Krzysztof J. Konsztowicz: Jak zła dydaktyka dobija słabą naukę w polskiej pouczalni wyższej

26.02.2020

Kiedy wybrzmiały już bębny i fanfary po oficjalnych obchodach Dnia Nauki Polskiej, może przyjść pora na refleksję – skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? … Czemu polskie uczelnie są ciągle w ogonie rankingów, a w ilościach patentów i w innych mierzalnych parametrach nasz kraj zamyka zestawienia, szczególnie w udziale innowacji w produkcie krajowym?…

Takie myśli powinny nachodzić światłych polityków wszystkich szczebli – nie tylko z okazji obchodów uroczystego dnia, nie tylko z okazji kolejnej kampanii, nawet nie na czas jednej kadencji – ale w długim terminie jako jeden z niezmiennych priorytetów wieloletniej, ponadpartyjnej strategii narodowej, niezależnie od opcji chwilowo sprawującej rządy.

Wielu polityków używa chętnie i odmienia przez przypadki takie terminy jak innowacje czy gospodarka wiedzy, ale jakby już nie bardzo chcieli oni kojarzyć, że innowacyjność akademicka to trzon, stanowiący prawie połowę wszystkich innowacji w krajach rozwiniętych. Przy dominacji uczelni państwowych w tym kraju to od regulacji państwowych zależy ich efektywność w tym zakresie. Niestety, istotą takich głębszych skojarzeń i mechanizmami legislacyjnymi już niewielu polityków się przejmuje, bo żyją codziennością.

Ten tekst może być adresowany także do menedżerów różnych szczebli odpowiedzialnych za badania i rozwój, którzy czasem próbują współpracować z krajowymi uczelniami w konkretnych celach i nie mogą się nadziwić, że to nie wychodzi. Po czasie jednak przestają się dziwić, że światowe korporacje wysyłają kontrakty do Indii.

W tym kraju pracuje ok. 50 000 osób z tytułem doktora, z tego większość w uczelniach, po stronie wyrobniczej. Mają swoje doświadczenia, choć niewielu zabierze głos, bo są zależni. Wielu tak ciężko haruje, że nawet nie wiedzą, że może być inaczej i o nich tu mowa. Taki tekst może przyciągnąć uwagę światłych i rzetelnych profesorów budujących trwałe zespoły i wartości, którzy często wbrew utrudnieniom rzeczywistości tworzą pozytywne lokalne enklawy. Na pewno poniższe nie jest adresowane do profesorów żyjących wygodnie z istniejącego systemu feudalnego, a tym bardziej ciągnących z niego doraźne korzyści…

Wiadomo, że podstawą organizacji produkcji w zakładach przemysłowych jest harmonogramowanie czasu pracy zatrudnionych.

Zaraz, zaraz – tu nastąpi pierwsze i nieostatnie obruszenie – jak to, przecież placówka badawcza czy uczelnia wyższa, to nie fabryka! Ano nie fabryka, zgoda, ale…

Ale pracownikom naukowym stawia się określone wymagania co do produktywności ich funkcjonowania w tej instytucji, w postaci wymaganej liczby publikacji w naukowych czasopismach tzw. indeksowanych, czyli o potwierdzonym zasięgu oddziaływania międzynarodowego, opisanym wskaźnikiem oddziaływania IF (ang. Impact Factor), dorocznie publikowanym w Journal Citation Reports (JCR). Porównywalna w skali międzynarodowej praca badawcza wymaga porównywalnej – czyli odmiennej niż dotychczas stosowana w Polsce – organizacji pracy dydaktycznej, inaczej nie działa ani jedno, ani drugie, czyli jak w źle zorganizowanej fabryce, która długo nie wytrzyma na rynku. Tu jest istota problemu legislacyjnego, źródło marnotrawstwa funduszy publicznych i dysfunkcja modelu „gospodarki wiedzy”. Nakłada się na to powszechny w tym kraju brak zrozumienia specyfiki zawodu badacza naukowego, w tym uniwersyteckiego pracownika naukowo–dydaktycznego.

Przede wszystkim trzeba wskazać, że pracownikiem uczelni wyższej kandydat zostaje nie dlatego, że jest politykiem czy kuzynem szwagra, tylko na ogół dlatego, że jest dobrze rokującym naukowcem – badaczem. Dydaktykiem staje się (lub nie…) tylko przy tej okazji, że dzieli się swoją wiedzą i metodyką aktualnie prowadzonych badań z początkującymi w tym rzemiośle. Tak przynajmniej powinno być i taki jest podstawowy model współczesnego uniwersytetu, wprowadzony przez Wilhelma von Humboldta w Berlinie jeszcze w 1809 r., a później rozpowszechniony i przyjęty w innych krajach europejskich. Działa niezmiennie dobrze, mimo ewolucji i zmian samych modeli oraz mechanizmów organizacji badań naukowych.

W Polsce ten model został zaburzony po II wojnie światowej przez wprowadzenie systemu sowieckiego, który w skrócie można opisać tak, że „uczelnie uczą, a instytuty badają”. W naszym centralistycznym obiegu sprawozdawczości wszystko jest OK, ale w rzeczywistości polskie uczelnie dobrze nie uczą, a nie wszystkie instytuty dobrze badają. Tkwimy w tym systemie do dzisiaj, co jest jedną z głównych przyczyn niskich notowań polskich uczelni i słabości polskiej nauki, i co powoduje liczne inne problemy, wykraczające poza zawartość tego tekstu. Czytelnikowi zainteresowanemu szczegółami oraz szerszymi implikacjami, np. gospodarczymi, mogę polecić książkę: „Gospodarka nie–wiedzy”, dostępną w sieci na mojej stronie www.konsztowicz.eu.

We wszystkich krajach tzw. zachodnich, gdzie uniwersytety od dawna i nieodmiennie bazują na wspomnianym modelu W. von Humboldta, wymagana liczba godzin zajęć, czyli tak zwane pensum dydaktyczne pracowników uczelni wyższych wynosi średnio 4 godziny tygodniowo (Słownie – cztery…). Szczególnie w dziedzinach istotnych dla gospodarki, czyli naukach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich to pensum nie może być większe, bo tylko wtedy całość obciążenia dydaktycznego waha się w granicach 10 godzin tygodniowo i stanowi właściwą proporcję do pozostałych obowiązków, w sumie około 50-godzinowego, wystarczająco wymagającego tygodnia pracy. W takim modelu całkowite obciążenie i tak jest większe niż w wielu innych sektorach zatrudnienia, wykracza poza dobowy model „3×8/24”, ale jest do zniesienia i wykonania, zważywszy na wartości motywacyjne naukowców i ich wysokie poczucie samodyscypliny.

Niefortunnie przytaczany w różnych okolicznościach Polski Kwestionariusz Obciążeń Zawodowych Pedagoga nie ma żadnego zastosowania w odniesieniu do pracowników naukowo–dydaktycznych wyższych uczelni. To też jest pokłosie systemu postsowieckiego, że pracownicy akademiccy są tu ciągle przyrównywani do innych nauczycieli, w innych rodzajach szkolnictwa. Między innymi dlatego uniwersyteckie programy nauczania nie są budowane tak, by najbardziej efektywnie przedstawić studentom aktualny stan wiedzy w świecie, tylko – pod tym pozorem – przede wszystkim wypełnić godzinami to nieszczęsne pensum dydaktyczne.

W efekcie pracownicy akademiccy przegadują masę czasu na często niepotrzebnych zajęciach, zamiast wypełnić ten czas badaniami wartościowymi dla gospodarki, w których także powinni uczestniczyć starsi studenci, nie tylko doktoranci.

Nie spotkałem w polskiej bibliografii realnych prób opisu wypełnienia czasowego takiej pracy, więc dla prostej wizualizacji – możliwie czytelnej dla zainteresowanych – przedstawiam w tabeli poniżej (Tab.1.) orientacyjnie stałe elementy tygodniowego obciążenia godzinowego we wskazanym powyżej modelu pracy uniwersyteckiego nauczyciela akademickiego w krajach bardziej rozwiniętych, aktywnie prowadzącego prace badawcze. Każdy z wymienionych w tej tabeli punktów zawiera w sobie czasochłonny i obszerny zakres czynności niewidocznych dla tzw. szerokiej publiczności, nawet studentów młodszych lat studiów, może poza doktorantami uczestniczącymi w badaniach.

Z uwagi na bogactwo, tempo zmian i dostępność samo poznanie bibliografii do rzetelnie prowadzonego projektu badawczego to konieczność wnikliwego czytania kilkuset (trudnych lub bardzo…) artykułów naukowych. Do tego średnio z tuzin dysertacji magisterskich (MSc) i doktorskich (PhD) ze wszystkich stron świata, tyleż samo lub więcej różnego rodzaju i objętości raportów; razem – tysiące stron rocznie. To nie jest „lekka, łatwa i przyjemna” lektura do poduszki. Praca nad tym, żeby wejść i utrzymać karierę w aktualnej w świecie tematyce naukowej, to raczej jak przygotowanie zawodnika sportowego do poziomu turniejów międzynarodowych, czy muzyka do konkursu wirtuozowskiego.

Tabela 1

Działania zawod. pracown. n-dDydaktykaBadania laboratoryjneAdministracja (konieczna)BibliografiaPisanie tekstówSobotaNiedziela
Wymiar czasu tygodniowo10 godz.10 godz.10 godz.10 godz.10 godz.
SzczegółyCztery (4) godziny lekcyjneZebrania, rady, komisje n-d
Planowanie, omawianie merytorycznej strony badańPoszukiwanie literaturyOpracowanie wyników, analiza, interpretacja; wykresy, zdjęcia itp.
Dwie (2) godziny - przygotowanie (pobieżne - tylko bieżące)Formularze, programy nauczania, sylabusyReligia
Obliczenia i symulacje, modyfikacjeSport
Jedna (1) godzina konsultacjirozmowy z doktorantami i magistrantami, szczegóły wykonawczePrzygotowanie wniosków o finans., umów o współpracy i.i.Zestawianie bibliografii, spisy,Rodzina
zarządzanie bibliografiąPisanie raportów z badań
Dwie (2) godziny — poprawianie pracTelefony, rozmowy administracyjnePisanie sprawozdań okresowychKultura
Przygotowanie badań, dobór parametrów, adaptacja i modyfikacje urządzeń i aparatury Rozliczenia wyjazdów, zakupówPrzeglądanie streszczeńStreszczenia i teksty do materiałów konferencyjnychRekreacja
czytanie artykułów
Jedna (1) godzina wpisyw. ocen, listy obecn., komunik. ze stud.Przygotowanie materiałów i próbSporządzanie notatek służbowychWypisy, notatki:Prezentacje PPT, pisanie publikacjiNatura
Pomiary, wstępna obróbka wyników Korespondencja admin.zestawianie, porównywanie metod i danychKorespondencja naukowa
po pracy (jak każdy):zakupy tygodniowe,Pranie,Sprzątanie,Bank, lekarz, mechanik…naprawy domowe, malowanie, majstrowanieimprezy, przyjacieleDzieci - prace szkolne
Wożenie dzieciOdbiór, przewożenie dzieci, rozmowybasen, tenis, rolki, rower…Wożenie dzieci, rozmowy
Równowaga w zatrudnieniu nauczyciela akademickiego: 4 godz. dydaktyki / tydz. = 50 godz. pracy

Już tutaj pominę stopień trudności w opanowaniu konkretnych metod i technik badawczych stosowanych w naukach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich, co przecież także wiąże się z czytaniem tysięcy stron instrukcji, godzinami szkoleń i ćwiczeń operacyjnych na skomplikowanej aparaturze.

Dla lepszego uzmysłowienia wagi wskazanych w tabeli szczegółów rozwinę nieco choćby ten ostatni w tabeli punkt pt. „korespondencja naukowa”, wydawałoby się prosty. To nie tylko (złożona i szczegółowa) wymiana informacji pomiędzy współautorami prowadzonych i publikowanych prac, ale głównie merytoryczna korespondencja z organizatorami konferencji, wydawcami materiałów konferencyjnych, edytorami czasopism i recenzentami publikacji. To obejmuje także bardzo czasochłonne przygotowywanie i pisanie recenzji, i to nie tylko dysertacji uczelnianych, ale głównie publikacji w czasopismach indeksowanych, w wymagającym systemie wzajemnego recenzowania zwanym w języku angielskim „peer–review”.

System polega na tym, że aby publikować w wybranym piśmie indeksowanym (czyli – by istnieć wiarygodnie i powtarzalnie w specjalistycznym międzynarodowym środowisku zawodowym…) trzeba też dla niego pisać recenzje –– średnio do dwóch artykułów na jeden opublikowany swój artykuł. Każda recenzja (anonimowa – nie dla „kolegów”…) to nie tylko wnikliwe czytanie tej nowej pracy, ale także co najmniej kilkunastu najważniejszych pozycji bibliograficznych, jeśli się ich jeszcze nie zna.

Żmudny, trudny i czasochłonny proces, wymagający nie tylko skupienia, bardzo dobrej znajomości naukowego języka angielskiego w danej dziedzinie, ale i samodyscypliny, bo każde słowo musi być starannie wyważone, recenzja dogłębna i rzetelna. To jest realny wkład w postęp nauki. Wydawcy czasopism na ogół dają około miesiąca do dwóch na przygotowanie jednej recenzji, której celem jest ulepszenie, a nie powierzchowne skrytykowanie przyszłej publikacji. W sumie to wszystko składa się na dziesiątki merytorycznych maili, telefonów czy użycia innych dostępnych komunikatorów, na które trzeba mieć czas, wiedzę i skupienie.

A co, jeżeli inne obowiązki, np. konieczność przygotowania nadmiernej liczby godzin dydaktycznych, nie pozwalają na rzetelne przygotowanie tych recenzji, na staranne opracowanie własnych tekstów artykułów, wnikliwe czytanie bibliografii, szczegółowe opracowanie własnych wyników badań?… Rodzi się i narasta stres, zarywanie nocy, wypalenie organizmu. Wielu ludzi na tym etapie nie wytrzymuje i rezygnuje z dalszej kariery. A co, jeżeli przy identycznych oczekiwaniach co do wydajności naukowej porównywalnej w skali międzynarodowej, obciążenie dydaktyczne przekracza dwu lub trzykrotnie przyjęte w świecie standardy?… Zapytywani o to profesorowie z USA i Kanady komentują krótko – „absurd, niewykonalne…”.

Kiedyś wyliczyłem, że przy obciążeniu dydaktycznym 13 godzin / tydzień, jakie zdarzyło mi się mieć w pewnym okresie, w tym nowe przedmioty, potrzebuję ponad 60 godzin na samo przygotowanie tych zajęć, i to tylko pobieżne, wcale nie takie, jakbym chciał. Z kolei na poprawne i terminowe wykonanie obowiązków wynikających z prowadzenia projektu badawczego potrzebuję prawie 70 godzin tygodniowo. Nietrudno stwierdzić, że pogodzenie takich zadań jest po prostu niewykonalne. Nawet przy pełnym poświęceniu i z narażeniem zdrowia, pracując po 100 godzin na tydzień, nie jest się w stanie dobrze wykonać ani jednego, ani drugiego poprawnie. W sumie – wychodzi słabo. Jak długo można tak pociągnąć bez utraty zdrowia?

Sorry, taki mamy klimat, skwituje polityk…

Żeby nie być gołosłownym, przytaczam poniżej mniejsze tabelki ze szczegółowymi wyliczeniami dotyczącymi już tylko tego konkretnego przykładu. Pierwsza z nich (Tab. 2.) pokazuje sumaryczne tygodniowe obciążenia dydaktyczne. Po lewej stronie są wymienione zajęcia i ich rodzaje, z zaznaczeniem nowych przedmiotów, wymagających odmiennego przygotowania. Ten efekt lepiej widoczny jest po prawej stronie, gdzie w kolumnie oznaczonej „potrz./1g.” oszacowano minimalną ilość czasu faktycznie potrzebną do solidnego przygotowania jednej godziny takich zajęć. Taka suma solidnej pracy daje ponad 100 godzin tygodniowo. Obcinając czas przygotowania o połowę, w trzeciej kolumnie „fakt./1g” uwidoczniony jest rzeczywisty czas pobieżnego przygotowania jednej godziny, który praktycznie i tak jest jeszcze dalej obcinany do fizycznie wykonalnego wymiaru, czyli do porcji ok. 50 godz./ tydz.

To powoduje jeszcze większą niestaranność i powierzchowność tej pracy, no ale co zrobić… Przecież trzeba jeszcze kiedyś spełnić – chociaż powierzchownie – wymagania badawcze, widoczne w kolejnej tabelce (Tab. 3.).

H:\Gospo Nie Wie\JakDydaZabiNau\Acc\Szczeg Obci Dyda.jpg
Tabela 2. Nauczanie i czas przygotowania

Ta następna tabelka (Tab. 3.) przedstawia najważniejsze (choć nie wszystkie) szczegóły doświadczalnej pracy badawczej z rozbiciem w kolumnach po lewej stronie na obciążenia w wymiarze tygodniowym, miesięcznym i semestralnym. Oczywiście można się łatwo targować np. o godziny spędzane nad bibliografią, można sobie wyobrazić dużo mniej czytania, na przykład o połowę, by w rezultacie mieć o połowę słabszą wiedzę fachową, być niedouczonym. Są tacy, którzy w ogóle nie czytają i tylko pozorują wiedzę, chętnie posiadują na posiedzeniach i często popisują się – ale raczej przed nie–fachowcami. Ja tu piszę tylko o tych rzetelnych naukowcach, którzy chcą się utrzymać w zawodzie na porównywalnym poziomie, jeżdżą na poważne konferencje międzynarodowe i w żadnej chwili nie mogą się wykazać ignorancją zawodową, tak jak rzetelny sportowiec nie pojedzie słabo przygotowany na międzynarodowe zawody, żeby nie ośmieszyć się przede wszystkim w środowisku, nie mówiąc o szerszej publiczności.

Każdy, kto pisze indeksowane publikacje naukowe, potwierdzi, że czas wskazany w Tabeli 3. na pisanie jest bardzo skromny, praktycznie może wystarczyć na przygotowanie szybkiego materiału konferencyjnego relacjonującego aktualne wyniki badań. Pisanie kolejnych, mozolnie ulepszanych wersji tak zwanych pełnowymiarowych artykułów naukowych (o objętości np. 6000 słów) i formatowanie tekstów i prezentacji danych do wymagań wybranych czasopism jest wielokrotnie dłuższy, dlatego jest ich mniej w dorobku.

Oczywiście tu ktoś zaraz rzuci przykłady znanych mu pracowników wyższych uczelni, często z tytułem profesora, którzy od 20 lat czytają wykłady z tych samych, pożółkłych już kartek i opowiadają te same teksty na studiach dziennych, zaocznych i jeszcze jak się da, to w jakiejś prywatnej pouczalni. Nawet przy częstych w tym kraju zmianach programów, syllabusów i nazw przedmiotów i tak ciągle mówią to samo. Takie pozorowane działania są znane i opisałem je szczegółowo w książce „Gospodarka nie–wiedzy”. Tutaj więc o pozorantach nie piszę, bo ci raczej nie prowadzą aktualnych badań naukowych i nie mieszczą się w żadnych przejrzystych kategoriach akademickiej oceny zawodowej.

H:\Gospo Nie Wie\JakDydaZabiNau\Acc\Szczeg Obci Bada.jpg
Tabela 3. Badania i czas pracy

Każdy, kto w tym rzemiośle rzetelnie praktykuje, czyli poprawnie przygotowuje zajęcia dydaktyczne, w tym wykłady autorskie z animowanymi prezentacjami PPS, ujmujące aktualny stan wiedzy w świecie, tworzy czy usprawnia ćwiczenia audytoryjne i laboratoryjne, ich instrukcje i materiały dla studentów, poprawia kolokwia i egzaminy, tworzy i pisze wnioski o granty, uczestniczy w badaniach i opracowaniu wyników, w dyskusjach ze współpracownikami, w konferencjach międzynarodowych, pisze kolejne wersje tekstów, publikuje w czasopismach indeksowanych, jest cytowany w skali międzynarodowej – może łatwo porównać wskazane tutaj dane oraz swoje własne obciążenia, dodać lub odjąć jakieś godziny.

Nie spodziewam się sensacyjnych różnic, natomiast raczej spodziewam się potwierdzenia, że ta niedawno wprowadzona i ciągle mizerna tzw. reforma nauki, nie zmniejszając radykalnie pensum dydaktycznego z obecnych 8 do 4 godzin tygodniowo – przynajmniej dla pracowników prowadzących projekty badawcze – w żaden sposób nie zbliża nas do normalnie funkcjonującego świata rozwiniętego, który rzekomo chcemy doganiać. Raczej zatrzymuje w czasie pozorowanym albo wręcz cofa w czasie rzeczywistym…

Ten tekst wraz z zawartymi w tabelach danymi jest uzupełnieniem i potwierdzeniem tez o konieczności transparentnej legislacji (i to nie tylko w nauce i szkolnictwie wyższym), zawartych w mojej książce „Gospodarka nie–wiedzy”, prezentowanej we wrześniu ubiegłego roku w „Studio Opinii”

Krzysztof Jan Konsztowicz: Gospodarka nie-wiedzy

Wielu ekonomistów uważa, że rozwój gospodarczy nie wiąże się bezpośrednio z wydatkami na naukę czy szkolnictwo wyższe. Trudno im odmówić racji, szczególnie w krótkich terminach i w warunkach ekstensywnego wzrostu, kiedy pułap wyjściowy nie jest zbyt wysoki. Ale – tu jest jedno ważne „ale” – kiedyś ten ekstensywny rozwój dochodzi do stanu nasycenia.

a także w innych publikacjach w tym szanownym portalu w poprzednich latach.

Krzysztof J. Konsztowicz

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com