Stefan Bratkowski: Wstyd i sprawiedliwość28 min czytania

()

Owe doznania wojenne wynikały z zaprzeczenia wszelkiej sprawiedliwości. Mordercy wyrzekali się jej, odtrącali ją, nawet jako pozorowaną ambicję. Opinie obu wielkich umysłów zrodziły się z refleksji „powojennej”, z tragicznych doznań ludzkości w epoce hitleryzmu, jeszcze przed odkryciem okrucieństw stalinizmu. Wszelako mimo tych opinii nie „wszystkie pojęcia myślowe zachwiały się lub załamały”. Sam Braudel pozostał im wierny. Ludzie nadal ryzykowali dla nich swój byt lub i życie, jak też pracowali, z zapałem i poświęceniem, nad ich odbudową.

Rozmawialiśmy o tym ostatnimi czasy, to znaczy – dziesięć lat temu, z moim nieżyjącym dziś przyjacielem, który zginął w katastrofie smoleńskiej, Januszem Kochanowskim, znakomitym prawnikiem, twórcą nieocenionej serii wydawniczej Ius et lex. Rozmawialiśmy o przemianach losu, jakim podlegało poczucie sprawiedliwości, o jego sukcesach i o czasach jego zaniku. Tak rozmowa zeszła na greckie początki – chociaż, a może właśnie dlatego, że tradycja prawa swój spadek po starożytności wiąże przede wszystkim, a czasem jedynie, z cywilizacją i kulturą Rzymu, zaś w dziejach Grecji sprawiedliwość jako temat ukazuje się na pierwszym planie rzadko, albo i wcale. Pytanie, dlaczego. W pewnym momencie Janusz zasugerował mi, prawnikowi ze studiów i wielu publikacji, historykowi z zainteresowań, bym na jego użytek jako wydawcy spróbował — odszukać pierwotne źródła myśli prawnej. Chodziło, bombastycznie to ujmując, o początki poczucia sprawiedliwości jako kategorii fundamentalnej dla naszego kulturowego dziedzictwa, właściwie zaś — o narodziny poczucia sprawiedliwości. Żeby odszukać, skąd się wzięło i jak się układały początki idei rzekomo Grekom niepotrzebnej. Nic więcej. Choć z góry zakładaliśmy, że to wcale nie będzie łatwe. Pokłady historiograficznego pyłu przekryły pole wykopalisk, w których archeolodzy odkryli parę zniszczonych cywilizacji.

Nie przypuszczałem, że sprawiedliwością w powiązaniu z grecką mitologią zajmie się po latach znakomita prawniczka, pierwsza rzeczniczka praw obywatelskich, Ewa Łętowska – i oprze na mitach jako pretekście swoje rozważania o sprawiedliwości. Proszę traktować moje szkice jako prolegomena do Jej rozważań. Moje rozważania będą opiewały świat, w którym sprawiedliwość bywała w rzeczywistości fenomenem o tyle cennym, o ile rzadkim. Świat, w którym, swoją drogą, nawet sama natura dopuszczała się morderczych niesprawiedliwości, unicestwiając wspaniałe cywilizacje. A cywilizacje umierają i, niestety, nie zawsze zmartwychwstają, nawet, jako inne. Przypadki takie jak odrodzenie Niemiec po hitleryzmie i Europy Środkowej po „demokracjach ludowych” są dosyć wyjątkowe. My tu będziemy zajmowali się i epokami, w których sprawiedliwości po prostu nie znano, nawet już tylko jako ambicji, lub gdy sprawiedliwość rozpoznana jako dobro, schodziła dalej niż w cień, bądź też, nie wygodna, wręcz zapadała się w społeczną nieświadomość. Każda zaś idea, każdy ideał, na równi z ludźmi, jak się rzekło, doznają przygód, zwycięstw i klęsk, mogą też zejść, podobnie jak ludzie, w stan niezrozumienia. A może się i okazać, jak w naszych czasach, że były ideami, danemu społeczeństwu czy systemowi niepotrzebnymi.

Zacznę ab ovo. Studiowałem prawo u najlepszych profesorów dwóch uniwersytetów, Jana Kazimierza ze Lwowa i Jagiellońskiego, skupionych po roku 1945 w Krakowie. Ale od pierwszych lat mego własnego samodzielnego myślenia początkiem wszystkiego dla mnie była – starożytna Grecja. Miałem 9 lat, byłem już po zapomnianych Herojach Kingsleya, po Mitologii Parandowskiego, kiedy w skrzyniach starodruków po ojcu trafiłem na – Plutarcha, wydanie z końca XVIII wieku, chyba z 1797 r., w tłumaczeniu Krasickiego, w ówczesnej ortografii. Mimo niej syciłem się tą lekturą jak frymuśnym przysmakiem! Mniej – otrzymaną w prezencie biografią Horacego, którego zbrzydziła mi jego ucieczka spod Filippi… Niedługo potem zawieziono mnie, dziewięcioletniego, na Grochów, żebym z okien czwartego piętra Muranowskiej 6 nie oglądał finału rozprawy z gettem. Umieszczono mnie u pani Jańczakowej, w domu jej ojca, samego Kazimierza Pużaka, wielkiego przywódcy podziemnej wtedy PPS, na warszawskim Grochowie. Tam wyciągnąłem z półki jego przebogatej biblioteki i zaczytywałem się Historią starożytną Tadeusza Korzona, pamiętam – w czarnej płóciennej oprawie. Pewnego dnia zjawił się w domu sam pan Kazimierz (najwidoczniej gestapo nie obserwowało domu, albo nie wpadło nikomu z nich do głowy, że poszukiwany konspirator, nawet przebrany za garbatego staruszka i ucharakteryzowany, może tak ryzykować). Zobaczył, co czytam, wzruszyły go zainteresowania małego chłopca i dostałem odeń tego Korzona w prezencie, z uwagą – „pamiętaj, Stefanku, że to są początki historii Polski…”.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.