Wiedziałem, że Dickinson poniektórymi uogólnieniami zdecydowanie przesadza. Pomija bowiem wcześniejszy stan greckich umysłów, a mylić obraz mogli najpoważniejsi uczeni! Jak wyobrażali sobie tamten świat, zilustruję cytatem z niezastąpionej do dziś, wznawianej od 1931 roku co kilka lat, Historii filozofii przemądrego prof. Władysława Tatarkiewicza:
Pewne rysy pierwotnej religii Greków z doby jeszcze przedfilozoficznej wskazują na to, że powstała z poczucia niemocy i z potrzeby pomocy. W otaczających zjawiskach, które były niezrozumiałe, a przeto zdawały się tajemnicze i groźne, dawni Grecy widzieli potęgi wyższe od człowieka, wobec których jest on bezsilny i bezradny; niebo było im potęgą i ziemia była potęgą; były bóstwami, niebo było Zeusem, ziemia była Tetydą.
Nie byli ani bezsilni, ani bezradni. To bogowie byli bezradni wobec przypisywanych im win i bezeceństw. Zwielokrotniali się wprawdzie z niemal każdą zamieszkałą doliną, co naturalne — korzenie greckich wierzeń tkwiły w przebogatej barwności animizmu. Wydaje się niedocieczone, dlaczego tyle się tych bóstw namnożyło, gdy każdą rzekę, każde źródło, drzewo, strumień, nawet grotę, łąkę i każde obsiane pole przebóstwiano, wiązano z jakimś bóstwem, z jakąś nimfą, córką Zeusa, śmiertelną niby, ale wiecznie młodą, czasem zaś i nieśmiertelną. Duszę miał rydwan i duszę miała jaskółka. Tak wielki umysł, jak Arystoteles w szczytowej fazie rozwoju filozofii będzie rozróżniał duszę roślinną, niezdolną do postrzegania, duszę zwierzęcą, ze zdolnością uczuć i popędów, obok duszy wyższej, myślącej, duszy człowieka. I to Arystoteles, dla którego nie było innych dóbr niż realne!
Ale też nimfy były nierzeczywistością pełną uroku. Nereidy, piękne dziewczęta, nimfy mórz, kiedy już Grecy wrócą na morza, będą w ich toni wodnej ulatywały na grzbietach delfinów, pięćdziesiąt do stu, nikt ich nigdy zresztą w starożytnej Grecji nie zliczył, pomagały żeglarzom, wszędzie, na wszelkich głębinach, bo przecież Posejdon, bóg mórz, wody i trzęsień ziemi, mało sympatyczny sprawca wielu nieszczęść, nie mógł się zajmować wszystkim. Ani on, ani trytony, ci pomniejsi bogowie morscy, półryby, dmący w muszle. Nimfy dopuszczano do obrad z bogami na Olimpie, kiedy już Achajowie bogów tam wznieśli (bo wcale nie od razu). Ci bogowie, co łatwo zrozumieć, różnili się między sobą, rodzili się i przemijali, zachodzili na siebie kompetencjami, a ich rządy nad fizycznym światem nie sięgały wszechwładzy Boga chrześcijan i Żydów, który, co najwyżej nieobecny przy wielkich grzechach ludzkości, zezwalał na nie – jak to dziś dowodzą niektórzy chrześcijańscy i żydowscy teolodzy.
Świat helleński rzadko się swoim bogom podporządkowywał, anektował za to innych bogów. Mamy pewnego, bezcennego w tej mierze informatora. Post factum to prawda, z odległości czasowej ponad dwóch tysięcy lat, ale dającego do myślenia. W II wieku naszej ery grecki „turysta”, Pauzaniasz, w swym Przewodniku po Helladzie, określanym jako periegeza, przewodnik turystyczny, zapisywał z niezwykłą skrupulatnością wszystko, co spotkał i zobaczył. Ta Wędrówka po Helladzie ukazała nieprawdopodobne bogactwo minionych rozmaitych kultów, w sporej części zamarłych, ale otoczonych legendami, z kilkoma czasem przetrwałymi, uświęconymi posągami w jednej, choćby małej miejscowości (Wędrówka po Helladzie. W świątyni i w micie, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1973, tłum. Janina Niemirska-Pliszczyńska). To Dickinson rozumiał grecką starożytność. „Świat, kontrolowany przez tłum kapryśnych bóstw, dygoczących ludzkimi pasjami i pragnieniami, nie do pogodzenia z jakimiś ustalonymi prawami” (Dickinson, s. 19), otóż ten świat nie znał pojęć takich jak sumienie i prawa boskie. W stosunkach między bóstwami a ludźmi nie przestrzegano zasad potępienia grzechu i równoważenia go pokutą, lecz zasady wymiany świadczeń – człowiek składał danemu bogu czy bogini ofiarę i oczekiwał rewanżu za nią… To bardzo ważne. Taka będzie i podstawa sprawiedliwości. Albo też współżyli śmiertelnicy ze swymi lokalnymi, oswojonymi, bliskimi sobie bóstwami jak domownikami, wymieniając je w chwili złości na inne lub dla fantazji dobierając nowe. Alkifron w II w. n.e. parodiuje taką sytuację w jednym ze swych Listów wieśniaków. Oto mąż z pretensjami do żony, która zaniedbuje dzieci i gospodarstwo, a maluje się jak panie z miasta – „Odeszłaś od Pana i Nimf, które kiedyś nazywałaś Epimelidami, Driadami, Najadami, a nasprowadzałaś nam tu nowych bogów do tej masy bóstw, jakich już mieliśmy. (…) Nasłuchałem się i innych nazw bogów, ale tyle tego jest, że wyleciały mi z głowy” (cyt. za Lidia Winniczuk, Słowo jest cieniem czynu, Wwa 1972, s.113). Epimelidy opiekowały się trzodami, Driady były nimfami drzew, każde drzewo miało swoją, a Najady znów to wdzięczne nimfy strumieni i źródeł. Można było nie mieć ich za ważne, ale na pewno byłoby nierozsądne im się narazić czy też ściągnąć na siebie ich nieprzyjaźń. Zwłaszcza że w razie konfliktu mogłyby się wmieszać inne nimfy i jacyś potężniejsi bogowie!
