych wspomnień: ma cztery lata, matka myje go w stojącej na stole blaszanej wanience. W piwnicznym pomieszczeniu jest jeszcze starszy o cztery lata brat Włodek.

Wchodzi dwóch: Iwanowskaja jest? I zabierają matkę. Zostaje w wanience. Ziębnie. Po jakimś czasie pojawiają się ludzie, którzy zabierają go z bratem do punktu rozdzielczego dla dzieci aresztowanych. Trafiają do sieci – Dietdom – domów dziecka źle urodzonego, odgałęzienia Archipelagu Gułag.

Było to w Moskwie, dziewiątego października 1937 roku. Siedemnastego grudnia, po śledztwie o którym nic nie wiadomo, matkę skazano zaocznie na śmierć, za przynależność do POW, Polskiej Organizacji Wojskowej, nieistniejącej od 1921 roku. Rozstrzelano ją dwa później na poligonie NKWD Butowo pod Moskwą. Ojciec chłopców już był w obozie od 1935 roku.

Kolega z klasy – matura 1952– Jerzy Trawiński. Jurka, taką z ruska miał ksywę, bo był jednym z grupy, powojennych repatriantów z ZSRR. Umarł w 2015 roku, zostawiając wspomnienia z dzieciństwa w Kraju Rad: „Prawda nie znaczyła nic” (Wyd. Drukarnia Hologramy Sp. z o.o., Warszawa 2017) Opis dzieciństwa do przyjazdu do Polski w roku 1947.

Dygresja: początek XXI wieku, rozmawiam z Anną Politkowską, znaną reporterką opozycyjnej „Nowoj Gaziety”, piszącą o wojnie w Czeczenii. Do helikoptera, którym ma ona lecieć z kilkoma oficerami, ładują zabitego młodziutkiego żołnierza. – Nie płacz, on dietdomowski – widząc jej reakcję, mówi oficer.

Sens tej uwagi jakoś mi się kojarzy z Jurka wspomnieniami z dietdomu. Walko o przetrwanie, pozycję w bezwzględnym świcie, wyobcowanym ze społeczeństwa i z cywilizacji, nawet takiej jak sowiecka na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych zeszłego wieku. I chyba niewiele się tam zmieniło przez kolejne poł wieku, ale jakoś nie przyszło mi do głowy by skonfrontować z Jurkiem epizod Politkowskiej.

Po studiach był inżynierem chemikiem. Wstępnie zawdzięczał to … zdolnościom muzycznym. Dzięki nim wyrwał się z dietdomu do wojskowej szkoły muzycznej i orkiestry wojskowej w Moskwie. Brat, który w Polsce został lekarzem, trafił tam też. Z Moskwy udało się im przyjechać do Polski, skąd przed ich urodzeniem wywędrowali rodzice.

Jurek miał jeszcze jedną szczególną cechę – wspaniałą pamięć. Spisując pod koniec życia wspomnienia z dzieciństwa, zastrzegł się, że niektóre szczegóły „…uległy zatarciu. Tym niemniej fakty, osoby i ich nazwiska są prawdziwe.” Fakty z dzieciństwa są porażające, z lat w wojsku – ciekawe. Podobnie jak pierwsze wrażenia z powojennej Warszawy. Ale głównym tematem tej niewielkiej książki jest terror.

Zabrał mu dzieciństwo, matkę i ojca. Ojciec przeżył, bo posadzono go na dwa lata przed najstraszniejszym rokiem – 1937 – i zapomniano o nim w obozie. Dostał pięć lat, ale termin w obozach nie miał znaczenia, bo dodawano nowe wyroki. Po śmierci Stalina, w roku 1953, obóz zamieniono mu, po osiemnastoletniej odsiadce, na osiedlenie w tej samej miejscowości, bez prawa wyjazdu. Napisał do znajomego w Moskwie, żeby pomógł mu się wydostać, lecz ten był tak przerażony tym listem, że nie zareagował. Potem mówił, że zgubił list.

W Polsce ojciec znalazł się w roku 1956 i z dorosłymi synami nie było już bliskiego kontaktu.

Piszę o Jurku, bo kiedy wyszła ta książka – w zeszłym roku, nie wyrobiłem się z tą robotą na czas – minęło nie tylko sto lat – w listopadzie – od Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, lecz również sto lat – w grudniu – od powołania Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem czyli Czeka, w spolszczeniu Czerezwyczajki.

Twór ten przepoczwarzał się w ciągu stulecia. Po Czeka było, m.in., GPU i OGPU, NKWD, Smiersz, MGB, KGB, w którym Putin dosłużył się podpułkownika i wreszcie aktualna Federalna Służba Bezpieczeństwa – FSB. Na wszystkich tych historycznych etapach dbano o zachowanie i demonstrowanie ciągłości z pierwowzorem. Nie bacząc na to, że kilka kolejnych miotów czekistów – jak lubią siebie nazywać do dziś – przychodziło po trupach zamordowanych przez siebie poprzedników. Bezmiar zła i okrucieństwa, szczególnie na etapie Czeka i NKWD, całkowicie upoważnia do porównania z Gestapo, czy raczej do nadrzędnej instancji – RSHA, Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, w połączeniu z Głównym Zarządem Gospodarczym SS, zarządzającym obozami – odpowiednikiem Gułagu, Głównego Zarządu Obozów.

Komunistyczne Hioby

Jurek, w grupie repatriantów z ZSRR nieco się różnił pewnym umiarkowaniem w żarliwości ideowej. Nikt z nich wtedy, w latach 1949 – 1952, o tym nie mówił, lecz chyba wszyscy oni mieli w najbliższych rodzinach, rozstrzelanych i osadzonych w obozach Kraju Rad. I absolutnie nie rzutowało to na ich ekspresję ideową. Nawet się wyróżniali aktywnością – sowiecki sznyt? – na tle społeczności szkolnej. A w tym okresie, apogeum stalinizmu, pożądany i wymagany był standard nieustannego napięcia.

Codzienne apele, częste zebrania zetempowskie i inne, ze śpiewaniem hymnu ŚFMD (Światowa Federacja Młodzieży Demokratycznej, faktyczna ekspozytura sowiecka) „Naprzód młodzieży świata…” a to i Międzynarodówki. Co rusz: jakieś formy współzawodnictwa, czyny społeczne, wiece i pochody ze szturmówkami (chorągwie) i transparentami. To w dzień, a marsze z pochodniami w nocy. Ciągle jakieś czyny społeczne, akcje, podpisywanie apeli…W obecnym wzmożeniu patriotycznym odnajduje się coś z tamtej atmosfery, ale to ani się umywa do tamtych lat.

Młodzież to wtedy wciągało, ale też chwilami czuło się, że już tego za wiele. Trochę nużyło, śmieszyło. Kursowały dowcipy, przedrzeźniano gesty i powiedzonka. Na pochodach migano się od wzięcia szturmówek, nie tyle z ducha oporu, lecz, żeby ich potem nie odnosić „na dzielnicę”, czyli do dzielnicowego zarządu ZMP. Co nie znaczy, że społeczność starszych klas była wewnętrznie opozycją. Jak kto. Ci sami poddawali się nastrojowi nocnego pochodu, a potem pokpiwali z tego czy owego.

Z tego wszystkiego byli wyłączeni „chińscy uczeni”, która to nazwa przylgnęła do aktywistów z sowieckim dzieciństwem. Oni to wszystko nieustannie traktowali serio. Taka wyższa szkoła wtajemniczenia. Mieli sowieckie emblematy, znali tamtejsze pieśni – trzeba przyznać, że bardzo ładne – mogli się porozumiewać w swoim native language tak, że nikt z nas, dukających na lekcjach rosyjskiego, nie był w stanie za nimi nadążyć

Tu wypada uprzedzić pytanie: „A pan, redaktorze, w tamtych czasach i środowisku?” Nie będę mówił, że byłem w głębi serca żołnierzem wyklętym, choć w krakowskim Lasku Wolskim w latach 1945–46, jako harcerz, szykowałem się, w tzw. podchodach, do wyzwalania Lwowa i Wilna. Bo jednocześnie – dwójmyślenie – byłem za demokracją, a potem za socjalizmem i Związkiem Radzieckim na czele. Ale okupacyjne dzieciństwo, powojenne dojrzewanie w ówczesnym otwartym środowisku i własna umiarkowana emocjonalność pozwalały mi łączyć ideowe zaangażowanie z dystansem do przejawów tego zaangażowania. Nie utożsamiałem się z chińskimi uczonymi, choć niektórych lubiłem.

Dziś, we wspomnieniach, do tych „chińskich” nie zaliczam Jurka. Może dlatego, że nie był taki wyrywny z tym Związkiem Radzieckim. A jeśli chodzi o rosyjski repertuar, to znał „błatny”, czyli knajacki, plus słowa i wyrażenia, z którymi dopiero w Rosji się mogłem zetknąć. Na lekcjach rosyjskiego ich nie było. Lecz o losach swojej rodziny Jurek nie mówił. Jak inni.

Mój drugi etat dziennikarski to była roczna praca w miesięczniku „Widnokręgi”, 1963/64. Naczelnym był Maksymilian Minkowski, elegancki starszy pan, przedwojenny komunista, więzień łagru w latach 1934 – 1944. Podobnie jak ojciec Jurka, przeżył dlatego, że wcześnie go posadzono. Z jego ówczesnych towarzyszy, którzy jak on znaleźli się w ZSRR, mało kto przeżył trzydziesty siódmy. Sam to wielokrotnie podkreślał.

Było to już po demaskatorskim referacie Chruszczowa, na XX Zjeździe KPZR, po Październiku w Polsce, a ja miałem za sobą kilka lat w Związku, perypetie z KGB i sporą wiedzę na temat represji, ze szczególnym uwzględnieniem tzw. jeżowszczyzny, czyli lat 1937/38. I dziwiło mnie, że szef codzienne urzędowanie zaczyna od czytania pierwszej strony „Prawdy”, organu Komitetu Centralnego KPZR.

W Związku Radzieckim uważano, że komunista, członek partii, powinien wstępniak na pierwszej stronie „Prawdy” traktować jak rozkaz dzienny w kompanii. Od tego ma zacząć dzień i wiedzieć co jest najważniejszym, aktualnym zadaniem dla kraju. Ale po co redaktor miesięcznika w Warszawie miał się dowiadywać, że najpilniejsze jest przygotowanie parku maszynowego do akcji siewnej lub żniw na Kubaniu i Ukrainie, albo dopilnowanie, żeby w porę naniesiono zmiany w podręcznikach dla młodszych klas. I to po paru dniach od wyjścia gazety, kiedy docierała do naszej redakcji.

Pytałem o to i odpowiadał, że to przecież istotne i ciekawe, co się dzieje w centrum światowego ruchu, jakby nie wiedział z autopsji, że wstępniak gazety nie ma wiele wspólnego z sowiecką rzeczywistością. Dla niego to był rytuał religijny do spełnienia. Czuł się przynależny do tego ruchu, choć poza tym, w kwestiach życiowych, w ocenie tego co się dookoła dzieje, był pragmatyczny. O swoich przeżyciach w lagrze, o terrorze nie chciał rozmawiać. Było, minęło. Jakieś racje musiały w tym być. Historia wyjaśni.

Po latach pytałem już całkowicie zdekomunizowanych chińskich uczonych, jak wtedy godzili swoją wiarę w komunizm, miłość do Związku Radzieckiego za świadomością strasznego śledztwa, bezsensownej śmierci, czy lat łagru swoich najbliższych. Ofiara, sprawdzian wierności? Na górze Moria Pan odwiódł nóż w ręku Abrahama z nad gardła jego syna Izaaka. Dla Hioba już nie był taki wyrozumiały, a on wciąż chwalił Imię Pańskie. Lecz kiedy doszło do rozmów, moi koledzy już byli utracili swą wiarę, ale nie chcieli w to wnikać. Zbywali mnie.

Po przeczytaniu książki Jurka, pomyślałem, że to z nim trzeba było rozmawiać, ale już było za późno.

Czarna księga

W 1997 roku, pięciu francuskich historyków, z naszym Andrzejem Paczkowskim, wydało, pod reakcją Stéphane’a Courtois, „Czarną Księgę Komunizmu”. Opisano w niej zbrodnie komunizmu na całym świecie, podliczono jego śmiertelne ofiary na 100 milionów, stwierdzając, że ogrom jego zbrodni przewyższa nawet to co sprawił ludzkości nazizm.

Publikacja wywołała wściekły opor lewicy, nawet niekoniecznie komunistycznej. Głównie na Zachodzie, ale nie tylko. Gdy pisałem wówczas w „Gazecie Wyborczej” o brunatnym i czerwonym nieszczęściu, zbierałem aż kipiące od oburzenia wypowiedzi, że wybielam hitleryzm i poniżam komunizm, który w zasadzie był OK, chociaż miał błędy i wypaczenia.

Hitleryzm sprowadził na świat straszliwe nieszczęścia, trwał 12 lat i skończył się spektakularną klęską. Był brutalnie szczery, nie dawał szans nikomu kto nie był nordyckim aryjczykiem, więc wszystkim innym trudno było być jego ideowym sojusznikiem. Mógł liczyć tylko na własną siłę. A komunistyczny eksperyment, występujący jako uniwersalna idea wyzwolenia i powszechnego szczęścia, wciąż gnębi miliony i oszukuje wielu poza nim.

Sto lat! Rozpoczął się w roku 1917 i trwa do dziś. Funkcjonuje w najlepsze w północnej Korei i ciągle jeszcze na Kubie. Niezależnie od zmian jakie zachodzą w Chinach, nadal panuje tam komunistyczna dyktatura. Podobnie w Wietnamie.

Komunizm wraz z hitleryzmem ponosi równorzędną odpowiedzialność za wybuch drugiej wojny światowej, a więc i za miliony jej ofiar. A jeśli policzyć dziesiątki milionów ludzi zamordowanych, zagłodzonych i zamęczonych przez Stalina i Mao, Pol Pota i Kimów w Korei Północnej, a także w pomniejszych demoludach, to będzie ich więcej niż ofiar Hitlera i się w stu milionach nie zamknie.

I jeszcze jedno, co odróżnia komunizm od innych opresyjnych reżimów. Rewolucja w stosunkach gospodarczych i społecznych:

  • upaństwowienie całej, lub prawie całej gospodarki,
  • zastąpienie wszystkich, lub prawie wszystkich podmiotów gospodarczych przez centralnego dysponenta i planistę,
  • faktyczna likwidacja krajowego pieniądza jako miernika wartości, warunku racjonalności i zapobiegania marnotrawstwu wszystkiego, łącznie z pracą,
  • faktyczny, a niekiedy formalny, przymus pracy dla państwa, na określanych przez niego warunkach.

Czyli zrobienie falansteru, swoistego folwarku z państwa, gdzie wszystko jest własnością seniora, orwellowskiej inner party, z monopolem na działalność gospodarczą i gdzie wszyscy są jego pracownikami i poddanymi. Czyli wyprowadzenie, przeważnie siłą, z głównego nurtu cywilizacji: zniewolenie, zacofanie i bieda.

I o to żadna lewica nigdy realnego komunizmu nie oskarżała!

Polacy, doświadczeni przez oba totalitaryzmy, mogliby być sędziami w niekończącym się sporze o to, który okazał się ”jeszcze gorszy”. Dla Polski okupacja niemiecka oznaczała ludobójstwo, stałe zagrożenie życia, wynarodowienie, sprowadzenie Polaków do roli helotów w naszym własnym kraju. Z kolei komunizm był strasznym doświadczeniem, wytrącił nas na dwa pokolenia z głównego nurtu cywilizacji, ale jakoś przeżyliśmy go. Nasze specyficzne doświadczenie nie pokrywa się więc z doświadczeniem światowym.

Gwoli ścisłości, muszę dodać, że gdy to napisałem, to zebrałem gwałtowne zarzuty i z drugiej strony. Tym razem, że wybielam komunizm. A w zeszłym roku w Le Monde Diplomatique, pełna oburzenia wypowiedź podważała sam proceder porównywania brunatnego z czerwonym. Niezależnie od konkluzji. Samo to, że się porównuje nazizm z komunizmem nobilituje nazizm i poniża komunizm. Oni to serio.

Ex oriente

Tu jednak interesują nas nasi wschodni sąsiedzi. W Rosji wspominanie cierpień zadanych przez komunizm służyło samorozgrzeszaniu. ”Jestem przekonany, że główną ofiarą komunizmu byli Rosjanie. Nie wolno pociągać ofiar do odpowiedzialności”. To powiedział profesor Władimir Wołkow, dyrektor Instytutu Słowianoznawstwa Rosyjskiej Akademii Nauk, na konferencji rosyjskich i polskich historyków zorganizowanej w roku 2003 przez ”Gazetę Wyborczą”. Takie też stanowisko na tej konferencji potwierdziła Natalia Lebiediewa, z Instytutu Historii Powszechnej RAN: ”W czasie obchodów 60. rocznicy Katynia padły słowa, że nie należy winić narodu rosyjskiego za tę zbrodnię, bo sami Rosjanie byli ofiarami stalinizmu”

Wybitny niemiecki filozof, moralista, Karl Jaspers miał świadomość niemieckich cierpień wojennych, lecz nie rozgrzeszał nikogo z tego powodu i potrafił sprecyzować odpowiedzialność Niemców, gdy mówił po wojnie o wojnie: „To wasza wina” To znaczyło: „Odpowiadacie za postępki reżimu, który żeście tolerowali – chodzi tu o waszą winę polityczną. Jest nadto waszą winą, że udzielaliście temu reżimowi poparcia i współdziałaliście z nim – na tym polega wasza wina moralna. Waszą winą jest bezczynność, kiedy dokonywano zbrodni – tu pojawia się wina metafizyczna”. Filozof mówił swoim rodakom okrutne rzeczy, lecz odwołując się do ich odpowiedzialności, traktował ich podmiotowo. Jak obywateli, a nie jak zbiorowość niewolników, za jakich może wówczas woleliby uchodzić.

W systemie już funkcjonującej dyktatury jednostka się staje bezsilna. Jeśli jednak ona sama nie planuje podbojów w sztabie, jeśli na rampie w Auschwitz nie selekcjonuje ludzi do gazu, jeśli nie strzela im w tył głowy w podziemiach NKWD, to od momentu ustanowienia dyktatury, już nie ponosi odpowiedzialności politycznej za to co robi władza. Chodzi jednak o odpowiedzialność za to właśnie przejęcie władzy. Narodowi, podobnie jak kobiecie – pisał Marks w broszurze o Napoleonie III (”18 brumaire’a Ludwika Bonaparte”) nie wybacza się tej chwili słabości, kiedy może ją posiąść byle awanturnik. Ale nawet ci ludzie, którzy nie zdobywali Pałacu Zimowego w 1917 roku i nie głosowali na NSDAP w roku 1933, nie powinni się czuć wolni od winy moralnej i metafizycznej. Jeśli nawet do pierwszej się nie poczuwali, a o istnieniu drugiej nawet nie wiedzą, to ktoś, taki jak Jaspers, powinien im był to wypomnieć.

Jakoś nie mogłem znaleźć takich słów po stronie rosyjskiej. Sumienie narodu, Sacharow, moralista Sołżenicyn, poeta–filozof Brodski, obrońca praw Kowaliow i tylu innych. Wszyscy oni piętnowali reżim i jego opriczników (gwardia Iwana Groźnego, główny wykonawca straszliwych okrucieństw) i wszyscy oni w swoim narodzie widzieli przede wszystkim największą ofiarę nieludzkiego systemu.

”Zgadzam się, że narody Rosji były największa ofiarą stalinizmu – stwierdził na wspomnianej wyżej konferencji profesor Jerzy W. Borejsza z Instytutu Historii PAN – (…) jednak znaczna część mieszkańców ZSRR popierała system Lenina–Stalina (….) prawie 45 procent badanych w Rosji ocenia go (Stalina – e.s.) w ostatecznym rachunku pozytywnie”. Nawet ci, którym otwierają się oczy na zbrodnie Stalina, oceniają go dobrze za…politykę zagraniczną.

Rosjan zatem można zrozumieć, skoro nikt im nie mówił jak było naprawdę. Widzieli ogrom nieszczęść swego narodu. Ale wojna światowa zaczęła się, w przekonaniu większości z nich, 22 czerwca 1941 roku. Nie dociera do nich, że to Rosja i Niemcy rozpoczęły ją we wrześniu 1939. Nie wyciągają wniosków z faktu, że komunizm narodził się w ich kraju, a do wielu został zawleczony przez Armię Czerwoną. Ponieważ nie pasował jakoś do charakteru świętej Rusi, to wolą myśleć, że został on przywleczony do nich z Zachodu. Ustanowić go mieli w Rosji obcy: Łotysze, jak Łacis, Polacy, jak Dzierżyński i oczywiście Żydzi: Trocki i inni. Przywlekli zarazę, którą wymyślił Żyd, Karol Marks.

Niemcy (zachodnie, ale się rozciągnęło po zjednoczeniu na całe) przyznały się do winy, wyraziły żal, odbyły – symboliczną, lecz zawsze – pokutę, w jakimś, niewspółmiernie nikłym stopniu zadośćuczyniły i już jako demokratyczne państwo prawa, usłyszały: ”wstań i nie grzesz więcej”. Straszliwa katastrofa, jaką okazała się dla Niemców klęska 1945 roku była zapewne dobrym impulsem do głębokich przemyśleń. Niektórym – AfD – już wietrzeje z głów, lecz coś z tego powinno zostać w świadomości na stałe.

Rosja nie przegrała II wojny i do dziś nie rozumie tego co się z nią stało. Nie przerobiła tej lekcji, a za Putina już jej nie przerobi. Jej prezydent uważa rozpad ZSRR za największa klęskę XX wieku, odwołuje się – na razie ostrożnie – do mocarstwowej historii, ożywia ideę Euroazjii, a ogółowi Rosjan z niczym złym to się nie kojarzy. To w ich przekonaniu ciągle jasna strona historii.

Siergiej Kowaliow pisał (”Newsweek” 26.12.03), że alternatywa putinowskiej zabawy z mocarstwowością: ”… wymagałaby od narodu wysiłku natury nie politycznej, lecz obywatelskiej, moralnej i intelektualnej”. To już chyba pobożne życzenie. Nieprzyjemnej aktualności nabierają słowa Andrzeja Bobkowskiego: ”...tu nie chodzi o żaden komunizm, o zmianę ustroju. To są dobudówki – istota to Rosja, odwieczna Rosja, która nie zna i nie rozumie pojęcia ”wolność” do tego stopnia, że jej nie potrzebuje”

„Drwa rąbią, szczapy lecą”…

… to bardzo, i to od dawna, popularne rosyjskie powiedzonko. Te szczapy to ludzie, uboczne, przypadkowe ofiary, marginesowe koszty, wielkich wydarzeń i historycznych procesów. Mieli pecha, trafili „pod gorącą rękę” – kolejne rosyjskie powiedzenie. I łączy się z tym: „ludzi u nas wiele”.

Dziennikarz Feliks Zujew przez kilkanaście lat prowadził rozmowy z emerytowanym Wiaczesławem Mołotowem, między innymi o wielkim terrorze lat 1937 i 1938. Członek najwyższego kierownictwa partii i państwa przyznawał że w trakcie tej operacji popełniono wiele błędów, załatwiano porachunki, lecz to nie przesłania głównego zadania, jakim było pozbycie się ludzi wrogich, potencjalnie wrogich, niepewnych, w obliczu tak wielkiej historycznej próby jaka okazała się wojna. Mołotow nie był oryginalny. To popularny pogląd. Sam słyszałem to wielokrotnie w Moskwie, po referacie Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR.

Z okazji stulecia organów – tam od zawsze wiadomo o jakie organy chodzi – „Rossijskaja Gazieta” zamieściła wywiad z Aleksandrem Bortnikowem, aktualnym dyrektorem FSB. O roku 1937 mówił on długo i zawile, a wyszło mu, że była to głównie kara dla sprawców straszliwych przestępstw popełnianych uprzednio. Ta opinia też pojawia się bardzo często w publikacjach i rozmowach pomiędzy ludźmi. Gdy gangsterzy mordują gangsterów to „na niewinnych nie trafia”. W trybunale, który w 1937 roku skazał na śmierć marszałka Tuchaczewskiego zasiadał inny bohater wojny domowej, marszałek Bluecher. W roku 1938 tak samo został skazany i stracony. Całą sowiecką wierchuszkę, mordowanych i mordujących, obciążały koszmarne zbrodnie rewolucji, wojny domowej i lat późniejszych. Ale setki tysięcy straconych i uwięzionych, to był przekrój społeczeństwa, które musiało się bać swojej władzy.

Przetrzebiona kadra dowódcza od samej góry do dowódców plutonów, zdziesiątkowane kadry fachowców we wszystkich dziedzinach, powszechny strach, w wojsku początkowo silniejszy przed prześladowaniem niż przed nieprzyjacielem. Armia nie chciała walczyć. (Ernest Skalski: 22 czerwca…) Wojna, dla której ten terror miał być konieczny, zaczęła się od niebywałej katastrofy. Stalin ją skończył jak główny zwycięzca, lecz dla kraju była to klęska. (Straty wojenne 1941–1945, Ernest Skalski: Pyrrus świętuje). Lecz to wielu nie przeszkadza zaliczać wielkiego terroru do wojennych zasług Stalina.

Są jednak pewne nowe elementy w odgórnej pedagogice społecznej.

Stulecie rewolucji nie było obchodzone z należytą pompą. Choćby zbliżoną do kolejnych nieokrągłych obchodów rocznicy zwycięstwa w 1945 roku. Już więcej uwagi zwrócono na, wspomniane wyżej, stulecie Czeka.

Obejrzałem, kawałek, serialu o Trockim. Wojna domowa, numer dwa rewolucji, demoniczny a’la Mefistofeles, w pancernym pociągu z la famme fatale w wieczorowej sukni z dekoltem. Odpadłem, ale cierpliwy przyjaciel, oglądający jak leci, poinformował, że Trocki w serialu to faktycznie demon zła, rozstrzeliwujący na prawo i lewo – po wsiem – co z grubsza pasuje do osoby dowodzącej Armią Czerwoną, lecz przecież kompromituje rewolucję.

Ale prawdziwa rewelacja – powtarzam za przyjacielem – to Stalin. W filmie to niebezpieczny watażka, wichrzyciel i okrutnik. To też odpowiada prawdzie, ale to przecież STALIN! To co z tym wznawianym kultem, o którym piszą cytowani przeze mnie wyżej autorzy?

To czego boi się Putin, to kolejna kolorowa rewolucja na terenie byłego ZSRR. Tym razem w Rosji. Nie ma więc co rozdmuchiwać rocznicy rewolucji, raczej trzeba zniechęcać do takiego postępowania. I cierpi na tym obraz Stalina – rewolucjonisty. A naród czeka dysonans poznawczy.

SUPLEMENTY

Lew Schlosberg, poseł Zgromadzenia Prawodawczego obwodu pskowskiego oraz członek federalnego komitetu politycznego partii Jabłoko:

Zapomniany rozkaz, albo dlaczego w Rosji do dziś nie było destalinizacji

30 lipca 1937 roku ludowy komisarz spraw wewnętrznych, czyli szef NKWD, Nikołaj Jeżow, podpisał rozkaz numer 00447 „w sprawie operacji represjonowania byłych kułaków, kryminalistów oraz innych elementów antysowieckich”. 5 sierpnia rozkaz wszedł w życie otwierając okres masowego terroru, zwanego przez naród „trzydziestym siódmym”. Osiemdziesiąt lat później o tej krwawej dacie pamiętają jedynie nieliczne, żyjące jeszcze ofiary prześladowań, ich bliscy, obrońcy praw człowieka i politycy opozycji. Państwo rosyjskie najmniejszym gestem nie uczciło rocznicy wydania rozkazu, który pozbawił życia setki tysięcy ludzi. Cień Stalina wciąż wisi nad państwem, które do dzisiaj nie zapomniało rozmiaru jego wojskowej kurtki.

Wcześniej, 2 lipca 1937 roku, Biuro Polityczne KC WKP(b) przyjęło uchwałę „o elementach antysowieckich”. Podpisana przez Stalina i Mołotowa dyrektywa nakazywała „wszystkim sekretarzom obwodowych i okręgowych organizacji [partyjnych] oraz wszystkim przedstawicielom obwodowych, okręgowych i republikańskich urzędów NKWD sporządzić pełne listy kułaków, którzy wrócili do kraju oraz kryminalistów, a najbardziej wrogich niezwłocznie aresztować i po rozpatrzeniu sprawy w trybie administracyjnym przez trójki, rozstrzelać.”

W skład „trójki” wchodzili sekretarz miejscowej organizacji partyjnej, naczelnik urzędu NKWD i prokurator obwodowy. Rozkaz wymienia konkretne nazwiska. Partia od początku miała krew na rękach.

Stalin uważał, że walka klasowa będzie się zaostrzała w miarę rozwoju komunizmu i że wrogiem należy prowadzić bezlitosną wojnę. Pod rządami Stalina walka o władzę w Rosji zmieniła się w krwawą wojnę z narodem.

Sądownictwo jako instytucja państwa faktycznie przestało istnieć. Wydawane zaocznie, bez obecności oskarżonego oraz bez udziału obrony i oskarżenia wyroki „trójek” nie podlegały zaskarżeniu.

W pierwotnym brzmieniu, rozkaz 00447 nakazywał, w rozbiciu na poszczególne obwody, okręgi i republiki, w ciągu czterech miesięcy doprowadzić przed pluton egzekucyjny łącznie 75 950 osób, a 193 000 uwięzić w obozach pracy.

Lokalni siepacze przyjęli go z entuzjazmem, zaczęło się „wypełnianie norm” i „inicjatywy z terenu”, wielokrotnie przedłużano okres obowiązywania rozkazu, poszczególnym regionom przyznawano „dodatkowe kontyngenty” na egzekucje.

Stalin często zajmował się tym osobiście. 21 października 1937 o 17.20 sekretarz kirowskiego komitetu obwodowego WKP(b) Michaił Rodin wysłał do Stalina zaszyfrowaną depeszę, w której informował o wykryciu „ponad 70 aktywnie działających organizacji i grup kułaków, białogwardzistów oraz cerkiewno–sekciarskich. Szczególnie zachwaszczone jest kolejnictwo, gdzie trzeba wyeliminować ponad 500 kułaków i białogwardzistów”, w związku z czym Rodin zwraca się z prośbą „o zwiększenie kontyngentów w pierwszej kategorii o dodatkowe 300 osób i w drugiej kategorii o dodatkowe 1000.” Pierwsza kategoria – to rozstrzelanie. Druga – łagry.

Komitet Centralny przyjął szyfrogram o 19.50. 22 października, o 10.00 Stalin postawił na depeszy, czerwonym ołówkiem, parafkę wraz z dopiskiem: „Zwiększyć w pierwszej kategorii nie o 300, a o 500 ludzi, w drugiej kategorii – o 800.” Pod podpisem Stalina podpisał się – niebieskim ołówkiem – Mołotow.

Jeden machnięciem ołówka skazano na śmierć kolejne dwieście osób

Rodin został aresztowany 11 maja 1938 roku pod zarzutem przynależności do kontrrewolucyjnej organizacji terrorystycznej. 28 lipca 1938 roku Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR skazało go na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano tego samego dnia.

(Dodam do tego – e.s. – że na wniosek terenowych organów władzy, 13 grudnia 1937 roku, Biuro Polityczne KC WKP(b) zwiększyło limit rozstrzelanych o 22.5 procent, a o 16,8 przeznaczonych do uwięzienia.)

Tylko w latach 1937–38 w barbarzyński sposób osądzono co najmniej 818 tysięcy ludzi, o 356 tysięcy przekraczając „kontyngent straceń”. Pierwszy raz w historii ludzkości władze państwowe realizowały plan likwidowania obywateli na masową skalę, nie za konkretne przestępstwa, lecz według kategorii. Przynależność do pierwszej kategorii automatycznie oznaczała wyrok śmierci.

(Znowu dodaję – e.s. – że niezależnie od wykonywania tych specjalnych rozkazów, funkcjonował na co dzień terror pospolity. Za zabór mienia, choćby w postaci – dosłownie – kłosa z kołchozowego pola można było trafić do łagru, a za niewiele więcej i cokolwiek złego gdziekolwiek: wypadek, brak produkcyjny, niewykonanie planu – pod ścianę. Stąd wielkie rozbieżności w danych liczbowych pochodzących z różnych źródeł, obejmujących różne kategorie represjonowanych.)

Stalinowskie represje pozbawiły kraj setek tysięcy naukowców, inżynierów, dowódców wojskowych, robotników, przywódców, rolników, duchownych, artystów i ludzi kultury, inteligencji w szerokim znaczeniu tego słowa.

Plan masowych mordów powołał do życia morderców – całe pokolenie siepaczy i hycli: niektórzy z nich potrafili zgładzić kilkuset ludzi dziennie. Miejsca kaźni utajniono. W całej historii naszego kraju nie było okrutniejszej epoki. Odebrała ona życie milionom ludzi – i to nie licząc ofiar wojny – którzy mogliby przeżyć, gdyby nie zbrodnie i pomyłki Stalina.

Rozpoczęte w 1937 roku masowe represje zbierały krwawe żniwo przez kolejne prawie dwadzieścia lat. 25 lutego 1956 roku, w ostatnim dniu XX Zjazdu KPZR, pierwszy sekretarz KC KPZR Nikita Chruszczow na specjalnym zamkniętym porannym posiedzeniu wygłosił referat „O kulcie jednostki i jego następstwach”. Było to najważniejsze, najbardziej brzemienne skutki wystąpienie przewodniczącego partii w całej historii KPZR.

Chruszczow dokonał wielkiego czynu – zapoczątkował proces destalinizacji nie tylko państwa, ale także okaleczonego przez Stalina narodu. Otworzył więzienia, uratował życie odsiadującym wyroki, rozpoczął procesy rehabilitacyjne, które oczyściły z zarzutów miliony ludzi, wymazał z map politycznych nazwisko tyrana, usunął jego pomniki, wprowadził część prawdy do podręczników historii i uchylił okno wolności dla literatury pięknej. Utwory literackie obnażyły epokę terroru wcześniej i ze znacznie większą mocą, niż odtajniane później dokumenty.

Jednakże w Związku Radzieckim pełna destalinizacja była niemożliwa. Po pierwsze dlatego, że logiczną konsekwencją ukazania w prawdziwym świetle postaci Stalina musiałaby być krytyczna ocena historycznej roli Lenina. To właśnie Lenin był ideologicznym ojcem bolszewickiego terroru państwowego. Był ideologiem nie tylko zbrojnego przewrotu, lecz także wojny domowej, która pochłonęła wielokrotnie więcej ofiar, niż sama rewolucja.

Rola Lenina w stworzeniu zbrodniczego politycznego systemu wojującego bolszewizmu zbladła wobec milionów ofiar Stalina. Dzięki przedwczesnej śmierci w 1924 roku mógł stać się ikoną bolszewizmu. Większości demaskatorów Stalina nawet nie przeszło przez myśl, że wąsaty rzeźnik był tylko pilnym uczniem fanatyka Lenina, urzeczywistniającym krwawe marzenia i plany swojego mentora.

(Znowu mój – e.s. – wtręt: Chruszczow też mógł się stać ofiarą terroru, ale aktywnie w nim uczestniczył i ciążyła na nim odpowiedzialność za wiele istnień)

W 1991 roku Borys Jelcyn i pierwszy demokratyczny rząd Rosji stanęli przed historyczną szansą dokończenia destalinizacji i przeprowadzenia deleninizacji. Bez tego nie można było zbudować demokracji. Bez tego niemożliwe było zerwanie z barbarzyńską tradycją polityczną i stworzenie na jej miejsce nowej, cywilizowanej.

Jednakże przynależność do partyjnych elit, niedocenianie żywotności wirusa bolszewizmu/leninizmu/stalinizmu oraz brutalnie przeprowadzane reformy, prymitywne społeczno-ekonomicznie, przeszkodziły ekipie Jelcyna w zrobieniu najważniejszej rzeczy, którą mogła i którą powinna była zrobić – w skończeniu z bolszewizmem jako dominującym nurtem politycznym w naszym kraju i stworzeniu demokratycznego państwa.

Dlatego nie nastąpiło wyznanie win, skrucha, pokuta, restytucje, rehabilitacje i lustracja, nie było procesu debolszewizacji, bez którego zbudowanie demokracji w Rosji jest niemożliwe tak samo, jak bez przeprowadzonej po drugiej wojnie światowej denazyfikacji nie udałoby się zbudowanie demokracji w Niemczech.

To niezwykle ważne zadanie polityczne do dziś pozostaje niewykonane. Niemcom udało się zakopać politycznego trupa Hitlera. Stalin w Rosji nie stał się jeszcze politycznym trupem. W Rosji, za cichym przyzwoleniem władzy, odbywa się pełzająca rehabilitacja Stalina.

Brak wyraźnej oceny politycznej, odmowa otworzenia archiwów, zakaz publikowania nazwisk oprawców – to wszystko stwarza przestrzeń dla reinkarnacji państwowego mordercy, który wdeptał godność ludzkiego życia w pył łagrów. Stalin, niczym pociąg pancerny, stoi na rezerwowym torze, przygotowany do rozpoczęcia krwawej roboty. Powracają pomniki, popiersia, tablice pamiątkowe i sceny filmów. Rosyjskiemu państwu jest nie na rękę, by rocznica wydania rozkazu NKWS numer 00447 przypomniała społeczeństwu o jego rzeczywistym autorze, Stalinie, i jego politycznym ojcu chrzestnym, Leninie. Dlatego państwo pominęło tę fatalną datę grobowym milczeniem. Gdyby można było wymazać nieludzki rozkaz z pamięci społeczeństwa, współczesne państwo rosyjskie zrobiłoby to bez chwili wahania. Jednak dzięki Chruszczowi i Jelcynowi znaczna część prawdy zdążyła wyjść na jaw.

Rozkaz NKWD numer 00447 stanowi przypomnienia dla wszystkich Rosjan, którzy są gotowi walczyć o to, by masowe represje pozostały straszliwą, ale na zawsze już martwą częścią rosyjskiej historii. Otwarcie bolszewickich archiwów to najskuteczniejsza szczepionka przeciwko wirusów ludobójstwa. By to się nigdy nie powtórzyło.

( Tu znowu dodam – e.s. – że Polacy przebywający w ZSRR byli objęci specjalnym rozkazem NKWD, nr. 00485, z 11 sierpnia 1937, a rozkaz 00486, wydany cztery dni później ustanowił represjonowanie „żon wrogów ludu”, zaś faktycznie i innych członków ich rodzin. To już objęło wszystkie nacje. Moi szkolni koledzy stali się ofiarami tej kombinacji rozkazów, poprzedzonych każdorazowo odpowiednim postanowieniem Biura Politycznego)

Anton Oriech, publicysta opozycyjnego radia „Echo Moskwy”:

Bez tytułu

Miałem naiwną teorię. Byłem pewny, że z czasem wyrośniemy z wszystkich komunistycznych mitów, przestaniemy płakać po Związku Radzieckim i zachwycać się Stalinem. Wyrośniemy w sposób naturalny – w miarę, jak będą odchodziły kolejne pokolenia, które żyły w ZSRR i którym całe to diabelstwo wżarło się w mózgi. Potem przyjdą młodzi, aktywni, bez klapek na oczach. Tacy, co nie nauczyli się maszerować w szeregu, nie należeli do pionierów, nie recytowali w szkole wierszy na cześć Iljicza i nie pisali streszczeń jego dzieł. Taką miałem teorię, zresztą nie ja jeden. W końcu nie bez kozery już Mojżesz prowadził Żydów przez pustynię czterdzieści lat.

Ale dla nas czterdzieści lat błąkania się po pustyni to za mało. W przypadku naszego narodu ta metoda w ogóle nie działa. Nie o to chodzi, że odsetek chcących unieśmiertelnić pamięć Stalina osiągnął nieprzyzwoity poziom. Rzecz w tym, że im młodsi badani, na przykład respondenci WIBOP (Wszechrosyjskiego Instytutu Badania Opinii Publicznej), tym więcej wśród nich zwolenników gloryfikowania szatańskiego mordercy, jakiego świat nie widział… Stalin ma najmniej wielbicieli wśród osób powyżej sześćdziesiątego roku życia, chociaż i tak jest ich ponad połowa. Ale w grupie poniżej 24 roku życia to 77 procent! Wszyscy ci młodzi chłopcy i dziewczęta urodzili się już w Rosji, nie byli pionierami ani oktiabriatami, nie maszerowali w szeregu i w żaden sposób nie uczestniczyli w tym całym paskudztwie, do którego zmuszano nas, radzieckich uczniów i studentów. I ci młodzi, wolni, bez klapek na oczach są co do jednego stalinistami?

Nie tak dawno WIBOP przeprowadził inny sondaż, w którym pytał obywateli, czy słyszeli o stalinowskich represjach. Najmniejszy odsetek zorientowanych był właśnie wśród młodzieży. Lecz nawet w tej grupie znaczyło to, że trzy czwarte respondentów wiedziało o represjach. I jednocześnie trzy czwarte popiera wznoszenie pomników wodza. To znaczy, że zwykłym niedouczeniem nie da się tego wyjaśnić. Zdając sobie sprawę, że Stalin wymordował setki tysięcy mieszkańców Związku Radzieckiego, prawie co drugi respondent znajdował usprawiedliwienie dla tych zbrodni – niezależnie od wieku i niezależnie od tego, czy represje dotknęły jego rodzinę, czy nie.

Moim zdaniem, przyczyny są dwie. Po pierwsze jesteśmy bardzo okrutnym narodem. Mimo całej naszej gościnności, serdeczności, gotowości zerwania z grzbietu i oddania bliźniemu ostatniej koszuli i tak dalej, jesteśmy z natury okrutni i cała nasza historia jest historią okrucieństwa. Po drugie, rzecz jednak także w niedouczeniu. Respondenci zwyczajnie nie rozumieją, co naprawdę popierają. W naszym kraju historię zawsze wykładano, jakby to był komiks albo jarmarczna literatura. Historia zwycięstw, osiągnięć, sukcesów.

Władza zawsze jest bez skazy i pełna mądrości. Tylko nam się wydaje, że wiemy coś o stalinowskich represjach. Przytłaczająca większość Rosjan operuje wyłącznie mitami, jak zresztą na każdy inny temat. Dlatego popierają wznoszenie pomników. Lecz najstraszniejsze jest co innego. Starzy odejdą, a na ich miejsce przyjdą niedouczeni młodzi, którym żadna prawda nie będzie już potrzebna. Jeśli ktoś zechce obrać drogę Stalina, ich mózgi będą już odpowiednio ukształtowane, by wziąć w tym udział.

I nasza historia zatoczy kolejne krwawe koło.

Aleksander Minkin , dziennikarz, aktualnie „Moskowskij Komsomolec” :

Mądrych nie trzeba

Co chwila słyszymy, że wyrostki, czy inna młódź, piekli sobie kiełbaski na Wiecznym Ogniu, nasikali na Pomnik Nieznanego Żołnierza albo wysmarowali jakimś świństwem obelisk. Nie robią tego ze złośliwości. Na grobach swoich bliskich zachowują się zupełnie inaczej. To znaczy, że miliony poległych za Ojczyznę to dla nich obcy – po prostu śmietnik kości.

Jeśli oburzają was te bluźniercze czyny, zadajcie sobie pytanie: skąd się wzięła taka młodzież? Z Ameryki? Z Marsa? Przecież tyle się mówi o Wielkiej Ojczyźnianej… Za to bardzo rzadko wspomina się o milionach niewinnych ofiar.

Умных не надо

…Trudno uwierzyć, że 14 procent dorosłych mieszkańców Rosji (sześćdziesięciolatków i starszych) to niebywali idioci. Ale Ogólnorosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej zadało ostatnio respondentom pytanie: „Wiedział/a pan/i, że w 30. i 40. latach XX wieku w ZSRR miały miejsce masowe represje na tle politycznym, czy słyszy pan/i o tym po raz pierwszy?”

13 procent obywateli naszego kraju w wieku 60 lat i starszych przyznało, że słyszy po raz pierwszy. Jeden procent „miał trudności” z udzieleniem odpowiedzi. (Razem 14)

Jeśli chodzi o młodych (18–24 lata), nigdy wcześniej nie słyszało o represjach 46 procent – prawie połowa –badanych.

To znaczy, że dorośli mieszkańcy Rosji, którzy wiedzą o represjach, z jakiegoś powodu nie opowiedzieli o nich dzieciom i wnukom. Nie widzieli takiej potrzeby. (W grupie od 45 roku życia wzwyż o represjach wiedziało 84 procent zapytanych.)

Ludzie, w wieku czterdziestu pięciu lat i starsi, którzy wiedzą o represjach, mają w swoich rękach wszystko: szkoły, uniwersytety, radio, telewizję, gazety i całą władzę, jaka tylko istnieje.

Gdyby władza znajdowała się w rękach niebywałych idiotów, którzy pierwszy raz usłyszeli o represjach od ankieterów Ogólnorosyjskiego Centrum Badania Opinii Publicznej, ignorancja młodzieży nikogo by nie dziwiła. Ale ludzie, którzy stoją u władzy, doskonale wiedzą, co się działo. Wiedzą, ale nie chcą opowiadać. Nie widzą takiej potrzeby.

Sondaż OCBOP pokazuje to bardzo wyraźnie.

Odpowiedź „pierwszy raz słyszę”:

  • Lat 18 – 24 – 46%
  • Lat 25 – 34 – 36 %
  • Lat 35 – 44 – 28%
  • Lat 45 – 59 – 16 %
  • Lat 60 i więcej – 13%

Młodzi ludzie korzystają z najnowocześniejszych urządzeń elektronicznych. Żyją w epoce informacji. Jeśli nie wiedzą, to dlatego, że tak skonstruowana jest polityka informacyjna.

Równie fantastyczne są wyobrażenia o liczbie ofiar represji. 25 procent respondentów – jedna czwarta dorosłych mieszkańców Rosji – odpowiedziało, że terror dotknął kilkadziesiąt tysięcy ludzi, lub mniej. 2–3 procent zapytanych sądziło, że ofiar było zaledwie kilkaset.

Gdyby chodziło o zarobki, nikt nie pomyliłby setek rubli z milionami.

…Sto lat temu Aleksander Blok napisał:

Ci, którzy w głuchy czas wyrośli,

Nie pamiętają swojej drogi.

Nam – synom dni straszliwych Rosji –

Brak sił, byśmy zapomnieć mogli.

[tłum. Józef Waczków]

Wychodzi na to, że Rosję zamieszkują ludzie urodzeni w głuchy czas. A po głuchym czasie zwykle następują dni straszliwe.

Komentarze:

Derik_536: A wszystko w zgodzie z systemem wartości Rosjan, w którym:

  • wspólne ma pierwszeństwo przed osobistym:
  • duchowe jest wyżej cenione niż materialne:
  • sprawiedliwość jest wyżej ceniona niż prawo:
  • służenie jest wyżej cenione niż rządzenie:
  • władza jest wyżej ceniona niż własność.

Właśnie dlatego bolszewicy odnieśli zwycięstwo, a raczej w 1917 roku społeczeństwo gładko zmieniło swoją zewnętrzną formę, ze wszystkich możliwych wariantów rozwoju wybierając, zamiast rozwoju burżuazyjnego, nową formę tego, co było – kolektywistyczny bolszewizm, najbardziej zgodny z fundamentalną wartością nie-zachodniego chrześcijaństwa: „wspólne ma pierwszeństwo przed osobistym”. Tak więc przyczyn terroru albo nieprzyjmowania go do wiadomości przez naród należy szukać w samym narodzie (co nie zdejmuje winy z bezpośrednich organizatorów i sprawców).

Nic się nie zmieniło (i nie mogło się zmienić):

„Młodzież częściej niż inni uważa stalinowskie represje za >>słuszne<<”.:
serg07011972: 5 października 2017 roku minęło równo 80 lat od dnia aresztowania, skazania i rozstrzelania (wszystko w ciągu jednej doby) mojego pradziadka, rosyjskiego chłopa Samojły Dawidowicza Pirogowa z wsi rosyjskich staroobrzędowców, Oriszut, w gminie kongonurskiej, powiecie urżumskim, gubernii wiatskiej (w czasach Związku Radzieckiego wieś znalazła się w okręgu kużenierskim Maryjskiej Autonomicznej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej).

W przeddzień aresztowania w domu dziadka zjawił się funkcjonariusz NKWD, który kazał przekazać pradziadkowi i jego ciotecznemu bratu, że zgodnie z „kułackim” rozkazem operacyjnym NKWD nr 00447 znaleźli się na liście przeznaczonych do rozstrzelania i muszą natychmiast, choćby na kilka dni, zniknąć ze wsi. Bo liczba nazwisk na liście jest większa od kwoty rozstrzelań. Dlatego będą rozstrzeliwać tych, których aresztują najpierw, a jak wypełnią kwotę, następni aresztowani dostaną wyroki 8–10 lat łagru. Enkawudzista powiedział, że udało mu się wykreślić z listy dziadka, Timofieja Samojłowicza, ale naczalstwo nie zgodziło się na wykreślenie jego ojca.

Babcia pobiegła do pradziadka i jego brata ciotecznego, żeby ich ostrzec. Brat cioteczny ukrywał się przez tydzień, a następnie został aresztowany i, jako były kułak, dostał osiem lat łagru.

Ale pradziadek oświadczył: „Dlaczego ja, rosyjski chłop, mam się ukrywać na własnej ziemi? Niech innoplemieńcy–bolszewicy chowają się przede mną!” Nie chciał opuścić swojego domu. Następnego dnia został aresztowany i rozstrzelany.

W 50., 60. latach XX wieku do dziadka przyszedł mężczyzna, który przedstawił się jako „były zek” [więzień], który rzekomo siedział w łagrze z pradziadkiem. Ten „były zek” powiedział dziadkowi i babci, że pradziadek przepracował kilka lat w łagrze, a potem przeziębił się i umarł.

Jak już dzisiaj wiadomo, w 50. i 60. latach radzieckie KGB prowadziło akcję dezinformacyjną wśród rodzin rozstrzelanych: pracownicy KGB, podając się za byłych więźniów, obchodzili domy i opowiadali, że ich bliscy umarli „śmiercią naturalną” w łagrze.

W czasie pieriestrojki dziadkowi przysłano dokumenty o „rehabilitacji” jego ojca, w których znajdował się informacja, że pradziadek został rozstrzelany w dniu aresztowania – 5 października 1937 roku.

Kilka lat temu mój wuj, Jurij Aleksandrowicz Kropotow udzielił wywiadu, w którym opowiedział o swoim ojcu, członku Zgromadzenia Ustawodawczego Rosji (Konstytuanty), Aleksandrze Jegorowiczu Kropotowie. Cytuję: „Kiedy rozgoniono Konstytuantę, wszyscy jej członkowie trafili do więzienia. Ojca wybroniła „Fundacja Maksyma Gorkiego”, która przeprowadziła bardzo szczególną akcję. Wysłała do petersburskiego więzienia imienne paczki z bochenkami chleba. Ci, którzy je otrzymali, wyszli na wolność, a reszta stanęła pod ścianą. Ojciec miał szczęście”.

Tabele

Ofiary wojny domowej i czerwonego terroru, 1917–1922
Polegli w działaniach bojowych 2,5 mln ludzi
Ofiary czerwonego terroru 2 mln ludzi
Zmarli na skutek głodu i epidemii 6 mln ludzi
Łączna liczba ofiar wojny, terroru, głodu i epidemii 10,5 mln ludzi
Emigracja z kraju 5 mln ludzi
Całkowite straty w ludziach (polegli, pomordowani i emigranci), 1917–1922 15,5 mln ludzi
Ofiary terroru, 1921–1953:
Ofiary represji politycznych:
Aresztowani i skazani z powodów politycznych 5,5 mln ludzi
W tym straceni poza systemem GUŁagu 0,9 mln ludzi
(w tym w okresie Wielkiego Terroru) (0,7 mln ludzi)
Straceni, zamordowani i zmarli w obozach GUŁagu 1,6 mln ludzi
Łączna liczba straconych, zamordowanych i zmarłych 2,5 mln ludzi
Ofiary głodu:
Powołże, 1921–1922 5 mln ludzi
Ukraina, 1932–1933 4,6 mln ludzi
Kazachstan, 1932–1933 2 mln ludzi
Na całym obszarze ZSRR, 1946–1947 1,5 mln ludzi
Całkowita liczba ofiar głodu, 1921–1953 13,1 mln ludzi
Całkowita liczba straconych, zamordowanych, zmarłych z głodu, 1921–1953 15,5 mln ludzi
Emigracja z kraju, 1939–1945 3 mln ludzi
Całkowite straty w ludziach, 1917–1953 34 mln ludzi
Liczba mieszkańców ZSRR w 1922 r. 152 mln ludzi
Procentowe straty, 1917–1953, w stosunku do liczby ludności ZSRR w 1922 roku ~ 22%
[table “4” not found /]

 

Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka

  1. Obwód charkowski        1500    4000    5500
  2. Obwód kijowski              2000    3500    5500
  3. Obwód winnicki              1000    3000   4000
  4. Obwód doniecki              1000    3000    4000
  5. Obwód odeski                  1000   3500   4500
  6. Obwód dniepropietrowski 1000   2000   3000
  7. Obwód czernihowski     300   1300   1600
  8. Mołdawska ASRR          200   500   700

––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––

Artiom Krieczietnikow, rosyjski oddział BBC:

Wielkie radzieckie zaćmienie słońca: dlaczego NKWD wzięło się za astronomów?

Osiemdziesiąt lat temu zakończył się jednej z najbardziej absurdalnych procesów epoki stalinowskiego terroru. 26 maja 2937 roku sąd w Leningradzie wydał wyrok w sprawie byłych współpracowników obserwatorium astronomicznego w Pułkowie. Czternaście osób rozstrzelano, czterdzieści siedem otrzymało wyroki od pięciu do dwunastu lat. Dziesięć z nich zmarło w czasie odsiadki. W łagrach zawsze ktoś szybko doniósł na inteligenta.

Nazwa „sprawa pułkowska” jest nieoficjalna i nie pojawia się w dokumentach. Zasięgiem geograficznym, oprócz Leningradu, proces objął Moskwę, Kijów, Swierdłowsk (Jekaterynburg), Dniepropietrowsk i Kraj Ałtajski. Ofiarą represji padło ponad stu naukowców, wśród których byli fizycy, geolodzy i matematycy. Ale aparat bezpieczeństwa uwziął się przede wszystkim na astronomów. Prześladowania dotknęły mniej więcej co szóstego przedstawiciela tej rzadkiej w końcu specjalizacji.

Szczyt absurdu

Na tle wydarzeń lat 1937 – 1938, kiedy rozstrzeliwano średnio dwa tysiące ludzi dziennie, „proces pułkowski” jest kroplą w morzu. Zapisał się jednak w pamięci dzięki wyjątkowej, nawet jak na ówczesne standardy, niedorzeczności.

Przecież astronomie to nie „kułacy”, duchowni, zawodowi wojskowi czy pisarze – dlaczego władza uznała, że są dla niej groźni? Trudno znaleźć dziedzinę nauki bardziej odległą od polityki i w ogóle od „ziemskich trosk”. Astronomią parali się już starożytni Babilończycy, więc w odróżnieniu od cybernetyki i genetyki w żaden sposób nie można jej było uznać za „wymysł zgniłego Zachodu”.

W sierpniu 1774 roku kozacy Pugaczowa schwytali pod Kamyszynem petersburskiego astronoma Georga Lowitza, który zapuścił się tam w ramach kolejnej wyprawy. Przywódca oddziału zapytał cudacznego jegomościa, czym zajmuje się w życiu. „Patrzę w gwiazdy” – odparł Lowitz. „Powieście, będzie miał bliżej !” rozkazał Pugaczow. Od tamtych czasów kroniki historyczne nie notowały prześladowań astronomów.

Liczygwiazdów zgubiła obojętność ciał niebieskich na bieg ziemskich spraw. Niebiańska mechanika zaplanowała 19 sierpnia 1936 roku zaćmienie słońca. Już wiele miesięcy wcześniej astronomów na całym świecie ogarnęło niezwykłe podniecenie. Ponieważ ów fenomen przyrody miał być możliwy do zaobserwowania głównie na obszarze ZSRR, środowisko naukowców nazwało go „wielkim radzieckim zaćmieniem”. W świetle późniejszych wydarzeń zakrawa to na czarny humor.

Niefortunny moment

Na ziemi sprawy toczyły się własnym torem. 1 grudnia 1934 roku został zamordowany szef partii w Leningradzie Siergiej Kirow. Odpowiedzialność za zamach zrzucono na „bandę trockistowsko–zinowiewskich faszystów”. Polowanie na „terrorystów” i „zagranicznych agentów” gwałtownie się nasiliło. Trzy dni później Prezydium CIK KZPR wydało słynny dekret: sprawy o przestępstwa przeciwko państwu rozpatrywać w „trybie przyspieszonym”, nie przyjmować próśb o ułaskawienie, wyroki śmierci wykonywać niezwłocznie. W ciągu dziesięciu dni NKWD sporządziło listę przeszło jedenastu tysięcy „niebudzących zaufania” leningradczyków. Ów masowy napływ więźniów do Gułagu zyskał nazwę „strumienia Kirowa”.

Astronomowie patrzyli w swoje gwiazdy i nic innego nie dostrzegali. Zbliżające się zaćmienie słońca zintensyfikowało wymianę listów z zagranicznymi kolegami. Ten właśnie fakt, a także szlacheckie pochodzenie i niemieckie nazwiska wielu przyszłych „figurantów” w procesie, ściągnęło na nich uwagę „organów”.

Zaczęło się wesoło (a skończyło smutno)

Przebieg zaćmienia słońca w różnych częściach ZSRR obserwowały trzydzieści cztery ekspedycje naukowe, w których wzięło udział ponad trzystu naukowców, w tym siedemdziesięciu z zagranicy. Ich pracę koordynowało Obserwatorium Astronomiczne w Pułkowie.

5 lipca 1936 roku dyrektor pułkowskiego obserwatorium Boris Gierasimowicz wygłosił referat w Akademii Nauk. Za zasługi nauki otrzymał oficjalne podziękowanie i nagrodę. Akademia rekomendowała opublikowanie wyników obserwacji zaćmienia słońcem na dwudziestą rocznicę rewolucji październikowej, a także „zacieśnienie kontaktów naukowych z zagranicznymi astrofizykami, nawiązanych podczas wspólnej obserwacji zaćmienia słońca”.

Ale już miesiąc później NKWD aresztowało dyrektora gospodarczego obserwatorium Borisa Szygina, standardowo oskarżając go o „trockizm”. Leningradzkie gazety pisały o „niezdrowej sytuacji” wśród astronomów i ich „uwielbieniu dla zagranicy”. W nocy z 21 na 22 października aresztowano dyrektora Instytutu Astronomii Akademii Nauk ZSRR (mieszczącego się w Leningradzie) Borisa Numerowa.

Brutalnie bity, przyznał się, że w czasie delegacji naukowej w 1929 roku dał się zwerbować niemieckiemu wywiadowi, a w 1932 roku w przedziale pociągu, w drodze na konferencję naukową w Swierdłowsku, wciągnął do „antyradzieckiej organizacji” jeszcze czterech kolegów.

W okresie od listopada 1936 roku do czerwca 1937 roku nastąpiły kolejne aresztowania. Zatrzymano trzynastu najwybitniejszych pracowników naukowych Obserwatorium Astronomicznego w Pułkowie (i żony siedmiu z nich), w tym wicedyrektora naukowego Nikołaja Dnieprowskiego i kierownika działu astrofizyki Innokientija Bałanowskiego. Pięć osób wyprowadzono z uroczystości ku czci kolejnej rocznicy rewolucji październikowej.

A astronomowie w dalszym ciągu zachowywali się jak ludzie nie z tego świata: nie potępili kolegów, którzy trafili do „Kriestów” (osławiony leningradzki areszt śledczy) i mówili na zebraniach zupełnie nie to, co trzeba.

„Nie będę mógł przyjechać”

28 czerwca 1937 roku, już po wydaniu wyroku na główną grupę „figurantów”, jako ostatniego wzięli dyrektora obserwatorium w Pułkowie, Borisa Gierasimowicza – międzynarodowy autorytet naukowy w dziedzinie wewnętrznej budowy gwiazd i rzeczywistego członka czterech zagranicznych towarzystw astronomicznych.

Śledczy przypomnieli uczonemu listy pisane w obronie wcześniej aresztowanych kolegów, przynależność w czasach gimnazjalnych do partii eserowców, pracę w obserwatorium Harvarda w latach 1926–1929 oraz przyjaźń z jego dyrektorem, Harlowem Shapleyem. Od lutego do czerwca 1937 roku Gierasimowicz miał znów wykładać gościnnie na Uniwersytecie Harvarda, ale tuż przed zapowiedzianym przyjazdem przysłał Shapleyowi lakoniczną depeszę: „Sorry regret Carnot come” (Żałuję, nie będę mógł przyjechać).

Gierasimowicza stracono 30 listopada 1937 roku. Jego nazwisko nosi krater na Księżycu i asteroida, a podręcznik Kurs astrofizyki i astronomii gwiazd pod jego redakcją do dziś nie utracił aktualności.

„Kierujący organizacją” Boris Numerow dostał dziesięć lat łagru, ale 15 września 1941 roku, wobec zbliżania się wojsk niemieckich, został rozstrzelany w więzieniu w Orle razem z byłym naczelnym dowódcą Sił Powietrznych Armii Czerwonej Pawłem Ryczagowem, wybitną rewolucjonistką Marią Spiridonową i innymi nie szeregowymi więźniami. I to nawet nie z wyroku „trójki”, lecz po prostu na polecenie Berii.

Kręgi na wodzie

Wszystkie śledztwa polityczne tamtej epoki przebiegały według jednego scenariusza: aresztowano człowieka: biciem, pozbawianiem snu, oślepiającym światłem dwustuświecowej lampy zmuszano go do wskazania jak największej liczby ludzi, z którymi prowadził, albo rzekomo prowadził, antyradzieckie rozmowy: a potem brano się za nich. Teoretycznie w ten sposób można było wciągnąć do „podziemnej organizacji” całą ludność ZSRR. Tylko od czekistów zależało, gdzie się zatrzymają.

Wiadomo, że Numerow na torturach obciążył około dwudziestu pięciu osób. Bałanowski podczas widzenia w „Kriestach” szepnął swojej żonie: „Nie wytrzymałem. Podpisałem, że jestem szpiegiem”. Do niczego nie „przyznał się” astronom Maximilian Musselius.

W sprawie szybko pojawił się „wątek geofizyczny”. Geolodzy i geofizyce często uczestniczyli z astronomami w tych samych ekspedycjach, a w Leningradzie utrzymywali ze sobą kontakty towarzyskie. Pod względem liczby represjonowanych, Centralny Naukowo–Badawczy Instytut Poszukiwań Geologicznych dorównał Obserwatorium Astronomicznemu w Pułkowie. Poważnie ucierpiały również odpowiednie wydziały Uniwersytetu w Leningradzie.

Niektóre fragmenty dokumentów sądowych przywodzą na myśl „tunel z Bombaju do Londynu” z filmu Pokuta Tengiza Abuładze. Sędziowie śledczy z cała powagą twierdzili, że „spiskowcy” zamierzali zbudować z soczewki wielkiego teleskopu miotacz promieni i wykorzystać go do zamachu na Stalina. Geologów oskarżono o „ukrywanie przed władzami państwa cennych złóż surowców kopalnych”, astronomów o „sabotaż obserwacji zaćmienia słońca”, a członków „ukraińskiej filii leningradzkiej organizacji faszystowskiej” na czele z wicedyrektorem Akademii Nauk Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, geologiem Nikołajem Switalskim – jednocześnie o trockizm i burżuazyjny nacjonalizm, chociaż Trocki, jak wiadomo, był pryncypialnym internacjonalistą.

Jak napisał do Kalinina zmarły w 1942 roku w łagrze profesor geologii Nikołaj Bezborodko, by wykazać absurdalność oskarżenia, „celowo mówiłem [w śledztwie] największe, najbardziej niedorzeczne bzdury”. W tamtych czasach wiele osób próbowało stosować tę taktykę, ale nikomu to nic nie dało.

Wyroki, które zapadły na początku 1938 roku, w zasadzie zakończyły „proces pułkowski”, razem ze wszystkimi pobocznymi wątkami, ale śledczy drążyli dalej. Na przełomie 1941/42, w najcięższych miesiącach blokady Leningradu, w związku z „ujawnieniem nowych okoliczności” aresztowano trzech profesorów uniwersytetu: matematyka Andrieja Żurawskiego i dwóch fizyków: Władimira Ignatowskiego i Nikołaja Rose.

Komu się udało

Kilka dni po aresztowaniu profesora Państwowego Uniwersytetu w Leningradzie, fizyka Wsiewołoda Frederiksa (estońskiego barona, syna gubernatora Niżnego Nowogrodu!), enkawudziści przyszli po jego ukochanego ucznia, Władimira Foka, który w wieku trzydziestu czterech lat został członkiem korespondentem Akademii Nauk. Za budzącym wielkie nadzieje młodym uczonym wstawił się u Stalina Piotr Kapica. Foka wypuszczono na wolność. Został światowej sławy autorytetem w dziedzinie mechaniki kwantowej i na początku 70. lat XX wieku wywołał sensację w środowisku radzieckich naukowców: odmówił oddania dewiz, w których zapłacono mu za wykłady zagranicą. Oświadczył, że nie jest chłopem pańszczyźnianym.

Fizyka i wynalazcę Lwa Termena oskarżono o przygotowywanie, wraz z innymi „pułkowcami”, zamachu na życie Kirowa. Uczeni rzekomo zamierzali zabić pierwszego sekretarza komitetu leningradzkiego Partii podczas jego wizyty w obserwatorium za pomocą zdalnie sterowanej bomby burzącej, wmontowanej w wahadło Faucaulta (urządzenie służące do poglądowej demonstracji ruchu obrotowego Ziemi).

Odsiadując wyrok w tej samej szaraszce (specjalnym więzieniu dla naukowców, w którym mogli kontynuować pracę), Termen skonstruował urządzenie podsłuchowe, które wmontowano w drewnianą replikę Wielkiej Pieczęci Stanów Zjednoczonych, podarowaną w 1945 Averellowi Harrimanowi. Przez sześć lat pracowało bez zarzutu w gabinecie ambasadora USA Moskwie, zanim w końcu Amerykanom udało się je znaleźć.

Siedzący w więzieniu Teremen dostał za to osiągnięcie Nagrodę Stalinowską. Dożył dziewięćdziesięciu siedmiu lat.

Młody astronom z obserwatorium w Pułkowie, Nikołaj Kozyriew, odsiadywał wyrok w Kraju Turuchańskim. Rozmawiając z innym zesłanym inteligentem nie zgodził się z Fryderykiem Engelsem w ocenia Izaaka Newtona. Towarzysz niedoli doniósł na Kozyriewa, czym załatwił mu wyrok śmierci. Ale rozstrzeliwujący mieli pełne ręce roboty i kazali uczonemu czekać w kolejce, a potem o nim zapomnieli. Kozyriew przeżył, wedle jego własnych słów, rozmyślając o wulkanach na Księżycu. Później ta właśnie dziedzina astronomii przyniosła mu sławę.

Lot ku gwiazdom

Pierwszy mąż Swietłany Alliłujewej [córki Stalina], Alieksiej Kapler, opowiadał usłyszaną od niej historię: pewnej jasnej, księżycowej nocy w 1937 roku, przy późnej kolacji w podmoskiewskiej daczy Stalina, Mołotow i Kaganowicz pokłócili się o gwiazdozbiór: jeden twierdził, że to Kasjopeja, drugi – że Orion.

Usłużny Jeżow zatelefonował do dyrektora moskiewskiego planetarium. Ten, jak wszyscy ważni i nieważni szefowie, mimo późnej pory trwał na posterunku, ale nie potrafił rozstrzygnąć sporu, ponieważ nie był astronomem, tylko czekistą, mianowanym na to stanowisko zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Komisarz ludowy zażądał od niego, by zasięgnął informacji u najlepszego specjalisty, ale nie przez telefon, tylko wysłać samochód po odpowiedź na piśmie, bo to sprawa najwyższej wagi państwowej.

Pierwszy profesor usłyszawszy w nocy stukanie do drzwi dostał zawału: drugi, na widok podjeżdżającego pod dom czarnego samochodu rzucił się z okna. Kiedy dyrektor planetarium dowiedział się w końcu, co to za gwiazdozbiór i zadzwonił na daczę, ochrona powiedziała mu, że wszyscy już dawno śpią.

Stalin, któremu nazajutrz powtórzono całą historię, miał zażartować: „Poleciał ku gwiazdom, tylko że nie w górę, a w dół!”

P.S. Z koszmarnych absurdów: w Charkowie rozstrzelano „dywersanta”, który został motorniczym po to: „aby na skrzyżowaniach najeżdżać tramwajem na samochody wiozące członków władz”.

 Ernest Skalski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

21 komentarzy

  1. artu 23.01.2018
  2. artu 23.01.2018
  3. artu 24.01.2018
  4. A. Goryński 25.01.2018
    • artu 25.01.2018
  5. artu 25.01.2018
    • Sir Jarek 25.01.2018
  6. PIRS 25.01.2018
    • artu 25.01.2018
      • Magog 01.02.2018
  7. Sir Jarek 25.01.2018
  8. Sir Jarek 25.01.2018
  9. PIRS 25.01.2018
    • Sir Jarek 25.01.2018
      • Sir Jarek 31.01.2018
  10. artu 25.01.2018
  11. Sir Jarek 25.01.2018
    • artu 26.01.2018
    • Magog 27.01.2018
      • Sir Jarek 31.01.2018
  12. Zbyszek123 26.01.2018