Robimy co możemy
Tu gwoli wyjaśnienia młodszym czytelnikom. W tym czasie nie było objazdów miast, ale samochodów na drogach było kilkakrotnie mniej. Jeździło się szybciej. Duży fiat był na owe czasy szybki i zrywny. Kierowcy, byliśmy o trzydzieści lat młodsi i to się w tym maratonie liczyło. Ale w Warszawie zaczęliśmy od wyspania się. Po południa zgromadziliśmy się, pamiętam, u mnie. Przy pomocy butelki koniaku napisaliśmy szybko i sprawnie kilkustronicowe sprawozdanie dla Rakowskiego, co mogło oznaczać: dla władz. O publikacji wtedy jeszcze nie mogło być mowy. To kolejny papier, który będę się starał odzyskać.
Pisaliśmy, że strajki mają zdecydowanie robotniczy charakter. W Szczecinie, poza naszą ekipą i delegacją władzy, nie było nikogo z zewnątrz. Proces decyzyjny, w obu miejscach, odbywa się jawnie. W Gdańsku, grupka dziennikarzy nie ma żadnego wpływu na strajk. Działaczy opozycji jeszcze w tym czasie nie było. Z tego stanu rzeczy wysnuwaliśmy wniosek, że strajkujący nie podlegają czyjejś inspiracji, nie realizują czyichś interesów. Podkreślaliśmy ich determinację i zarazem zdecydowanie, by nie wychodzić na zewnątrz i nie stwarzać możliwości brutalnego konfliktu. Zauważaliśmy też, że organizacja strajków i wsparcie stwarzają im możliwość długiego trwania.
W tekście były też nasze sugestie. Podstawowa: rozmawiać w Gdańsku, tak jak się rozmawia w Szczecinie. Postulaty strajkujących to wyjście do dyskusji. Dostrzegaliśmy, że punkt, od którego załogi nie odstąpią, to niezależne związki zawodowe. Pisaliśmy otwarcie, że zdajemy sobie sprawę, iż coś takiego nie mieści się w systemie, mimo to – uważaliśmy – należy ten postulat zaakceptować, bo inaczej nie będzie pokojowego wyjścia z sytuacji. O stopniu niezależności i charakterze tych związków będzie można później rozmawiać. Tak zresztą później było.
Z dzisiejszego punktu widzenia było to stanowisko oportunistyczne, lecz wówczas akceptacja takiego wyłomu w systemie, jakim byłyby niezależne od władzy związki, była czymś trudno wyobrażalnym. I wiadome było, że w aparacie władzy było to trudne do zaakceptowania oraz, że było w nim wielu uważających, że siłowa rozprawa ze strajkami jest jedynym właściwym wyjściem.
Obiło się nam o uszy, że Rakowskiemu przydał się ten tekst w kontaktach z decydentami politycznymi, wśród których był dość ważną personą. Do dziś nie rozumiem siebie: dlaczego go o to nie spytałem, widując go czasem, choćby na krótko przed jego śmiercią. Mam do siebie, historyka z wykształcenia i zawodowego dziennikarza przez wiele dziesięcioleci, żal za wiele tego rodzaju uchybień.
Wkrótce po naszej eskapadzie Wojtek Giełżyński pojechał jeszcze raz na Wybrzeże, tym razem z Lechem Stefańskim. Wrócili po podpisaniu porozumień. Natychmiast, już w czwórkę (Giełżyński, Poprzeczko, Stefański i ja) zaczęliśmy scalać wszystko, co mieliśmy i zrobiliśmy w wielki jednolity reportaż. Szczegółowy opis tego, co widzieliśmy głównie w Gdańsku, ale też w Szczecinie i nawet w Elblągu. Pracowaliśmy jak szaleni, pisząc, poprawiając, tnąc i klejąc wielostronicowy maszynopis. Tak wtedy się pracowało. W środku nocy wsunęliśmy materiał pod drzwi redakcji. Tak, żeby można było to publikować w najbliższym numerze „Polityki. Żadne inne pismo wtedy czegoś takiego nie miało.
A Rakowski, niech mu ziemia lekką będzie, tego nie wydrukował, bo mu jakoś nie pasowało do jego kombinacji.
Ten tekst był napisany w roku 2010. Nie widzę powodu, żeby cokolwiek w nim zmieniać

Ale ten czas gna…
https://www.youtube.com/watch?v=TSgohNm-1cg
Ja bym jednak zastanowił się, może jednak jest powód. Jest pan pewien że Alina Piątkowska?
Oczywiście: Pieńkowska. Litrówki się zdarzają. Nie w strajku, rzecz jasna. Tam prohibicja była przestrzegana, co świadczy, że nawet Polaka można skłonić do zachowań przeciwnych naturze 🙂 Widziałem jak strażujący na bramie przyłapał kolegę wracającego z chwilowego pobytu w mieście. Kolega usiłował przemycić butelkę płynu obiektywizującego rzeczywistość. Kazał mu to wylać na ziemię. Kolega chcąc nie chcąc wylał.
Obaj płakali.
Niektórzew twierdzą nawet, że Pienkowska. Nazwisko często było pisane jako Pieńkowska i chyba ta wersja była najczęściej używana w mediach. Dużo tych litrów….
Jeszcze więcej litrów: brat przyjechał iJmówi, przywódcą
Ja z kolei przez kilka tygodni myślałem, że przwódcą strajku w Gdańsku był Lech Walesa. Wreszcie pod koniec września przyjechał brat z Polski imOwi, że Wałęsa – zdziwiłem się.
Czy tu nie ma możliwości poprawienia własnego wpisu?
Zaciekawił mnei ten fragment:
„Przez długie godziny wstrzymywałem się, powodowany wewnętrzną godnością: to nie dla takich jak ja dostarczano tutaj produkty. Gdy jednak zobaczyłem, że częstuje się Irka Dryl z „Trybuny Ludu”, załamałem się i sięgnąłem po te kanapki.”
.
Z racji wieku (dopiero cztery krzyżyki) nie do konca orientuje się w niektórych zawiłościach towarzyskich,czy też relacjach łużbowych – nawet nie wiem, od której strony to ugryźć.
Z Trybuny Ludu pamiętam tyle, że tam najlpesze relacje z Wyścigu Pokoju były (lepsze nawet niż w Przeglądzie Sportowym) i tyle. Że to tuba propagandowa PZPR – nawet gdybym się w latach osiemdziesiątych dowiedział – to nic by mi to nie mówiło, albo i niewiele obchodziło.
Pan powstrzymywał się od korzystania z przygotowanych kanapek, bo jak rozumiem, miał pan poczucie, ze one są dla strajkujących. „nie dla takich, jak ja” – odczytuję, jako raczej pokorę (to dla tych dzielnych ludzi, a nie dla mnie!) niż pychę.
Ale Pan się złamał, bo Irka Dryl się poczęstowała.
Chodziło o samą Irkę? Czy tez o fakt, że ona z TL? Czy ona była wzorem (skoro Irka się częstuje, to i ja mogę) z racji osobistych atrybutów, czy dlatego, że reprezentowała TL (jak rozumiem, będącą bliżej władzy)?
Już nie tę konkretnie sytuację chodzi, ale o generalne nakreślenie stosunków: lud strajkujący – dziennikarze – władza.
Jak to wyglądało?
Do Ernesta Skalskiego – Panie Redaktorze Kochany, jaki ma sens publikowanie po latach tekstu dotyczącego czegoś co miało miejsce prawie czterdzieści lat temu. To było tak dawno, wyrosło już całe pokolenie (w socjologii pokolenie to 30 lat), wspominanie takich ulotnych szczegółów, opis swoich wrażeń, jakże ulotnych, nie ma sensu. Na poziomie tych szczegółów zdarzyć się może taka wpadka jak z Aliną Pieńkowską nazywaną Piątkowską, co to ma za znaczenie, zwykła pomyłka i tyle.
Sprawa jest inna na poziomie syntezy, uogólniającego sądu, oceny tego co wtedy się zaczęło, tam w mojej stoczni, 14 sierpnia i trwało do końca, do 31 sierpnia jako wydarzenie strajkowe ale jako wydarzenie polityczne trwało znacznie dłużej, trwa po dzień dzisiejszy.
Pisze Pan o swoim wrażeniu z kontaktu z Lechem Wałęsą, opisuje Pan jego zachowania w strajku i efektownie klamruje z jego wystąpieniem przed połączonymi izbami Kongresu Stanów Zjednoczonych AP – i co, tylko tyle ? Wyszła książka zawierająca różne wystąpienia, wykłady, odczyty jakie w różnych miejscach świata wygłosił Vaclaw Hawel, też prezydent tyle że Czech, proszę przeczytać aby zrozumieć różnicę tego co się nam przydarzyło a co braciom Czechom.
Pański tekst odbieram jako zapis tego co miał Pan w głowie jako dziennikarz Polityki, najbardziej nie reżymowego tygodnika w Polsce a może i w całym bloku. Pamiętam jakim echem odbił się późniejszy tekst Ryszarda Kapuścińskiego, też znakomitego dziennikarza, o upadku robola, takiego pojęcia którego używała prasa na opisanie robotnika
Robotnicy nie byli robolami, ale nie byli też bogami za których chciała ich uznać inteligencja warszawska – ja wiem kim byli robotnicy w mojej stoczni i jaką postacią jest Lech Wałęsa. Pisze Pan o kilku jeszcze postaciach w strajku, ok! no to gdzie są ci co jeszcze żyją, jaką pełnią obecnie rolę, za czym się opowiadają, przeciwko komu i czemu walczą ?
Tą są ważne sprawy a nie to ,że Irena Dryll jadła kanapki strajkowe – wszyscy jedli, robił te kanapki stoczniowy dział Ar – dział żywienia przygotowany do karmienia dwudziestu tysięcy ludzi (tyle było na co dzień, 16 tysięcy stoczniowców i 4 tysiące firm obcych, kooperantów stoczniowych).
Klimat w strajku w mojej stoczni, Stoczni Gdańskiej im Lenina, był sympatyczny, prawie piknik – jakże odmienny od tego co wprowadził Andrzej Kołodziej w Stoczni Gdyńskiej – dwa różne światy.
Uczestniczył Pan, Panie Redaktorze w strajku solidarnościowym, strajk stoczniowy trwał 3 dni, od czwartku do soboty. Strajk pracowników Stoczni Gdańskiej się skończył w sobotę, podpisaliśmy porozumienie, Lech Wałęsa ogłosił przez radiowęzeł że jest porozumienie, że jest sukces i idziemy do domu. To wtedy Alina Pieńkowska i jeszcze kilka innych kobiet próbowały zatrzymać wychodzących robotników aby poprzeć inne załogi w tym komunikacji miejskiej. Załoga wyszła, strajk się skończył, w stoczni została mała grupa strajkujących i dyżurne służby – jak zawsze przed niedzielą. Strajk solidarnościowy zaczął się w poniedziałek, ale załoga stoczni i stocznia pełniły już rolę recepcji dużego i coraz większego ośrodka do którego zgłaszały się kolejne zakłady pracy z Gdańska, z Wybrzeża, z Polski.
Ale to już zupełnie inna historia….
Było, minęło, nie ma, nie ma niczego z tamtego ducha, klimatu, inny świat, inni ludzie, wszystko inne
Pozdrawiam serdecznie Redaktora Ernesta.
Było, minęło, nie ma, nie ma niczego z tamtego ducha, klimatu, inny świat, inni ludzie, wszystko inne…. A suweren robi cofke do czasów PRL …Tym razem z przewodnia rolą Kościoła.. ……жалко 🙁
Każdy po swojemu czyta, ja też. Takie zdanie brzmi jak z narady w Watykanie tuż przed wylotem Franciszka do Irlandii: „Kierowała mną – powszechna w środowisku dziennikarskim – chęć przebicia się do łbów władzy, dość szczelnie impregnowanych na rzeczywistość”. Franciszek jak Gierek, próbuje ratować co się da, ale nic już nie można uratować. Wszystko się sypie. Z konferencji z Dublinie dwóch kardynałów musiało w ostatnich chwili wyjechać do USA by gasić pożar u siebie. Kto podpowie Franciszkowi czto dielat?
@Zbuszek123: było, mnęło, nie wróci. Oczywiście. Ale to nie znaczy, aby tego nie wspominać. Mamy dziś ekipę, która zakłamuje tamte czasy i tamtych liderów i wciska swojego Lecha!
Tekst Redaktora Skalskiego przeczytałem z wielkim zainteresowaniem. W sumie sporo wnosi. Ja wedy kończyłem doktorat i jeździłem stopen z Placu Komuny Paryskiej (prezydenta Wilsona dziś) do Dziekanowa za Łokiankami na Grański wylot aby ratować hhodowle okrzemek morskich, bo gorący sierpień i stałe wyłączenia prądu niszczyły mi cały dobytek naukowy. A mieszkałem wtedy w Międzylesiu… na wylocie lubelskim ze stolicy. Autobusy nie kursowały z Warszawy, bo strajkowały. Całym sercem ze strajkami nie małem czasu na politykę. Mam u siebie numer Trybuny Ludu ze słynnym logo robotnika z okładki, trZymającym sztandar z zecerskim interesem między nogami! Jak odkopię to zamieszczę. Mamy powody, aby być z siebie dumni za tamte strajki. A sami staramy się je deprecjonować i wypaczać. Kiedy djrzejemy do tego, aby docenić tych, którzy odnoszą prawdziwy sukces i posuwają kraj do przodu?
Do Andrzej Pokonos – pełna zgoda co do oceny tego czy artykuł Ernesta Skalskiego jest czy nie jest interesujący. Jest ! Ale pozostaje przy swoim, że teraz bardziej by mnie zainteresowało co taki duży redaktor ma do powiedzenia w formie syntezy, tego co z tamtych dni zostało, kim okazali się być ludzie których wymienia, których zapamiętał ze strajku – jeżeli historia jest nauczycielką to jakie nauki wyniósł, co chciałby przekazać młodym. Procesy społeczne trwają, inne dekoracje, inni aktorzy ale sens ten sam, a może inny, może to, że jest jak jest, zawiera w sobie tamto wydarzenie ?
Wiele pytań, wiele odpowiedzi…
Do Obirka – naprawdę można myśleć o Franciszku jak o Gierku ? Jeżeli tak myśli Obirek to czarny scenariusz dla Franciszka ale dobry dla Rydzyka, pachnie schizmą polskiego kleru, kleru bo nie wiernych, oni są jak stado baranów, pytanie jak to wpłynie na relacje „tronu i ołtarza” ,w Polsce, w kraju o największej i stale rosnącej ilości egzorcystów i nie ujawnionych afer pedofilskich…będzie się dzialo !
@Zbyszek123: domaga się Pan syntezy. I to politycznej, socjologicznej i jakiej tam jeszcze analizy. A tekst redsktora Skalskiego to wspomnienie. To dwie różne rzeczy.
Wspominać warto choćby dlatego, że różni ludzie różnie wspominają. I upamiętniają co ważniejsze wydarzenia. I najważniejsze …
https://trojmiasto.onet.pl/lech-walesa-o-tablicy-kaczynskich-w-stoczni-gdanskiej/2qbef3v
@J.LUK
Kiedyś, gdy królowały w telewizji filmy Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika („Pieprz i wanilia”), pojawiały się w różnych miejscach napisy: BYŁEM TU. TONY HALIK. Jeden taki napis przez długie lata był w naszej windzie.
Zamiast tablicy w stoczni mogli maznąć na ścianie: BILIŚMY TU. LESZEK I JAROSŁAW KACZYŃSCY.