Dopiero po długich latach, kiedy Pużak już nie żył, odkryłem, co to znaczyło: Korzon najwięcej uwagi i miejsca poświęcił republikom – ateńskiej i rzymskiej, czyli naszym ustrojowym, ideowym początkom. Czasy późniejsze, świat hellenistyczny, potem dzieje cesarstwa rzymskiego, Korzon potraktował jako niemal zbędne uzupełnienie. Egzemplarz, otrzymany od pana Kazimierza, spalił się potem, jak wszystko, w Powstaniu Warszawskim. Ale opinię jednego z bohaterów narodowych zapamiętałem. Dzięki niemu znajdowałem potem tyle ciągłości między myślą starożytnych Greków i ich kłopotami z demokracją a naszymi pojęciami i przygodami politycznymi. Była to nieraz ciągłość tak bezpośrednia, że greckie fakty i słowa robiły wrażenie faktów i słów z naszej rzeczywistości, i to z poprzedniego dnia. Tukidydes w swym pojmowaniu świata i trybie rozumowania okazał się naszym współczesnym. Wszystko rozumiał. Jeśli nie rozumiał, to może nie chciał zrozumieć. Jeśli czegoś nie wiedział, to może nie chciał wiedzieć.
Sama starożytność, w której spędziłem już dość długie lata, szukając pierwocin naszej cywilizacji pieniężnej, wcale mi się atrakcjami poczucia sprawiedliwości nie narzucała. Wręcz przeciwnie. Trzy powieści-eseje Jacka Bocheńskiego, „Boski Juliusz”, „Nazo poeta” i „Tyberiusz Cezar”, smakowałem po wiele razy. Proza Bocheńskiego urzeka inteligencją, ironią i sarkazmem ponadczasowych analogii. Także językiem – jak odpychała mnie dawniej epoka rozkładu republiki rzymskiej, którą to epokę autor obrał za tworzywo. Dlatego sięgnąłem i po jego szkice „Antyk po antyku”, komentujące te dzieła. Odsłoniły mi one jednak pewien z pozoru marginesowy aspekt zainteresowania starożytnością. Otóż Bocheńskiego uderzyła rozbieżność współczesnych i antycznych znaczeń nawet już samych słów, swoista, rzekłbym, odległość między nimi. Poczynając od najprostszych – nasz „stół” na wysokich nogach nie jest grecko-rzymskim, nisko osadzonym na krótkich nóżkach blatem, rozumiemy więc przez „stół” co innego niż oni; nie „zasiadali” do niego, a kładli się przy nim – na łożach, które służyły także do snu. Nie ma więc pewności, czy aby wielu innym słowom nie przypisujemy odmiennej treści, czyli, że ciągłość między grecko-rzymską starożytnością a nami, nawet mentalna, może być wątpliwa. Oto inny prosty przykład: starożytni Grecy nie znali kotów jako zwierząt łownych przeciw myszom; do walki z myszami trzymało się… łasice. Co jednak nie przeszkadza, że powieści Jacka Bocheńskiego o epoce Cezara, Augusta i Tyberiusza są, jak się rzekło, świetnymi powieściami o naszym świecie – mimo różnic w wysokości stołu.
Zetknąłem się z tą rozbieżnością przed laty w pewnej niedużej książeczce. Był to właściwie dłuższy szkic, z roku 1896, drukowany potem w Anglii i USA przez kilkadziesiąt lat w niezliczonej liczbie wznowień. Tytuł? The Greek view of life, „Grecki pogląd na życie”. Wyszło to już po wspaniałej Złotej gałęzi wielkiego Jamesa George’a Frazera, tej istnej powieści etnografii i antropologii (Warszawa 1996, wyd. 6, tłum. Henryk Krzeczkowski), a bezpośrednio po innym dziele Frazera, Ustępach z Biblii wybranych ze względu na ich piękność i walory literackie, które ten głęboko wierzący prezbiterianin opublikował w roku 1895. Owym „Greckim poglądem na życie” wyraźnie polemizował z Frazerem brytyjski publicysta i niedoceniony historyk, trochę uczony religioznawca, trochę dyletant, długoletni, wielkiego umysłu, wykładowca nauk politycznych w Cambridge, zapomniany dziś Galsworthy Lowes Dickinson. Nie uchował się jako autorytet, ale nauczył mnie tym szkicem więcej, niż dziesiątki erudycyjnych prac. Nie wierzył, wbrew Frazerowi i ewolucjonistom, że kultura ludzka wszędzie ewoluuje wedle tych samych schematów. Zaczął swój szkic nie przypadkowo rozdziałem o „greckim poglądzie na religię” – i słusznie, bo w pojęciu obiegowym zaczytywana w tysiącach egzemplarzy mitologia grecka to więcej niż religia Greków, to sama starożytna Grecja. Dickinson eksponował inność jej ustroju pojęć i wyobrażeń religijnych w porównaniu z naszym:
Podejmując temat religii Greków, trzeba odrzucić cały zbiór skojarzeń, które w sposób naturalny jesteśmy skłonni wiązać z tym słowem. To, co zwykle mamy na myśli, mówiąc o religii, jest skończonym zbiorem doktryn, mniej lub bardziej metafizycznego charakteru, formułowanych jako wiara, i wspieranych przez organizację odrębną wobec państwa. Tymczasem na początek musimy sobie uświadomić, że w religii Greków nie ma niczego w tym rodzaju. Nie było tam Kościoła, nie było wiary, nie było jej artykułów. Byli kapłani, ale byli po prostu publicznymi urzędnikami, powołanymi do wykonywania pewnych religijnych ceremonii. Nie odróżniano ich, jak wiemy, od ludzi świeckich; nie było przedziału między poezją i dogmatem; i czymkolwiek byłaby religia Greków, jedno jest w każdym razie jasne, że było to coś bardzo różnego od wszystkiego, co mamy w zwyczaju kojarzyć z tym słowem.
Zarazem dodawał Dickinson dziesięć stron dalej –
Religia była czymś tak zasadniczym dla państwa, tak związana z całą jego strukturą, w ogólności i w szczegółach, że wszelka koncepcja separowania od siebie tych sił była niemożliwa […], ponieważ państwo w jednym ze swych aspektów było samo przez się Kościołem i wywodziło swe sankcje, jako całość i w swoich częściach, od tych samych bogów, którzy kontrolowali świat fizyczny.
(G. Lowes Dickinson, The Greek view of life, London 1941, s. 1, 11).
