Stefan Bratkowski: Wstyd i sprawiedliwość (5)34 min czytania

()

Zdaniem prof. Press rezultaty badań kreteńskich „wykazały, jak ważną rolę w rozwoju kultury europejskiej odegrali mieszkańcy dawnej Krety” (L.Press, Życie codzienne… s. 17). Nie ze wszystkim podzielam ten entuzjazm. Europa przejęła z Krety wedle mego domysłu chyba jedynie to poczucie sprawiedliwości w handlu. Kreta obdarzyła Grecję, ojczyznę naszej cywilizacji, Minosem – uosobieniem sprawiedliwości, a handlem morskim uczyła ją, że przyzwoitość może się opłacać.

Minos dla późniejszych Greków był synem Europy, córki króla Tyru. Po tym fenickim „królu Tyru” można by określić przypuszczalną epokę handlu morskiego, w której żył domniemany konkretny Minos. Działał, jak próbowałem wyliczyć, nie w zamierzchłych czasach kreteńskiej potęgi i panowania Knossos, ale już po jego upadku. Działał, jeśli sensownie dedukuję, w świecie morskim, zdominowanym przez Fenicjan, czyli właśnie co najmniej w XIII, XII wieku p.n.e. Gdyby tak naprawdę było, pewnie dzięki temu Grecy mogliby trwale umieścić go w swej pamięci. To Fenicjanie przypisali ojcostwo Minosa kreteńskiemu (!) w ich pojęciu bogowi Zeusowi, który porwał ich królewnę, przypomnę, jako byk. Znamienne tu jest samo kreteńskie wedle Fenicjan (!) pochodzenie Zeusa, boga burz i wichury, późniejszego najwyższego boga Greków, pilnującego sprawiedliwości, jak równie znamienne pochodzenie Minosa, też z Krety!

Po koszmarze tragicznego unicestwienia Krety mieli Grecy rywalizować na morzach z Fenicjanami. Nic tu pewnego, a nawet raczej wątpliwości. Jak już tu pisałem, prawdopodobnie katastrofa kreteńska z uderzeniem ówczesnego tsunami odstraszyła Greków na parę wieków od pływania i zrobiła żeglugę ich tabu. Najwyraźniej Posejdon potępił takie próby. No i chyba Zeus też ich nie polubił.

Kolejne historyczne sprostowanie: Kreta, nim padła ofiarą gniewu Posejdona, trzęsącego ziemią, rywalizowała w handlu z Fenicjanami już w pierwszej połowie drugiego tysiąclecia p.n.e. Nie jest prawdą, że Fenicjanie pływali dopiero od XIII wieku p.n.e. i urośli w potęgę dopiero po upadku Krety. W XIII, XII wieku osiągnęli może apogeum, szczyty swoich wpływów. Bo słowo „Fenicjanin”, feneh, znajdujemy, co wiemy z dzieła Daumasa, w napisach egipskich z połowy III tysiąclecia p.n.e.! Tyle że w XV wieku p.n.e. potężny egipski faraon XVIII dynastii, Totmes (Thutmosis) III, zdobył fenickie miasta portowe, zajął też na swój użytek ich wiosłowe statki i okręty bojowe, od nazwy wiosłowych okrętów fenickich mamy we wszystkich językach europejskich słowo galera! Wcześniej te fenickie wpływy i wzory kształtowały kulturę handlu Krety. Na tych wzorach edukowali się potem pływający już greccy partnerzy.

Fenicjan czcimy nie bez racji jako naszych nauczycieli cywilizacji morskiej. Nasz współczesny, a tak traktuję nieśmiertelnego, XVIII-wiecznego Winckelmanna, pierwszego historyka sztuki starożytnych, pisał o nich – „Naród ów był, jak powiada Mela (Tytus Pomponiusz Mela, I w. n.e., autor kompendium wiedzy geograficznej – przyp. SB), pracowity i odznaczył się zarówno w czas wojny, jak i w czas pokoju, tak w naukach, a także w pismach im poświęconych. Nauki kwitły już u Fenicjan w czasach, gdy Grecy pozbawieni byli jeszcze wszelkiej edukacji” (Johann Joachim Winckelmann, Dzieje sztuki starożytnej, tłum. Tadeusz Zatorski, Kraków 2012, s. 79).

Fenicjanie pływali i w czasach, kiedy Mykeny zeszły z tego świata, a Grecy po katastrofie Krety i szaleństwie morza najwyraźniej morza się bali. Rosła sukcesywnie przez lat wiele potęga fenicka na Morzu Śródziemnym, powstawały kolonie fenickie, głównie faktorie handlowe, na afrykańskich wybrzeżach Morza Śródziemnego, aż po Gibraltar, czyli po „słupy Melkarta”, głównego boga Tyru, w przyszłości dla Greków – „słupy Heraklesa”. Fenickie kolonie iberyjskie, na wybrzeżach dzisiejszej Hiszpanii, musiały sobie radzić z miejscowymi plemionami, które nie życzyły sobie obcych na swoim ziemiach. Nie potrafili poradzić sobie Fenicjanie tylko z nieco późniejszą kolonią fokejską w Massilii, w naszych czasach – Marsylii, która sama jeszcze zakładała swoje kolonie na wybrzeżach Ligurii i nie ugięła się w dalszej przyszłości nawet przed Kartaginą. Niemniej Morze Śródziemne było przez paręset lat morzem fenickim. Cała epoka. Nawet w końcowej fazie tyle, ile upłynęło od Renesansu po nasze czasy.

Koło roku 1000 p.n.e. „król” tyryjski Hiram I usypał groblę, łączącą wyspę Tyru, główną część miasta, z częścią lądową i znalazł źródło wody, które zabezpieczyło życie twierdzy na wypadek oblężenia. Oswojono w tym czasie wielbłąda. Ten niezgrabny, szczególny koń z garbami potrafi obejść się w marszu bez wody i cztery doby, a na głodno, bez jedzenia, czas jeszcze dłuższy. Samice wielbłąda dają mleko, które dodane do słonej wody morskiej czyni ją możliwą do picia. Wielbłąd otworzył dla swobodnej podróży suche morza pustyń i stepów, najpierw syryjskich, potem wszystkich innych. Handel fenicki teraz się rozszerzył do świata niedosiężnego i nic już nie było dziwne. Kolonia taka jak Kartagina, Kart-Hadaszt, „Nowe Miasto”, powstała gdzieś z końcem IX wieku p.n.e., uniezależniła się i budowała własną potęgę.

Na razie to oni, Fenicjanie, pływali coraz dalej, Biblia opowiada, jak ów Hiram I, król Tyru, koło roku 1000 wysłał, ze wsparciem króla Izraela, Salomona, wyprawę po złoto, do krainy Ofir, gdzieś daleko na południe wybrzeży wschodniej Afryki nad Oceanem Indyjskim. Natomiast cynę, niezbędną w produkcji brązu, przywozili Fenicjanie z zachodu, i to już nie z Hiszpanii samej, bo aż z Kornwalii, z Wysp Brytyjskich! I to Fenicjanom ok. roku 600 p.n.e., wedle Herodota, zlecił faraon Egiptu, Necho II (dla egiptologów – Nechao), by opłynęli całą „Libię”, czyli Afrykę, i wrócili na Morze Śródziemne od strony Słupów Heraklesa. Ile już musieli wiedzieć o naszej półkuli, świadczy sam pomysł takiej żeglugi – musiał Necho się orientować, że w ogóle da się tę Afrykę, „Libię”, opłynąć! Ruszyli Morzem Czerwonym, potem na południe wzdłuż afrykańskich brzegów Oceanu Indyjskiego, aż opłynąwszy Przylądek Dobrej Nadziei, wyszli na Atlantyk, by wrócić przez cieśninę Gibraltarską i po trzech latach dotrzeć do Egiptu. Pływali zresztą z Egiptu i Morza Czerwonego daleko na wschód Oceanem Indyjskim. Necho próbował zbudować kanał między Nilem i Morzem Czerwonym, wedle Herodota roboty owe pochłonęły 120 tysięcy ofiar, poddanych egipskich faraona, lecz je przerwano w miejscu nam nieznanym. Następca Necho, Psammetych II, interesował się już nie morzem, a wojną. Sam rozlał morze krwi, próbując podbić Nubię.

Prawdopodobnie z podobnego czasu, panowania Necho, pochodzi relacja z kartagińskiej „wyprawy Hannona” wzdłuż zachodnich wybrzeży Afryki na południe od Gibraltaru – być może Hanno wyruszył, by spotkać fenickich żeglarzy, płynących z przeciwnej strony… Historia, pisana jak powieść z przygodami, bardzo frapująca, długo wywoływała nieufność nowożytnych badaczy, ale po szczegółowym sprawdzeniu topografii okazała się w pełni wiarygodna. Zgadzały się brzegi, zatoki i przylądki, oni tam więc naprawdę byli…

Co najważniejsze, handel wymagał porozumienia między partnerami wymiany. Tym samym – pewnego poczucia sprawiedliwości. Pewnego tylko, cena przecież jak wiemy nie musi być sprawiedliwa. Handel zaś był wcześniejszy od piractwa. Żeby korsarze mogli rabować na morzu, musieli pływać po nim kupcy do obrabowania. Kupcy – handlowali. I też greccy następcy Minosa, sędziego z mego domysłu, szybko musieli się nauczyć rozsądzania sporów. Najpierw — handlowych. Dlatego bardzo wcześnie pojawiły się w Grecji sądy rozjemcze, ba, rozstrzygano w postępowaniu polubownym i zacięte nawet konflikty między państewkami Grecji. Sądy polubowne każdy historyk prawa ma za doskonalszą formę wymiaru sprawiedliwości — choć ich celem jest raczej kompromis, a nie wyważenie sprawiedliwości. Jednakże późniejsze greckie poczucie sprawiedliwości, jeśli je w ogóle któryś z Greków żywił, można chyba wiązać z tą właśnie tradycją.

Poczucie sprawiedliwości będzie bardzo powoli zapuszczało korzenie w cywilizacji greckiej, nie wszyscy uprawiali handel morski. Ale rangę jednego z nadrzędnych mitów świat grecki nada poczuciu sprawiedliwości. Uczyni Minosa — teraz, co zrozumiałe, już w czasach „męskich”! – najwyższym sędzią zmarłych. Będzie sprawiedliwy Minos wymierzał pozgonnym cieniom ich udział w życiu wiecznym, odsyłał je do Tartaru, bądź do Elizjum, czyli karał lub nagradzał. Objął tę rolę po Persefonie. Musiała spełniać ją Persefona, ta pelazgijska kobieta jako bogini!, już wcześniej, w ustroju matriarchalnym, choć ta jej władza wymagała… zmiany w myśli prawnej Greków: musieli teraz operować już pojęciem kary, nie tylko odpłaty. Asymilując się wśród Pelazgów, zrobili Grecy Persefonę żoną Minosa. Myślę, że raczej Achajowie, a nie — wcześniej – Eolowie. Eolowie zapewne nie odebraliby zaszczytu kobiecie.

Sprawiedliwość zyskała jakieś szanse. Dość długo przed Solonem. Ale tylko szanse.

Stefan Bratkowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.