08.08.2026
Ostatnio w komentarzach na łamach Studia Opinii pojawiły się głosy, że tekstów Krzysztofa Bielejewskiego jest za dużo i że SO powoli staje się portalem jednego autora. Pojawiły się też głosy przeciwne, chwalące redakcję za ich publikowanie.
Jak to zwykle bywa w dyskusjach na temat SO, wezwano na pomoc nieżyjących patronów Studia — Stefana Bratkowskiego i Bogdana Misia — i zaczęto rozważać, co też założyciele Studia Opinii powiedzieliby dzisiaj: czy publikowaliby Bielejewskiego tak jak ja, czy też stanowczo powiedzieliby: „Dość, nie samym Bielejewskim Studio żyje”.
Nie wiem.
Z Bogdanem Misiem nie miałem żadnego kontaktu, więc przypisywanie mu poglądów byłoby z mojej strony zbyt śmiałe. Stefana Bratkowskiego spotkałem natomiast raz. Ale za to było to spotkanie, które — jak się po latach okazało — miało dla mnie niemałe znaczenie.
Pół wieku temu Bratkowski odwiedził uniwersytecką eksperymentalną klasę matematyczną w XIV LO, obecnie noszącym imię Stanisława Staszica. Opowiedział nam o pierwszym polskim minikomputerze K-202, zbudowanym przez Jacka Karpińskiego, a potem zabrał uczniów — w tym mnie — do Ośrodka Doskonalenia Kadr Kierowniczych, gdzie znajdował się jeden z nielicznych egzemplarzy tej maszyny.
I pozwolono nam się nim pobawić.
„Pobawić się komputerem” oznaczało wówczas coś innego niż dzisiaj. Nie było myszki, ikonek ani przycisku „Uruchom”. Była za to maszyna, o której wcześniej czytało się jak o czymś z pogranicza techniki i fantastyki.
Napisałem wtedy pierwszy program w życiu.
Mogę więc bez większej przesady powiedzieć, że Stefanowi Bratkowskiemu zawdzięczam zainteresowanie informatyką, którą — pół wieku później — zajmuję się zawodowo. Czy z tego wynika, że wiem, co Bratkowski sądziłby dzisiaj o felietonach Krzysztofa Bielejewskiego?
Nie.
Ale przynajmniej mam z nim własne wspomnienie, zamiast wyobrażenia o jego poglądach.
Wracając zaś do Bielejewskiego.
Jego felietonom trudno zarzucić, że są źle napisane. Trudno też twierdzić, że są niezgodne z „polityką programową i linią redakcyjną SO” — by posłużyć się sformułowaniem ze spisanych przez Bogdana Misia zasad współpracy redakcji z autorami.
Nie widzę zatem powodu, dla którego miałbym odmawiać ich publikowania.
Zarzut, że redakcja preferuje teksty Bielejewskiego, byłby zasadny, gdybym po to, żeby zrobić dla nich miejsce, odmawiał publikacji innym autorom.
Tymczasem jedynym autorem, któremu regularnie odmawiam publikacji nadsyłanych tekstów, jest… Krzysztof Bielejewski.
Codziennie dostaję od niego bowiem po kilka felietonów. Publikuję jeden.
Można więc powiedzieć, że prowadzę konsekwentną politykę ograniczania obecności Krzysztofa Bielejewskiego w Studiu Opinii. Tyle że rezultaty tej polityki są, jak uważają niektórzy, niewystarczające.
Pozostaje jednak pewna zagadka.
Jak można pisać po kilka dobrych felietonów dziennie?
To przecież kilkaset stron tekstu miesięcznie. Sam zawodowo nie piszę, więc zapytałem kilku znanych mi ludzi, którzy pisaniem zajmują się profesjonalnie.
Wszyscy odpowiedzieli mniej więcej to samo: Niemożliwe.
I tu zapewne niejeden Czytelnik uśmiechnie się z wyższością.
„Redaktorze naiwny. Przecież to pisze za niego AI”.
No dobrze.
Otwieram więc ChatGPT i wydaję polecenie:
„Napisz felieton do Studia Opinii”.
ChatGPT odpowiada:
„Chętnie. Żeby felieton rzeczywiście nadawał się do publikacji w Studiu Opinii, potrzebuję przede wszystkim wiedzieć, o czym chcesz napisać i jaka jest Twoja zasadnicza myśl”.
I tu sztuczna inteligencja trafia w sedno.
Bo AI sama nie ma żadnej zasadniczej myśli.
Może ją pięknie ubrać. Może zaproponować argumenty, znaleźć kontrargumenty, poprawić składnię, skrócić zdanie, które autorowi rozrosło się do rozmiarów paragrafu ustawy, albo — przeciwnie — z trzech nieporadnych zdań zrobić jedno całkiem zgrabne. Może być redaktorem, korektorem, sparingpartnerem, a czasami zapewne także ghostwriterem.
Ale ktoś musi jej powiedzieć, o czym właściwie ma być tekst i co ma z niego wynikać.
Jeżeli więc współautorem felietonów Bielejewskiego jest AI — czego nie wiem — to podziwiam go wcale nie mniej, niż gdyby wszystkie pisał sam.
Bo wtedy oznaczałoby to, że Krzysztof Bielejewski nauczył się bardzo dobrze korzystać z nowego narzędzia.
A tego, obawiam się, wszyscy będziemy musieli się nauczyć. Czy nam się to podoba, czy nie.
Wokół tekstów tworzonych przy pomocy AI narosło przekonanie, że samo jej użycie jest czymś podejrzanym. Że jeśli w powstaniu tekstu uczestniczyła maszyna, to gdzieś w pobliżu musi czaić się oszustwo, manipulacja albo przynajmniej lenistwo.
Czasami zapewne się czai.
Ale młotkiem można wbić gwóźdź albo wybić szybę. Z tego drugiego nie wynika jeszcze konieczność potępienia młotków.
Felietony Bielejewskiego nie stają się dezinformacją dlatego, że być może w ich powstawaniu uczestniczy sztuczna inteligencja. Jeżeli autor rzeczywiście jej używa, a efektem są teksty ciekawe, dobrze napisane i warte dyskusji, to pokazuje on jasną stronę tej technologii.
I chwała mu za to.
Nie wiem, co powiedzieliby na to Stefan Bratkowski i Bogdan Miś. I w przeciwieństwie do niektórych uczestników naszej dyskusji nie zamierzam ich o to pośmiertnie wypytywać, a następnie udzielać odpowiedzi w ich imieniu.
Wiem natomiast, że obaj byli popularyzatorami nauki, a informatyki w szczególności.
Stefan Bratkowski pół wieku temu zaprowadził grupę licealistów do komputera, którego większość Polaków nigdy nawet nie widziała, i pozwolił im sprawdzić, co można z nim zrobić.
Jeden z tych licealistów siedzi dziś przed laptopem i zastanawia się, czy powinien odrzucać dobre teksty dlatego, że być może przy ich powstawaniu pomaga komputer.
Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby właśnie tego chciał mnie wtedy nauczyć Stefan Bratkowski.
Wojciech Kuszko
