Stefan Bratkowski: Wstyd i sprawiedliwość (2)27 min czytania

()

Odkrył ją pewien bystry Anglik, który oczywiście, jak to dzisiaj przyjęte w humanistyce, nie czytał tych, co dostrzegli to wcześniej. Gdyby zaś ci naprawdę wybitni, amerykańscy filozofowie prawa – Rawls i Lyons — czytywali Paideę Wernera Jaegera, który pracował i wykładał przez 25 lat w Stanach Zjednoczonych, gdyby czytywali jego starszych kolegów i nauczycieli, Ulricha von Wilamowitza-Moellendorffa czy Tadeusza Zielińskiego, publikującego po niemiecku i francusku, początki filozofii prawa i dzieje poczucia sprawiedliwości w ich ujęciu prezentowałyby się chyba nieco inaczej.

Nie chcę, broń Boże, twierdzić, że wyżej wspomniani, a pomijani znawcy starożytności, jak Wilamowitz, Zieliński i Jaeger, wskazali jedyne czy choćby tylko najwłaściwsze drogi do zrozumienia problemu. Jaeger, zafascynowany totalizmem Platona, opuścił Niemcy, nie mogąc się pogodzić z totalizmem hitlerowskim. Badacz, jak oni wszyscy, niesłychanej erudycji, a rozkochany w antyku greckim, nad miarę absolutyzował swe interpretacje, czasem i nad miarę dowolne. Prof. Marian Plezia widział w nich wpływ Wilamowitza, o którym z kolei przytoczył nie pozbawioną humoru opinię Tadeusza Sinki, że „uważał się za równie dobrego szlachcica jak PindarPlaton” – co dowcipnie charakteryzuje podejście do problemu. Najwięcej zaufania żywić można do Tadeusza Zielińskiego. Jego umysłu nie kaziła żadna ideologia ani snobizm dobrego urodzenia. Kierował się poczuciem przyzwoitości i zdrowym rozsądkiem. Jednakże – dobrze jest ich wszystkich czytać. Jak też ich dzisiejszych następców. No i po prostu — samego Arystotelesa. Nie dla erudycji. Po to, żeby rozumieć samych siebie i własne, dzisiejsze poczucie sprawiedliwości. Dosyć różne treścią od Arystotelesa. Nie dlatego, że sprzeczne z jego definicjami. Dlatego, że inne. Po prostu na inny temat.

Nie wiem dzisiaj, czy w tym przypadku można w ogóle mówić o jakimś pierwotnym sensie sprawiedliwości i zastanawiać się, czy Arystoteles go zniekształcił. Z pewnością obojętny był jego pojęciu sprawiedliwości — przykładowo — rozdział dóbr czy też wolności, której sam odmawiał niewolnym. Jeśli już, to jego sprawiedliwość „w znaczeniu ogólnym”, gdyby taka naprawdę istniała w jego twórczości, oparta nie na przesłankach naturalnych, lecz na prawie, dotyczyłaby wszelkiego postępowania przynajmniej ludzi wolnych. Musiałaby w życiu publicznym, jak to wyznawał Sokrates, zawierać poszanowanie obowiązującego prawa — jakby na przekór, więcej, w zupełnej sprzeczności z poglądami sofistów poprzednich pokoleń, którzy relatywizowali stosunek do państwa i jego prawa. Traktowali państwo i prawo jako rzecz wyboru w danej sytuacji. Arystoteles odrzucał skrajny nihilizm sofistów takich jak Kalikles czy Trazymach. Ale i dla niego sprawiedliwość nie obejmowała, nie obowiązywała wobec połowy ludzkości, czyli płci żeńskiej: „kobieta jest mniej wartościowa od mężczyzny” (j.w., s. 53). Arystotelesa „proporcjonalność” między porównywanymi wartościami oznacza, że „nie jest słuszne, aby ktoś, kto wybił drugiemu oko, doznał jedynie tego samego” (s.52). Rozbieżności między naszym pojęciami a ich, starożytnych, czasem tych najwybitniejszych, są – tu zgoda z Dickinsonem i Bocheńskim! – większe, niż się przypuszcza: Platon przyznawał kobiecie równe zdolności, ale, co się okaże, miał za złe swojej, tak cenionej przezeń Sparcie zbyt wiele swobody kobiet!

Arystotelesowska sprawiedliwość – dlaczego miałaby być komutatywna, przemienna? Raczej — wyrównawcza. Wiodła do wniosku, że „sprawiedliwość musi być pewnego rodzaju umiarem pomiędzy nadmiarem i niedostatkiem; pomiędzy tym, czego dużo i czego mało” (s. 50). Aliści pojęcia, które znajdujemy u tego mędrca, z kultem „środka” między skrajnościami, nie mają nic wspólnego z naszym rozumieniem sprawiedliwości i prawa: „odwet jest również sprawiedliwością proporcjonalną. Albowiem jaki stosunek zachodzi pomiędzy niewolnikiem i człowiekiem wolnym ze względu na jego większą wartość, taki stosunek zachodzi pomiędzy aktem odwetu i doznaną krzywdą” (s.52). Jeśli odwet ma przewyższać skalą doznaną krzywdę, jak człowiek wolny ma przewyższać wartością niewolnika, żywić można zasadnicze wątpliwości co do proporcjonalności tych obu porównań… Nadawanie Arystotelesowi wartości intelektualnej, większej niż historyczna, to doprawdy nieporozumienie. Trudno tu w ogóle dostrzec jakąkolwiek sprawiedliwość!

Arystoteles postuluje równą wartość wymienianych dóbr, jakby uczył się z naszej Encyklopedii prawa (s. 972). To go zaprowadziło prostą drogą logiki do czystego marksizmu, do potępienia kredytu oprocentowanego i zysku handlowego. Dla cywilizacji handlowej, w tym przypadku greckiej, było to absurdalne. Tyle że poglądu Arystotelesa nie zlekceważą w antycznym Rzymie intelektualiści i nawet przywódcy polityczni. Czy z szacunku dla autorytetu? Nie sądzę. Z pewnego myślowego odruchu — jeśli takie odruchy w nauce istnieją. Państwo i kulturę Rzymian zrodził podbój. Rzym dziedziczył po swych paruset latach wojen swoją wojenną mentalność i nawet jego wybitne umysły miały dość blade pojęcie o handlu. Podczas gdy istotę sprawiedliwości ludy starożytnej Grecji, ludy handlu, zaczerpnęły najpewniej z niego właśnie. Każda transakcja wymagała ustalenia, jak się mają do siebie wartością przedmioty wymiany. Dla sprawiedliwości wymieniane dobra powinny być równe sobie wartością. Tym samym odszkodowanie ma być proporcjonalne do skali wyrządzonej krzywdy. Tak samo liczyć można, że gest bóstwa będzie równoważny do złożonej mu ofiary. Pytanie, jak wtedy godzono tę sprawiedliwość z relacją między podażą i popytem?

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.