Ernest Skalski: Gadki Trzech Króli

07.01.2021

To może być tylko wypadek przy pracy, potknięcie się na równej drodze, ale może też być początkiem zjazdu w dół. W każdym razie powinno to być pierwszym poważnym ostrzeżeniem dla Szymona Hołowni, bo o niego tu chodzi, o nagły, może jeszcze przejściowy, spadek — ponad pięć procent — jego notowań w sondażach, w których już zbliżał się do lidera opozycji, KO.

Photo by Alexas_Fotos on Pixabay

Lepper, Palikot, Petru, Kukiz, Zandberg, Biedroń, Kosiniak-Kamysz. Wszyscy oni podejmowali walkę ze złowrogim duopolem PO-PiS, wszyscy budzili zainteresowanie i uzyskiwali przejściowe poparcie, by kolejno trafiać na margines polityki. Czyżby tą drogą podążał teraz Hołownia? Rozsądny człowiek, przed podjęciem takiej próby, zastanowiłby się, dlaczego nie udawało się innym. Chyba że jego rozsądek zostałby przytłumiony przez egocentryzm, zadufanie, wiarę we własną wyjątkowość i nadzwyczajną charyzmę

I Dygresja o roli jednostki

Charyzmę przypisuje się teraz co drugiemu, ale gdy się jest dyktatorem, to opatrznościowym mężem stanu, przywódcą narodu, wodzem, zostaje się z urzędu, a żeby być nim naprawdę, to trzeba sobie na to zasłużyć w wyjątkowych, dramatycznych, czy zgoła tragicznych, okolicznościach. Przy czym często okoliczności są, a jednostka się nie pojawia.

Wiek XX. Głównym teatrem Pierwszej Wojny Światowej był front zachodni w Europie, a Francja, Niemcy, Anglia były głównymi rozgrywającymi i w żadnym z tych krajów nie pojawił się wódz czy polityk na miarę Nelsona, Napoleona czy Bismarcka. Natomiast w Polsce pojawił się Piłsudski, a Turcję uratował Kemal Pasza. Zaś w Rosji, jeśli mierzyć skalą dokonań, taką jednostką był Lenin. W kolejnej światowej wyjawili się Churchill i De Gaulle, który w kryzysie algierskim, ponownie ratował Francję. Wodzami narodów byli — cokolwiek by o nich sądzić — Hitler i Stalin.

Dlaczego w dramatycznych i tragicznych okolicznościach związanych z II WŚ, Polska nie miała takiej jednostki? Może Pan Bóg akurat nie raczył nikogo obdarzyć potrzebnymi właściwościami. Ale też nawet geniusz, w najstraszliwszych okolicznościach, musi się za coś zaczepić. Mieć jakieś pole do działania. W oknie politycznym, które koniec wielkiej wojny otworzył jesienią 1918 roku, znalazło się miejsce na podmiotowość Polski, którą w tym momencie żaden zaborca nie rządził. Piłsudski miał czym operować w podzielonym społeczeństwie, na wszystkich gorących granicach oraz w wielkiej polityce. W roku 1939 ościenne potencje okno to zatrzasnęły na równo pół wieku, do roku 1989. Żadna polska siła, żaden polski przywódca, nic nie było w stanie tego odwrócić. Musiało się dopiero kolejny raz otworzyć okno pogodowe dla Polski.

Chociaż… Tu fakt, o którym już nie będę oddzielnie pisał, a teraz, przy okazji, napomknę. Jakąś quasi podmiotowość uzyskaliśmy na kilka miesięcy w 1956 roku. Uzyskało ją społeczeństwo, popierając wówczas … Władysława Gomułkę, który na bardzo krótko okazał się przywódcą narodu. Tak, ten sam Gomułka, najważniejszy budowniczy powojennego reżimu, ograniczony satrapa, który skończył panowanie strzelaniem do strajkujących. Ale na krótko przedtem doprowadził do porozumienia z RFN, zaś w Październiku ’56 uchronił Polskę przed grożącą interwencją i zakończył stalinizm, szczytowy okres totalitaryzmu. Nie wszystko w historii jest proste i jednoznaczne.

Teraz może narażę się jeszcze bardziej niż przy Gomułce. Kolejnym i to nie okazyjnym, charyzmatycznym przywódcą był Lech Wałęsa w latach 1980 – 1989. Cokolwiek robił, cokolwiek z nim było, wcześniej i później, to w niczym nie zmienia faktu, że w tym historycznym okresie był uznawanym przez świat przywódcą narodu. Powiedzmy, że jego dwóch trzecich, które głosowały na Solidarność, ale tyle nigdy nie miał za sobą Piłsudski. Wałęsa dostąpił szczęścia, którym według Diogenesa, jest rządzenie wolnymi ludźmi. Widząc go i słuchając, gdy przemawiał do połączonych Izb Kongresu USA, pomyślałem, że go już nic wspanialszego w życiu nie spotka.

I rzeczywiście. Ale też Polska od tego czasu – zaryzykuję – nie potrzebuje takich przywódców, choć stale znajdują się politycy, którzy widzą się w takiej roli. Czyli jesteśmy w roku 2021, w trzeciej dekadzie XXI wieku.

W demokratycznym państwie, w którym jest raz lepiej, raz gorzej, ale z grubsza business as usual, nie ma zapotrzebowania na wodzów. Potrzebni są liderzy, kontrowersyjni politycy, którzy robią błędy, lecz rozumieją historię, czują sytuację i ją współtworzą, mając ku temu pewne talenty. Mieliśmy ich, gdy formowała się III RP. Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Krzysztof Skubiszewski, Krzysztof Kozłowski, no i Leszek Balcerowicz, ten przede wszystkim.

Główną osią ówczesnej polityki zdawał się wówczas podział na komuchów i solidaruchów. I tu i tam z przedrostkiem post. Gdy w roku 1993, na skutek gapiostwa i kłótliwości solidaruchów, postkomuniści wygrali wybory, okazało się, że są już partią demokratycznych i wolnorynkowych przeobrażeń. I wydawało się tak, że tak już będzie, jak w dojrzałych demokracjach. Dwie główne partie. Jedna od nieco wyższych świadczeń socjalnych, druga od nieco niższych podatków. Do roku 2005 operowano jednak szyldami post – post z roku 1989, choć one do rzeczywistości już zupełnie nie przystawały.

II Jedna Polska to mało

W końcu wojny zostaliśmy przymusowo przewekslowani w utopię, boczny nurt cywilizacji, prowadzący donikąd. Wróciwszy do głównego nurtu zostaliśmy poddani jego podstawowym, uniwersalnym regułom. W XX wieku wybitny angielski historiozof, Arnold Toynbee wywiódł je ze starożytnej Judei z czasów Heroda Wielkiego. Pokazał, że społeczności modernizujące się pod wpływem zewnętrznym – w Judei to był Rzym – dzielą się na dwa podstawowe odłamy; konserwatywny i modernistyczny. Przynależność do nich wyznacza wybory w polityce.

Jednym przemiany przynoszą korzyści, innym straty. Te materialne pobudzają do rewindykacji, sporu, konfliktu, ale też negocjacji i kompromisu. A przede wszystkim do wysiłku, aby się korzystnie uplasować w nowej sytuacji. Z godnością urażoną przez zmiany, z kulturowymi wartościami, kompromis jest bardzo trudny, często wręcz niemożliwy. Nie potrafi czy nie chce tego zrozumieć lewica. Dostrzega jedynie materialne krzywdy powodowane przez transformację, czy zgoła je wyszukuje, a nie zdaje sobie sprawy, że ona sama, swym wizerunkiem i hasłami, stwarza zagrożenie kulturowe. Zacietrzewia konserwatywną część społeczeństwa a modernistycznej przeszkadza, obciążając jej wizerunek swoim radykalizmem Dlatego im bardziej się lewica aktywizuje, tym bardziej utwierdza swoje miejsce na marginesie politycznym, poza głównymi nurtami.

Zatem arenę polityczną prawie w całości zajmują dwie siły, z grubsza odpowiadające stronom kardynalnego sporu. Czyli PO i PiS, obie z przyległościami. Nic to, że obie wywodzą się z Solidarności. Do tego Platforma, z głupoty i oportunizmu, ma na swoim rachunku dezubekizację, lustrację, IPN, apoteozę NSZ i żołnierzy wyklętych. Pomimo tego, nie jest to zmyłkowa gra w złego i dobrego policjanta. Konkurencyjne gangi? Cieplej, ale reprezentują odrębne grupy interesariuszy i interesów. I dlatego w nich odnajduje się większość wyborców.

Politykiem, który się w tym zorientował, czy też trafnie to wyczuł był Jarosław Kaczyński. Gdy w roku 2005 Włodzimierz Cimoszewicz wycofał się ze starań o prezydenturę, zabrakło poważnej postkomuny do dalszego zwalczania. Okazało się, że mamy mieć Polskę Solidarną i Polskę Liberalną. Tę pierwszą Kaczyński zastrzegł dla siebie.

Teraz warto sobie przypomnieć i wyciągnąć wnioski. Nie partie, nie ugrupowania, nie obozy, tylko dwie Polski. Czyli już nie ma być jednej Polski wszystkich Polaków. Te dwie stopniowo przestają być równorzędne i równoprawne. Nie wchodzi już zatem w rachubę, krzepiące „Jak Polak z Polakiem”, jeśli przy następnym podejściu PiS do władzy, jeden kraj to ludzie drugiego sortu.

Ta gorsza Polska, to pluralistyczna społeczność. Nie jest zborna, stanowią ją różne grupy różnych interesów, niekiedy rozbieżnych, niekiedy zgodnych. Do tego zmiennych. Ideowość tej społeczności jest raczej umiarkowana. O wartościach się dyskutuje bez zacietrzewienia. Zasady, na których opiera się demokratyczne państwo prawa są czymś oczywistym i można się nimi nie przejmować, co okaże się słabym punktem. Na takie rozbełtane zbiorowisko obrońcy starego porządku patrzą ze strachem i pogardą. Atakowani przez wrogi świat, muszą być zwarci, zdyscyplinowani, mieć wodza, któremu się ufa i którego się słucha. To pole, na które Kaczyński postawił.

Powyżej powiedziane to, rzecz jasna, tylko schemat i Jarosław Kaczyński musiał się napracować, żeby pogmatwaną rzeczywistość III RP przybliżyć do tego schematu.

W swojej politycznej biografii zaliczył był Porozumienie Centrum, partię, która miała być chadecka, nowoczesna, „amerykańska”. Czyli byłaby taką, która nie potrzebuje wodza, lecz lidera, w której się dyskutuje, również z liderem. Zmienny element stałej struktury demokratycznego państwa. To nie było to. Dopiero Prawo i Sprawiedliwość nie wpisuje się w te struktury. Jest dla swego szefa dyspozycyjnym narzędziem, którym te struktury zmienia, aby pasowały do państwa, które sobie wymyślił.

Z cywilizacyjnego podziału, który opisał Toynbee, wynika, że konserwatyzm jest naturalną częścią sporu o modernizację. Przebieg sporu jest stopniowalny, od rzeczowej dyskusji do wojny domowej. Kaczyński wie, że im będzie więcej wojny, tym bardziej będzie rządził. A wojna wymaga emocjonalnego zaangażowania. Jej cele nie mogą być miałkie. Stąd zmierza się stopniowo w kierunku wizji narodowców, a to katolickie państwo narodu polskiego. W praktyce to autorytarne państwo, które zaczynało być anachroniczne już w XIX wieku.

III Jak wyjść na swoje

Ci użytkownicy Studia Opinii, którzy pamiętają powojenny język władzy, rozumieją moją niechęć do słowa „reakcja”. Określałem więc to, czym zarządza prezes jako obóz konserwatywny, ale postaram się tego unikać, choćby ze względu na szlachetny konserwatyzm Aleksandra Halla. Lecz jeśli oderwać się od złowrogiej powojennej konotacji, to próba cofnięcia historii jest polityką reakcyjną.

Czy skazaną na niepowodzenie? Z historycznego punktu widzenia raczej tak. Ale historia, a i to czasem tylko, wymierza sprawiedliwość narodom i pokoleniom, a niekoniecznie swoim ofiarom. Pokazała też, że niesprawne, skompromitowane i prawie upadłe reżimy potrą długo funkcjonować, niekiedy przez stulecia. Ostatnio jednak toczy się szybko, co pozwala żywić nadzieję. Lecz na razie, Kaczyński, nawet mocno osłabiony w drugiej kadencji, pozostaje dla kręgu swych wyznawców wielkim przywódcą, charyzmatycznym mężem opatrznościowym. Razem z karierowiczami i oportunistami, którzy go popierają z kalkulacji, to mniejszość Polaków. I z tym zapleczem Kaczyński nadal sprawuje władzę. Ponieważ język się nam ostatnio zbrutalizował, więc przytoczę ludowe powiedzonko; można ch…m obalić dąb, jeśli jest on ch..y, a ch… dębowy. Aktualnie oba podmioty nie są dębowe. I do tego w ordynacji wyborczej obowiązuje przelicznik D’Hondta.

Od początków XX wieku, w praktyce politycznej ambitni politycy stosują metodę, której skuteczność pokazał Lenin. Jeszcze jako młody Ulianow, który w roku 1903 wyszedł z rosyjskiej socjaldemokracji z partią bolszewików (większościowców). Przy istotnej różnicy zdań — założył — zawsze warto dysponować swoją własną partią, licząc, że zaistnieją okoliczności, w której się wyjdzie na swoje. I wyszedł, vide; rok 1917. Tę zasadę, po ośmiu opozycyjnych latach, wykorzystał Kaczyński i stosują ją, na razie bez powodzenia, liderzy wszystkich sił politycznych. W obozie władzy Gowin wykorzystał swoje wątłe zaplecze w maju zeszłego roku i obecnie robi to Ziobro. Ten ostatni ze wzmożoną aktywnością, odkąd sondaże pokazały jego umiarkowaną szansę na samodzielne wejście do Sejmu.

Tak samo postępują liderzy demokratycznej opozycji, Hołownia I ci, którzy już się w Sejmie znajdują. Razem mogliby zdecydowanie wygrać ze Zjednoczoną Prawicą w roku 2015, w zeszłym roku i w wyborach, które nas oczekują. A nawet jeszcze przed wyborami, działając wspólnie i w porozumieniu, mogliby przy jakimś ważnym głosowaniu w obecnym Sejmie, doprowadzić do odłupania i przechwycenia części obozu władzy i do stworzenia przejściowego rządu technicznego. Bez Kaczyńskiego i Ziobry. Szanse na wygranie kolejnych wyborów wzrosłyby niepomiernie.

Taki krok mogłaby zaryzykować tylko zjednoczona opozycja, będąca poważną liczącą się siłą, która może wiarygodnie zaoferować coś w nowym tworzącym się układzie. Ale na stole leży oferta PSL. Proponuje Kaczyńskiemu, że może zastąpić Ziobrę w głosowaniach. Broń boże, nie wchodząc do Zjednoczonej Prawicy. W praktyce byłoby to faktyczne poparcie dla PiS za Bóg zapłać. Kaczyński oferować może rolę przystawki, z perspektywą spożycia kolejnej części mikrego elektoratu ludowców.

Kosiniak-Kamysz słusznie pozbył się Kukiza z czwórką jego posłów, bo dołożyli PiS swoje głosy do tych, które spowodowały odrzucenie wotum nieufności dla wicepremiera od bezpieki i wsparły rząd. Powiedzieć o Kukizie, że to wredna menda, to jeszcze nic nie powiedzieć. Grajek, po użyciu i nadużyciu, któremu zechciało się zostać politykiem, przy braku jakichkolwiek kwalifikacji i który znalazł grupę idiotów w elektoracie. Nawet inteligentów, którzy głupotę wzięli za świeżość w polityce, antidotum na duopol PO-PiS. Ci zasługują na najostrzejszą ocenę, a wyładowałem się na Kukizie.

IV Jak nie wygrać

Presja na jakąś formę jedności opozycji jest coraz silniejsza, więc jej liderzy poczuli, że muszą wreszcie zareagować. Dwudziestego dziewiątego listopada, we wsi Badów koło Mszczonowa odbyło się spotkanie działaczy KO i Lewicy, Szymona Hołowni, różnych ruchów, w tym OSK z Martą Lempart. Z PSL nie było nikogo.

Uznano tam, cytuję Jana Hartmanna: „…że pewna grupa posłów prawicy przejdzie do obozu demokratycznego, dzięki czemu możliwe będzie zdobycie większości w Sejmie oraz powstanie rządu tymczasowego. Przyszły rząd nie może jednak zostać wyłoniony spośród obecnych polityków partyjnych, bez zgody i udziału ruchów społecznych organizujących obecne protesty młodzieży i kobiet… Nie można bagatelizować różnic w poglądach i postawach politycznych wśród protestujących oraz rozbieżności ideowych pomiędzy organizacjami społecznymi, niemniej wszystkich łączą sprawy podstawowe, jak prawa człowieka, praworządność, prawa kobiet i świeckość państwa.”

Obserwując nastroje w ruchach protestu, jakoś trudno sobie wyobrazić polityków, których by te ruchy zaakceptowały w rządzie. Nawet polityków z opozycji, a co dopiero tych z ław rządowych.

W ostatnich wyborach w Polsce głosowało ponad dwadzieścia milionów. W sytuacji napięcia politycznego nie powinno ich być mniej w kolejnych. Żeby je wygrać, w warunkach poznanej już opresji przedwyborczej, trzeba mieć poparcie ponad dziesięciu milionów.

Jakaś ich część będzie głosowała na zasadzie; wszystko byle nie PiS. Wszyscy są za praworządnością i prawami człowieka, lecz dla większości to tylko słuszne ogólniki. Prawa kobiet? Jest zdecydowany masowy protest przeciw praktycznie całkowitemu zakazowi aborcji. Ale aborcja na żądanie? Tu zdania są podzielone. Jakieś inne prawa kobiet? Kwoty, parytety?

Dalej. Świeckość państwa? Większość katolików nie jest żarliwej wiary, w dużym stopniu jest nawet antyklerykalna, ale Kościół i wszystko, co się z nim wiąże to obyczaj, kultura, w której wyrastali. Ten postulat jakaś część wyborców odczuje jak zamach na ich tożsamość. A innym nie będzie się chciało transportować dzieci na lekcje religii na plebaniach.

Sondaże nie powiedzą jak liczne grupy zagłosują na te czy inne postulaty. Najskuteczniejszy bywa więc prosty hasłowy przekaz, w którym wielu będzie widziało to, co zechcą zobaczyć i w którym będzie jak najmniej elementów, które mogą ich zrazić. Klasyka to leninowskie „Ziemia i pokój”, w znękanym wojną kraju chłopów. Ale i bardzo ogólna „Dobra zmiana” PiS także odgrywa swoją rolę.

W całej zjednoczonej opozycji prawie każdy zobaczyłby coś swojego i przymknął oczy na to, co mu nie odpowiada. Do tego naród wierzy, że zgoda buduje. Lecz podstawowy warunek sukcesu to przekonanie większości, że za danym przekazem stoi siła, że wyraża ona przekonania większości, w której na ogół większość chciałaby się znajdować.

Ale… „…nie planujemy żadnych koalicji, sojuszy, zlewania się z ugrupowaniami”. – mówi w „Super Expressie” – Hołownia. Mówi natomiast, że do wybranej z listy Lewicy posłanki, która do niego przeszła musi dobrać jeszcze dwójkę, żeby mieć w Sejmie koło. Skąd ich przekabaci, bo przecież nie z PiS? A w „Rzeczpospolitej” Piotr Zgorzelski z PSL, wicemarszałek Sejmu, dobitnie uzasadnia takie postępowanie: „Pytanie, czemu opozycja się nie jednoczy, jest po prostu naiwne. Nie jednoczy się, bo nie ma takiego interesu”. Wynikałoby z tego, że interesy Polski i opozycji nie pokrywają się ze sobą.

Dla partyjnego polityka jego partia to przede wszystkim jego miejsce pracy. Dba więc o jego zachowanie i o swoją w nim pozycję. Podzielona opozycja być może  łącznie zbierze więcej głosów niż zebrałaby zjednoczona, ale praktykowaliśmy to w latach 2015 i 2019 i może się to powtórzyć w kolejnych wyborach, ad maiorem gloriam PiS. Również, jeśli opozycja wystąpi w dwóch blokach, lansowanych już od dłuższego czasu. Jakie by to były bloki?

Hołownia, bez struktury, pieniędzy, wątpliwe, żeby do spółki ze szczątkowym elektoratem PSL, które już się sprzedaje Kaczyńskiemu.

KO z częścią lewicy – z całą raczej nie – która odstraszy od koalicji więcej wyborców niż przyciągnie. Trudno liczyć na to, że koalicja uzyska większe poparcie niż ma teraz w sondażach.

PiS i tak dostanie dużo więcej głosów niż każdy z tych bloków i dostanie największą dokładkę dzięki przelicznikowi D’Hondta. I komu prezydent Duda zleci sformowanie rządu?

Istnieje bardzo nikłe prawdopodobieństwo, że te bloki łącznie będą mieć tyle mandatów – mandatów, a nie głosów – by stworzyć większościową koalicję i rząd. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że jeśli nawet powstanie taka — teoretycznie możliwa — okoliczność, to Hołownia zastanowi się, czy woli być mniejszościowym członkiem tej koalicji, czy nadal stać na czele własnej opozycyjnej partii.

Czy może on zmienić swoje obecne stanowisko? Może, ale nie musi. I na takim łańcuchu jednych po drugich – a każde wątpliwe – wydarzeń opiera się szansa na odsunięcie od władzy PiS. A byłoby ono prawie pewne, gdyby się ta opozycja zjednoczyła, do jasnej cholery!

Ernest Kajetan Skalski

(ur. 18 stycznia 1935 w Warszawie) – dziennikarz i publicysta,
z wykształcenia historyk.

Print Friendly, PDF & Email

20 komentarzy

  1. Musz 07.01.2021
  2. slawek 08.01.2021
    • Ernest Skalski 08.01.2021
      • Musz 08.01.2021
      • slawek 08.01.2021
        • Ernest Skalski 08.01.2021
        • slawek 08.01.2021
  3. PIRS 08.01.2021
    • Yac Min 08.01.2021
  4. z.szczypinski@chello.pl 08.01.2021
    • Mr E 08.01.2021
      • Yac Min 08.01.2021
  5. PIRS 08.01.2021
  6. Andrzej Goryński 08.01.2021
  7. J.K.Niegłowicz 08.01.2021
    • Lalka Andrzejewska 20.01.2021
  8. PK 08.01.2021
  9. jure g 08.01.2021
  10. atargows 10.01.2021
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com