JS: Kompleks bękarta6 min czytania

()

Zdanie odrębne

23.08.2022

Gdyby nadwornego perukarza z Radomia zapytać o genealogię, pewnie by powiedział, że to nauka o genach; skoro nie wiedział, kto to Katarzyna (II) … Genealogia to jedna z nauk pomocniczych historii, która zajmuje się badaniem więzi rodzinnych, szczególnie pokrewieństwem i powinowactwem; opisuje rody, ich pochodzenie i wzajemne relacje, a także losy poszczególnych członków rodzin i powiązania między nimi. Głównym źródłem tego typu badań są metryki kościelne oraz akty stanu cywilnego, potwierdzające narodziny, małżeństwo, zgon itp. Na ich podstawie można sporządzić tablice (drzewa) genealogiczne, pozwalające poznać przodków – bliskich i dalekich, krewnych i powinowatych. Poza wymiarem opisowym genealogia ma znaczenie emocjonalne, symboliczne; wszak wiadomość, że się pochodzi ze starego, zasłużonego rodu poprawia samopoczucie, a poza tym – noblesse oblige, jak mawiał pewien XIX-wieczny Francuz.

Drzewa genealogiczne przypominają biblijne drzewo życia, w którego koronie rezyduje jego dawca i ojciec wszystkich stworzeń. Patriarchalne religie: judaizm i chrześcijaństwo wyżej stawiają ojcostwo aniżeli macierzyństwo, stąd brak ojca, czy jego nieznajomość to pewien defekt, większy aniżeli brak matki. Zapamiętałem dwuwiersz-porzekadło naszego katechety: tak to jest/ ojca nie ma, matka jest. Brak ojca zwykle starano się jakoś uzupełnić; lepiej było w liber baptisatorum[1] wpisać jakąś nazwę, niżby w rubryce miało zostać: pater ignotus, czyli ojciec nieznany.

W czasie I wojny światowej, kiedy front wschodni na dłużej stanął na Podkarpaciu, jakiś czas potem do tamtejszych parafii zaczęły przybywać – w towarzystwie matek – młode dziewczyny z noworodkami przy piersi; chodziło o chrzest. Na rutynowe pytanie księdza o imię ojca dziecka, zaczynały beczeć. Wtedy do akcji wkraczała matka i tłumaczyła – „Dobrodzieju, to tak przy wojsku…” Proboszcz zwykle machał  ręką i mruczał do organisty: „piszcie – Żołnierczyk”. W jednym z miast, wspominanym zresztą przez dobrego wojaka Szwejka, Żołnierczyków jest ‘od groma’…

W ten sposób dochodzimy do bękarta, czyli nieślubnego dziecka, bastarda; choć jeszcze w czasach renesansu nazywano tak miecze niewiadomego pochodzenia. Skoro był miecz, musiała być i pochwa[2]… Bękart więc to dziecko z nieprawego miecza, pardon – łoża…, ze związku niesakramentalnego, ofiara przypadkowego seksu, czasem gwałtu, przemocy, szantażu wobec kobiety itp. Dziecko, które formalnie nie ma ojca, choć faktycznie go ma, było też nazywane: kopylak, najduch, podrzutek, znajda, znajduch. Słowa: bachor, gówniarz, knot, pędrak, pętak, smarkacz, szczyl, czy zafajdaniec – kiedyś używane zamiennie z bękartem, dziś już nie niosą takich stygmatyzujących konotacji. Zmieniają się czasy, a z nimi język, obyczaje seksualne, czy wiedza o zapłodnieniu określana wzniośle jako „poczęcie”.

Ten akt (czy moment) – kiedyś naturalny i spontaniczny – dziś staje się problemem, zarówno dla kobiet (kłopoty z cyklem i jajeczkowaniem), jak i dla mężczyzn (słabsze, nieruchawe plemniki). Zatrute środowisko naturalne – woda, powietrze, żywność, GMO, stres, zmiany klimatyczne, warunki mieszkaniowe, brak polityki sprzyjającej dzietności, przesuwanie się wieku prokreacji i szereg innych okoliczności – wszystko to sprawia, że coraz więcej dzieci rodzi się dzięki procedurze in vitro, poza tradycyjną rodziną, nawet poza związkami heteroseksualnymi. W krajach rozwiniętych dzieci nierzadko wychowują dwie matki albo dwu ojców. Nikogo to nie dziwi ani gorszy; chyba, że takim dzieciom dzieje się krzywda. Wtedy wkracza państwo, którego zadaniem jest chronić każdego obywatela.

Wszystko, co powyżej, wiąże się z książką pt. Historia i teraźniejszość, przygotowaną przez – rzetelnego kiedyś – badacza przeszłości, dziś usłużnego/ nadwornego/ wynajętego… historyka dobrej zmiany, i – w ekspresowym tempie – wydaną na zlecenie ministra edukacji i nauki. Miał to być podręcznik do przedmiotu o tej samej nazwie, który wyparł Wiedzę o społeczeństwie. Ponieważ pomagała ona kształtować świadomego obywatela i uczestnika życia publicznego, więc zastąpiono ją HiT-em, który przekazuje treści ideologiczne, służące aktualnie rządzącej partii. Neutralna w sumie nazwa „podręcznika” miała być pomostem między wyselekcjonowaną przeszłością (mocarstwowość, cierpiętnictwo, heroizm, wstawanie z kolan), a teraźniejszością (jeden człowiek, partia władzy, sojusz państwa z Kościołem). Z pomostu (albo rozkroku) widać przepaść, w którą mentalnie wpada młody człowiek, a kiedy uda mu się stamtąd wydobyć, będzie już miał umysł zideologizowany – nie myślący, zamknięty na świat i ludzi, gotowy do walki o hasła oraz idee anachroniczne z punktu widzenia polskiej racji stanu, w sam raz nadający się na mięso armatnie, wszak wojna toczy się tuż za miedzą …

Specjaliści od podręczników ocenili tę książkę negatywnie, więc nie ma potrzeby dołączać do ich opinii. Tu interesuje nas fragment, który stał się na tyle głośny, że podobno ma być usunięty; choć nie wiadomo jak? Wyrwie się stronę? Książka z pieniędzy podatnika pójdzie na przemiał? Doklei się erratę?

A oto rzeczony fragment: „Coraz bardziej wyrafinowane metody odrywania seksu od miłości i płodności prowadzą do traktowania sfery seksu jako rozrywki, a sfery płodności jako produkcji ludzi, można powiedzieć hodowli. Skłania to do postawienia zasadniczego pytania: kto będzie kochał wyprodukowane w ten sposób dzieci? Państwo, które bierze pod swoje skrzydła tego rodzaju ‘produkcję’?”

Jednak myli się ten, kto uważa, że autorowi szło o miłość do istot powołanych do istnienia w ten nieludzki sposób… Wydanie książki poprzedziła bowiem inna równie wyrafinowana wypowiedź, w której ten były historyk mniej troszczy się o kobiety, procedurę in vitro, laboratoria, czy „hodowlę” ludzi; bardziej zajmuje go ideologia, której efekty „jeszcze nie wyszły całkowicie na wierzch”, ale już wie, wydaje mu się, że „będą koszmarne”. Powstanie bowiem „społeczeństwo, gdzie nie ma genealogii w ogóle”.

A więc o to chodziło…, Da ist der Hund begraben[3] Uczony martwi się, że będziemy ludźmi bez rodowodów, bez papierów metrykalnych, o niejasnej proweniencji, jak te suki z „małego dworku” państwa Nibków, które  o szóstej rano zborsuczyły się z kundlami, a ich potomstwa nie da się wpisać do ksiąg rodowodowych…

W związku z tym, że „podręcznik” nie podoba się takim „niepolskim Polakom”[4], reklamuje go – od ołtarza! – Belzebub z Torunia, który radzi czym prędzej zaopatrzyć się w książkę i czytać ją w każdym „polskim” domu. Wszak to on ma patent na polskość i może go wystawiać, komu chce. Jest przecież opłacany przez nasze państwo.

J S 

  1. Łac. księga chrztów.

  2. „Kto mieczem wojuje, od pochwy ginie” (zasłyszane).

  3. Tu jest pies pogrzebany (niemieckie).

  4. Słowa Rydzyka z homilii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

11 komentarzy

  1. Stanislaw Obirek 24.08.2022
  2. Senex 24.08.2022
  3. BM 24.08.2022
  4. wiesiek 25.08.2022
    • Aldona 25.08.2022
  5. Aldona 26.08.2022
  6. Aldona 26.08.2022
    • lola lola12 26.08.2022
  7. J S 30.08.2022
  8. Krystian 04.09.2022
  9. Senex 06.09.2022