08.08.2026
Ostatnio w komentarzach na łamach Studia Opinii pojawiły się głosy, że tekstów Krzysztofa Bielejewskiego jest za dużo i że SO powoli staje się portalem jednego autora. Pojawiły się też głosy przeciwne, chwalące redakcję za ich publikowanie.
Jak to zwykle bywa w dyskusjach na temat SO, wezwano na pomoc nieżyjących patronów Studia — Stefana Bratkowskiego i Bogdana Misia — i zaczęto rozważać, co też założyciele Studia Opinii powiedzieliby dzisiaj: czy publikowaliby Bielejewskiego tak jak ja, czy też stanowczo powiedzieliby: „Dość, nie samym Bielejewskim Studio żyje”.
Nie wiem.
Z Bogdanem Misiem nie miałem żadnego kontaktu, więc przypisywanie mu poglądów byłoby z mojej strony zbyt śmiałe. Stefana Bratkowskiego spotkałem natomiast raz. Ale za to było to spotkanie, które — jak się po latach okazało — miało dla mnie niemałe znaczenie.
Pół wieku temu Bratkowski odwiedził uniwersytecką eksperymentalną klasę matematyczną w XIV LO, obecnie noszącym imię Stanisława Staszica. Opowiedział nam o pierwszym polskim minikomputerze K-202, zbudowanym przez Jacka Karpińskiego, a potem zabrał uczniów — w tym mnie — do Ośrodka Doskonalenia Kadr Kierowniczych, gdzie znajdował się jeden z nielicznych egzemplarzy tej maszyny.
I pozwolono nam się nim pobawić.
„Pobawić się komputerem” oznaczało wówczas coś innego niż dzisiaj. Nie było myszki, ikonek ani przycisku „Uruchom”. Była za to maszyna, o której wcześniej czytało się jak o czymś z pogranicza techniki i fantastyki.
Napisałem wtedy pierwszy program w życiu.
Mogę więc bez większej przesady powiedzieć, że Stefanowi Bratkowskiemu zawdzięczam zainteresowanie informatyką, którą — pół wieku później — zajmuję się zawodowo. Czy z tego wynika, że wiem, co Bratkowski sądziłby dzisiaj o felietonach Krzysztofa Bielejewskiego?
Nie.
Ale przynajmniej mam z nim własne wspomnienie, zamiast wyobrażenia o jego poglądach.
Wracając zaś do Bielejewskiego.
Jego felietonom trudno zarzucić, że są źle napisane. Trudno też twierdzić, że są niezgodne z „polityką programową i linią redakcyjną SO” — by posłużyć się sformułowaniem ze spisanych przez Bogdana Misia zasad współpracy redakcji z autorami.
Nie widzę zatem powodu, dla którego miałbym odmawiać ich publikowania.
Zarzut, że redakcja preferuje teksty Bielejewskiego, byłby zasadny, gdybym po to, żeby zrobić dla nich miejsce, odmawiał publikacji innym autorom.
Tymczasem jedynym autorem, któremu regularnie odmawiam publikacji nadsyłanych tekstów, jest… Krzysztof Bielejewski.
Codziennie dostaję od niego bowiem po kilka felietonów. Publikuję jeden.
Można więc powiedzieć, że prowadzę konsekwentną politykę ograniczania obecności Krzysztofa Bielejewskiego w Studiu Opinii. Tyle że rezultaty tej polityki są, jak uważają niektórzy, niewystarczające.
Pozostaje jednak pewna zagadka.
Jak można pisać po kilka dobrych felietonów dziennie?
To przecież kilkaset stron tekstu miesięcznie. Sam zawodowo nie piszę, więc zapytałem kilku znanych mi ludzi, którzy pisaniem zajmują się profesjonalnie.
Wszyscy odpowiedzieli mniej więcej to samo: Niemożliwe.
I tu zapewne niejeden Czytelnik uśmiechnie się z wyższością.
„Redaktorze naiwny. Przecież to pisze za niego AI”.
No dobrze.
Otwieram więc ChatGPT i wydaję polecenie:
„Napisz felieton do Studia Opinii”.
ChatGPT odpowiada:
„Chętnie. Żeby felieton rzeczywiście nadawał się do publikacji w Studiu Opinii, potrzebuję przede wszystkim wiedzieć, o czym chcesz napisać i jaka jest Twoja zasadnicza myśl”.
I tu sztuczna inteligencja trafia w sedno.
Bo AI sama nie ma żadnej zasadniczej myśli.
Może ją pięknie ubrać. Może zaproponować argumenty, znaleźć kontrargumenty, poprawić składnię, skrócić zdanie, które autorowi rozrosło się do rozmiarów paragrafu ustawy, albo — przeciwnie — z trzech nieporadnych zdań zrobić jedno całkiem zgrabne. Może być redaktorem, korektorem, sparingpartnerem, a czasami zapewne także ghostwriterem.
Ale ktoś musi jej powiedzieć, o czym właściwie ma być tekst i co ma z niego wynikać.
Jeżeli więc współautorem felietonów Bielejewskiego jest AI — czego nie wiem — to podziwiam go wcale nie mniej, niż gdyby wszystkie pisał sam.
Bo wtedy oznaczałoby to, że Krzysztof Bielejewski nauczył się bardzo dobrze korzystać z nowego narzędzia.
A tego, obawiam się, wszyscy będziemy musieli się nauczyć. Czy nam się to podoba, czy nie.
Wokół tekstów tworzonych przy pomocy AI narosło przekonanie, że samo jej użycie jest czymś podejrzanym. Że jeśli w powstaniu tekstu uczestniczyła maszyna, to gdzieś w pobliżu musi czaić się oszustwo, manipulacja albo przynajmniej lenistwo.
Czasami zapewne się czai.
Ale młotkiem można wbić gwóźdź albo wybić szybę. Z tego drugiego nie wynika jeszcze konieczność potępienia młotków.
Felietony Bielejewskiego nie stają się dezinformacją dlatego, że być może w ich powstawaniu uczestniczy sztuczna inteligencja. Jeżeli autor rzeczywiście jej używa, a efektem są teksty ciekawe, dobrze napisane i warte dyskusji, to pokazuje on jasną stronę tej technologii.
I chwała mu za to.
Nie wiem, co powiedzieliby na to Stefan Bratkowski i Bogdan Miś. I w przeciwieństwie do niektórych uczestników naszej dyskusji nie zamierzam ich o to pośmiertnie wypytywać, a następnie udzielać odpowiedzi w ich imieniu.
Wiem natomiast, że obaj byli popularyzatorami nauki, a informatyki w szczególności.
Stefan Bratkowski pół wieku temu zaprowadził grupę licealistów do komputera, którego większość Polaków nigdy nawet nie widziała, i pozwolił im sprawdzić, co można z nim zrobić.
Jeden z tych licealistów siedzi dziś przed laptopem i zastanawia się, czy powinien odrzucać dobre teksty dlatego, że być może przy ich powstawaniu pomaga komputer.
Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby właśnie tego chciał mnie wtedy nauczyć Stefan Bratkowski.
Wojciech Kuszko

Panie Wojtku, bardzo dziękuję. Nie tylko za tekst, ale również za ujawnienie pilnie strzeżonej tajemnicy redakcyjnej, że to właśnie ja jestem autorem najczęściej cenzurowanym przez Studio Opinii. Teraz przynajmniej przeciwnicy mojej nadmiernej obecności mogą spać spokojniej: Redakcja walczy z Bielejewskim codziennie, tylko Bielejewski ma przewagę liczebną.
Wyjaśnienie mojej produkcji jest przy tym znacznie mniej romantyczne, niż można przypuszczać. Po prostu się nudzę. Mało wychodzę z domu, ze światem kontaktuję się głównie przez komputer i telefon, a ponieważ telewizora nie da się oglądać przez cały dzień bez trwałego uszkodzenia osobowości, czytam, szukam, porównuję, coś mnie bawi, coś irytuje, coś wydaje się absurdalne — i zaczynam pisać.
W poniedziałek wybieram się zresztą na kolejną operację, więc moje możliwości zwiedzania świata będą przez pewien czas jeszcze bardziej ograniczone. Jedni w takiej sytuacji rozwiązują krzyżówki, inni hodują storczyki, ja produkuję felietony. Każdy ma jakiś nałóg. Mój przynajmniej nie obciąża wątroby, chociaż bywa, że obciąża Redakcję.
A teraz do słonia stojącego w pokoju, czyli sztucznej inteligencji.
Tak, używam AI.
Co więcej, używam jej nie od wczoraj i nie od chwili, kiedy ChatGPT stał się bohaterem rodzinnych obiadów. Z narzędzi zaliczanych do szeroko rozumianej sztucznej inteligencji korzystam w pracy od mniej więcej trzydziestu lat, przede wszystkim do analiz biznesowych, modelowania procesów, szukania zależności i wspomagania decyzji. Dzisiejsze modele są oczywiście nieporównanie potężniejsze i bardziej dostępne, ale sama idea, żeby komputer pomagał człowiekowi analizować rzeczywistość, nie spadła na mnie w zeszły wtorek.
Teraz AI pomaga mi również przy felietonach. Szuka danych, porządkuje materiały, robi skróty długich tekstów, zestawia informacje, pomaga coś sprawdzić, czasem pokazuje kontrargument, czasem podpowiada, gdzie jeszcze zajrzeć. Bywa też korektorem, kiedy po raz trzeci przestawiam przecinek i zaczynam podejrzewać, że język polski został wymyślony osobiście przeciwko mnie.
Nie widzę w tym niczego nagannego.
AI jest narzędziem. Takim jak długopis, maszyna do pisania, kalkulator, Excel, wyszukiwarka czy komputer, przy którym właśnie siedzę. Oczywiście bardziej skomplikowanym i wymagającym większej ostrożności, ale nadal narzędziem.
Długopis też sam nie napisze felietonu.
Można nim napisać „Pana Tadeusza”, donos do administracji albo listę zakupów. Nie sądzę, żeby z tego powodu należało przesłuchiwać producenta Biców.
Z AI jest podobnie. Można jej powiedzieć: „napisz coś mądrego” i najczęściej otrzyma się tekst człowieka, który bardzo chce wyglądać na inteligentnego podczas pierwszej wizyty u teściów. Żeby powstał felieton, trzeba jednak wiedzieć, co człowieka śmieszy, co drażni, kogo chce ukłuć, czego broni, gdzie widzi absurd i dlaczego właściwie zabiera czytelnikowi pięć minut życia.
Maszyna nie przeżyła mojego życia. Nie pamięta moich ludzi, moich rozczarowań, zachwytów, błędów ani tego szczególnego rodzaju irytacji, który przychodzi człowiekowi z wiekiem, kiedy po raz ósmy w życiu słyszy od polityka, że właśnie rozpoczyna się „nowe otwarcie”.
To wszystko muszę dostarczyć ja.
AI może natomiast pomóc mi szybciej sprawdzić, czy polityk rzeczywiście powiedział to głupstwo, które pamiętam, czy tylko przez lata uczyniłem go w swojej pamięci jeszcze głupszym.
I bardzo sobie tę pomoc cenię.
Mam zresztą wrażenie, że wobec sztucznej inteligencji przeżywamy dzisiaj coś, co ludzkość przeżywała wcześniej wobec wielu nowych narzędzi. Kalkulator miał zabić matematykę, komputer pisanie, Internet wiedzę, Wikipedia encyklopedie, a telefon komórkowy rozmowę. Tymczasem narzędzia nie odbierają człowiekowi rozumu. One tylko znacznie szybciej ujawniają, czy miał go wcześniej.
Jeżeli więc ktoś chciałby odkryć tajemnicę moich felietonów, jest ona dość prosta: mam dużo czasu, dużo czytam, świat dostarcza groteski w ilościach przemysłowych, a ja mam komputer i złośliwy charakter. Sztuczna inteligencja pomaga mi przerzucać węgiel, ale to ja wybieram, komu napalić pod kotłem.
Panie Wojtku, jeszcze raz bardzo dziękuję za życzliwość i rozsądek. Szczególnie spodobała mi się Pańska opowieść o Stefanie Bratkowskim i K-202. Jest w niej coś, co dobrze pasuje również do dzisiejszej dyskusji: ludzie ciekawi świata zwykle podchodzą do nowego urządzenia i pytają: „Co można z tym zrobić?”. Ludzie mniej ciekawi najpierw pytają: „Komu tego zabronić?”.
Ja należę do pierwszej grupy.
A skoro Redakcja codziennie odrzuca część mojej produkcji, sytuacja wydaje mi się całkowicie bezpieczna.
Ja piszę szybciej, niż Pan publikuje, Pan publikuje wolniej, niż ja piszę, a czytelnik nadal ma pełne konstytucyjne prawo nie kliknąć.
Demokracja działa.
Bardzo rozsądne podejście. Nie mam nic przeciwko felietonom p. Bielejewskiego, zwyczjnie chętnie je czytam i lubię, pewnie dlatego, że świetnie wyraża to, co w mojej głowie kołacze.. Jeśli korzysta z nowych rozwiązań, to zapisałabym to na plus. Nie uciekniemy przed postępem, więc skoro ktoś potrafi korzystać z narzędzi sensownie, można się tylko uczyć. Pozdrawiam serdecznie
Och, jakże się cieszę z tego tekstu! Właśnie kończę swój, bliźniaczy tematycznie, ale z innej perspektywy. Jeśli się uwinę. rychło go wyślę.
Lepiej otwarcie rozmawiać niż przemilczać problemy. Dobrze by rozmowa prowadziła do lepszych rozwiązań a nie utwierdzała status quo, który nie dla wszystkich jest optymalny. Znałem redaktorów Misia i Bratkowskiego nie wiem czy mogę powiedzieć, ze się z nimi przyjaźniłem, ale na pewno nadawaliśmy na tej samej częstotliwości i myśle, ze obaj opowiedzieli by się po stronie zdrowego rozsądku, a nie AI.
Panie Profesorze, z pierwszym zdaniem pełna zgoda: rozmawiać warto, przemilczać nie warto, a status quo nie jest świętą krową.
Nie bardzo natomiast rozumiem przeciwstawienie „zdrowego rozsądku” sztucznej inteligencji. Zdrowy rozsądek jest cechą człowieka, AI jest narzędziem. To trochę tak, jakby wybierać między rozsądkiem a kalkulatorem, biblioteką albo długopisem.
Można z AI korzystać rozsądnie i można bez niej pisać głupstwa z rozmachem. Historia literatury i publicystyki zna oba przypadki, zwłaszcza ten drugi.
Misia i Bratkowskiego nie będę pośmiertnie zapisywał ani do partii AI, ani do partii anty-AI. Podejrzewam jednak, że jako ludzie ciekawi nowych technologii najpierw sprawdziliby, co to narzędzie potrafi, a dopiero potem wydawali wyrok.
Bo zdrowy rozsądek nie polega chyba na odrzucaniu młotka.
Polega na tym, żeby wiedzieć, w co nim uderzyć.
Po takim tekście Redaktora strony czekam na wypowiedź przywołanego w tytule. Tak dalej się nie da, niech się pan wypowie panie Krzysztofie…
Mogę powiedzieć, ze znałem Stefana Bratkowskiego, nasz znajomość zaczęła się po sierpniu 80 roku i trwała do końca ale byłbym ostatni, który chciałby wypowiadać się w jego imieniu.
Uważam, że sytuacja dojrzała do jakiś decyzji, tak jak jest dalej być nie może, ja sam zastanawiałem się już kilka razy jak zawiesić swoje pisanie…
Panie Zbigniewie,
już wczoraj wieczorem odniosłem się do tego felietonu, wysłałem swój komentarz, niestety do tej chwili nie został opublikowany. Odpowiedziałem też Panu Obirkowi, ta sama sytuacja.
Proszę mi wybaczyć, ale pretensje są skierowane pod niewłaściwy adres
Panie Zbigniewie, mój głos już się pod tekstem Wojtka pojawił, więc część zagadki została rozwiązana. Tajemnica nie jest zresztą szczególnie mroczna: piszę dużo, bo mam dużo czasu, rzadko wychodzę z domu, świat oglądam głównie przez ekran, a polityka dostarcza materiału z wydajnością kombinatu.
Natomiast stanowczo protestuję przeciwko pomysłowi, żeby Pan „zawieszał swoje pisanie”. To byłoby rozwiązanie problemu nadmiaru Bielejewskiego metodą polegającą na usunięciu Szczypińskiego. Logika dość oryginalna, nawet jak na polską debatę publiczną.
Lubię Pańskie teksty i czytam je z zainteresowaniem. Owszem, czasem się wyzłośliwiam, czasem coś zakwestionuję, czasem uznam, że Pan skręcił w boczną uliczkę albo za długo stoi na skrzyżowaniu. Ale właśnie dlatego czytam. Gdybym oczekiwał wyłącznie tekstów, z którymi się zgadzam, mógłbym pisać listy do samego siebie i jeszcze sobie odpowiadać.
Studio Opinii potrzebuje różnych głosów, różnych temperamentów i różnych sposobów widzenia świata. Nie chciałbym, żeby dyskusja o tym, czy mnie jest za dużo, skończyła się tym, że innych będzie mniej. To byłby sukces mniej więcej taki, jak leczenie bezsenności przez likwidację łóżka.
Proszę więc pisać dalej. Ja będę czytał, czasem chwalił, czasem marudził, czasem wbijał szpilkę.
Felietonista, którego nikt nie drażni i który sam nikogo nie drażni, powinien raczej sprzedawać firanki.
Pani Renacie i Waszerowi (z Londynu): Simili similis gaudet… AI chętnie to Państwu przełoży na język polski…
Obawiam się, że podnoszony problem nadmiernej obecności p. Bielejewskiego może niedługo doprowadzić do zamknięcia Studia Opinii z powodu braku autorów. Już obecnie została ich tylko garstka. (pp. Bielejewski, Szczypiński, Obirek, Jastrząb, Sławek, Waszer Londyński, JS Zdanie odrębne, Skalski,). Niektórzy odeszli, niektórzy ucichli. Zanim pojawił się p. Bielejewski też już było krucho. Nie słyszałem jednak narzekań , że to portal pp. Szczypińskiego i Koraszewskiego ( a to ich teksty głownie utrzymywały Studio). Jeżeli ktoś lubi Studio Opinii będzie je czytać. Zawsze można nielubianych autorów pominąć. Dla p. Bielejewskiego życzenia dużo zdrowia.
Panie Zbigniewie, bardzo dziękuję — również za życzenia zdrowia. I muszę powiedzieć, że Pańska diagnoza jest mi znacznie bliższa niż debata nad tym, czy Bielejewskiego należy podawać raz dziennie, dwa razy w tygodniu czy wyłącznie po konsultacji z lekarzem.
Bo problem Studia Opinii rzeczywiście chyba nie polega na tym, że jednego autora jest za dużo, lecz że autorów jest za mało.
Cenię Szczypińskiego, Obirka, Jastrzębia, Skalskiego, Sławka, WaszeRa, „Zdanie odrębne” i pozostałych autorów. Nie ze wszystkimi się zgadzam, czasem z którymś się posprzeczam albo wetknę mu szpilkę, ale przecież właśnie po to czyta się portal opinii. Gdybyśmy wszyscy pisali to samo, można by zostawić jednego autora i siedem pseudonimów.
Zajrzałem zresztą na stronę trochę chłodniejszym okiem i mam wrażenie, że Studio ma dziś większy problem z dynamiką niż z jakością. Na górze strony są świeże teksty — Kuszko, Jastrząb, Obirek, Szczypiński, moje — ale im niżej się schodzi, tym szybciej podróżuje się w czasie. W poszczególnych stałych działach na stronie głównej widnieją na przykład ostatnie wpisy PIRS-a z października 2025, „Lewego sierpowego” z listopada 2025, „Ech wydarzeń” z lipca 2025, zakończonego w marcu 2026 „Majsterkowicza”, a „Upusty żółci” Bogdana Misia prowadzą nas aż do 2023 roku.
To trochę tak, jakby w kawiarni codziennie podawano świeżą kawę, ale na stolikach nadal leżały gazety sprzed półtora roku.
Samych publikacji nie jest zresztą aż tak mało — archiwum pokazuje 49 tekstów w maju, 36 w czerwcu i 45 w lipcu, a w pierwszych dniach sierpnia pojawiło się już kilkanaście. Problemem jest raczej to, że produkuje je coraz węższa grupa ludzi, więc czytelnik szybko zaczyna rozpoznawać obsadę przedstawienia.
A portal żyje nie tylko liczbą tekstów. Żyje poczuciem ruchu.
Przydałoby się więcej nowych autorów, młodszych również — nie dlatego, żeby starych wysłać do domu, bo sam musiałbym natychmiast zacząć pakować kapcie — ale żeby zderzały się pokolenia, doświadczenia i temperamenty. Przydałyby się krótsze, szybkie komentarze do wydarzeń, jakiś codzienny przegląd tego, co ważne, częstsze odświeżanie strony głównej i usunięcie z eksponowanych miejsc działów, które od miesięcy albo lat nie żyją. Nawet dział nazwany „Warto przeczytać najpierw” po najnowszym tekście z 8 sierpnia prowadzi dziś kolejno do publikacji z 27, 24, 22 i 15 lipca.
Internet jest bezlitosny: czytelnik wchodzi rano i jeśli widzi to samo co wczoraj, następnego ranka może już nie wejść. Nie dlatego, że obraził się na Szczypińskiego, Obirka czy Bielejewskiego. Po prostu Internet nauczył ludzi, że drzwi powinny się co jakiś czas otwierać.
Mnie na Studiu zależy. Lubię tu pisać, lubię jego autorów, lubię dyskusje — nawet te, w których dowiaduję się, że jestem jednocześnie Gierkiem, zagrożeniem pluralizmu i grzybem deformującym barszcz.
Chciałbym tylko, żeby więcej ludzi miało okazję się o ten barszcz pokłócić.
Dlatego zamiast zastanawiać się, którego autora ograniczyć, zastanawiałbym się, jak przyciągnąć pięciu nowych. Zamiast martwić się, że ktoś publikuje za często — jak sprawić, żeby inni znów zaczęli publikować. A przede wszystkim: jak zrobić ze Studia miejsce, do którego zagląda się rano, po południu i wieczorem, bo człowiek nie wie, co nowego tam znajdzie.
Bo portal umiera nie wtedy, kiedy ktoś za dużo pisze.
Umiera wtedy, kiedy coraz mniej ludzi ma ochotę pisać, a jeszcze mniej — zaglądać, czy napisali.
I tego właśnie Studiu Opinii bardzo nie życzę.
`Krzysiu, zamiast tu, piszę w felietonie „Oxford pod gruszą”.
NIE O LICZBĘ FELIETONÓW TU CHODZI
Po lekturze tekstu Redaktora Wojciecha Kuszki i komentarzy mam wrażenie, że zasadniczy problem został przesunięty na bok. Nie chodzi przecież o to, czy redakcja publikuje wszystkie teksty Krzysztofa Bielejewskiego. Skoro autor przesyła ich kilka dziennie, a redaktor przyjmuje jeden albo jeden na kilka dni, to w tej sprawie redaktor ma oczywiście rację.
Problem jest inny. Dotyczy tego, co Bielejewski robi po opublikowaniu tekstów swoich i cudzych.
„Studio Opinii” jest pismem, w którym autorzy i czytelnicy rozmawiają ze sobą w komentarzach. Wielu autorów publikuje rzadziej nie dlatego, że nie ma nic do powiedzenia, ale dlatego, że zanim coś napisze, czyta, porządkuje materiał, waży słowa i zastanawia się, czy rzeczywiście ma do przekazania coś nowego. Sam Bielejewski wyjaśnia natomiast, że pisze dużo, ponieważ się nudzi, ma dużo czasu, obserwuje świat przez ekran i zaczyna pisać, gdy coś go bawi albo irytuje.
To wyjaśnienie nie jest jeszcze uzasadnieniem szczególnej obecności w całej przestrzeni dyskusji. Można mieć dużo czasu i pisać wiele dobrych tekstów. Nie wynika z tego jednak prawo do komentowania niemal każdego artykułu i każdego poważniejszego komentarza.
Bielejewski przyjmuje w „Studiu Opinii” kilka ról naraz. Jest autorem, polemistą, recenzentem cudzych wypowiedzi, nauczycielem argumentacji, interpretatorem intencji i nieformalnym moderatorem. Ocenia, kto ma argument, kto tylko rzuca epitet, kto czegoś nie rozumie, kto przesadza, a kto zasługuje na pochwałę. Czasem zwraca uwagę osobom znanym i szanowanym, czasem kpi z mniej rozpoznanych (przez niego) rozmówców. Zwykle robi to dowcipnie, ale dowcip nie zmienia skutku.
Pod moim tekstem o Klubach Radykalnego Centrum nie ograniczył się do polemiki z argumentami. Przedstawił mnie jako „gorącego wielbiciela inicjatywy”, który tworzy „instrukcję BHP dla rozmowy przy serniku” i powołuje „komisję do spraw metodologii rozmowy”. Prof. Matczak i jego inicjatywa zostali przedstawieni za pomocą takich określeń jak „bojowa porcelana”, „agresywna letniość”, „ekstremistyczny budyń” czy „korzenie trawy przysłane kurierem”.
Można uznać to za udaną satyrę. Nie można jednak twierdzić, że była to wyłącznie polemika z tezami. Była to również karykatura autora, profesora i całego przedsięwzięcia. Zamiast odpowiedzieć tylko na argumenty, Bielejewski podpowiedział czytelnikom, jak należy postrzegać ludzi, z którymi polemizuje.
Pod moim artykułem o Powstaniu Warszawskim sytuacja była podobna. Bielejewski miał pełne prawo przedstawić odmienną ocenę roli gen. Sosnkowskiego. Następnie jednak rozwinął polemikę w osobny tekst, a później odpowiadał mnie, Zbigniewowi, prof. Obirkowi i innym komentatorom. Jeden artykuł stał się więc punktem wyjścia do kilku kolejnych wystąpień tego samego autora. Nie chodzi o liczbę słów, tylko o proporcję i zajmowaną przestrzeń, oraz manierę występowania w roli moderatora i surowego „recenzenta”.
W odpowiedzi na komentarz Andrzeja, który nazwał jego felietony „polityczną grafomanią”, Bielejewski zauważył, że same epitety nie są jeszcze argumentami. Ale zamiast ograniczyć się do tego stwierdzenia, odpowiedział kpiną z czytelnika, jego sposobu czytania i powoływania się na nieżyjących redaktorów.
Wobec Bunga, który zwrócił uwagę na częstotliwość publikacji i komentowania, pojawiła się ironia o „trosce o czas czytelników”.
Pani Soni, która użyła porównania do Gierka, zaserwował żarty o kontroli portalu, serwera i pogody nad Warszawą.
Szczególnie charakterystyczna była odpowiedź Izydorowi, który przywołał kilka przysłów, aby zwrócić uwagę na możliwy nadmiar jednego autora: „co za dużo, to niezdrowo” oraz „dwa grzyby w barszcz”. Bielejewski nie odpowiedział na istotę tej uwagi, tylko rozwinął metaforę barszczu. Stwierdził, że jeśli redakcja wkłada jego grzyb do garnka, to najwyraźniej uważa, że zupa na tym nie traci, a czytelnik może grzyba odłożyć na brzeg talerza, pójść do konkurencyjnej restauracji albo po prostu nie czytać. Następnie zasugerował, że przeciwnicy jego nadmiernej obecności są zarazem jego „najwierniejszymi czytelnikami”.
To znów jest dowcipna odpowiedź, ale nie jest odpowiedzią na pytanie o proporcje i charakter wspólnego pisma. Izydor nie domagał się zakazu publikowania ani nie twierdził, że czytelnik jest przymusowo karmiony Bielejewskim. Zwrócił uwagę na zjawisko, które może wpływać na odbiór całego portalu. Sprowadzenie tej uwagi do wyboru między „odłożeniem grzyba” a „pójściem do konkurencyjnej restauracji” oznacza zastąpienie rozmowy o odpowiedzialności autora i redakcji argumentem konsumenckim: jeśli coś się nie podoba, proszę tego nie czytać.
Tymczasem czytelnik ma prawo nie tylko wybierać pojedyncze teksty, lecz także oceniać proporcje, ton i kierunek pisma, które współtworzy swoją uwagą oraz komentarzami. Odpowiedź Bielejewskiego pokazuje więc raz jeszcze jego stałą manierę: zamiast rozważyć krytyczną uwagę, przekształca ją w żart, a następnie przedstawia krytyka jako osobę szczególnie zainteresowaną jego twórczością.
Takie odpowiedzi są sprawne literacko, ale są nie fair. Polemista posługujący się dużą swobodą językową i możliwością wielokrotnego odpowiadania uzyskuje przewagę nad rozmówcą, który napisał jeden komentarz. Jedna strona przedstawia argument, druga może go ośmieszyć, objaśnić, zinterpretować i zakończyć rozmowę własną puentą.
Nawet najnowsza dyskusja pod tekstem redaktora Kuszki pokazuje ten mechanizm. Bielejewski odpowiada redaktorowi, prof. Obirkowi i Zbigniewowi, a następnie odpowiada Zbigniewowi ponownie. Przy okazji wyjaśnia, że korzysta ze sztucznej inteligencji AI, co samo w sobie nie jest niczym nagannym. AI może być narzędziem wyszukiwania, porządkowania materiałów, korekty i szukania kontrargumentów. Nie o to jednak chodzi w tym sporze.
AI może wyjaśniać, dlaczego Bielejewski pisze szybko. Nie wyjaśnia, dlaczego tak często przejmuje rozmowę w komentarzach. Nie odpowiada też na pytanie, czy autor, który mówi, że pisze z nudów i ponieważ coś go irytuje, powinien automatycznie stawać się recenzentem niemal każdej wypowiedzi innych autorów.
Ponieważ sam korzystam z asystenta AI Perplexity warto czytelnikom przybliżyć kilka informacji. Aby napisać tekst w stylu i długości przeciętnego felietonu czy porównywalnego długiego komentarza K. Bielejewskiego asystent AI potrzebuje zależnie od tematyki od 15 sekund do około 1 minuty. Teoretycznie zatem można dziennie wytworzyć olbrzymią ilość tekstów z których każdy będzie podobnie erudycyjny, dowcipny i obfity treściowo. To wyjaśnia „płodność” tego autora. Wyjaśnia także, że sprawność retoryczna, satyryczna, ironiczna i językowa nie są umiejętnością autora a modeli AI, które wykorzystuje. Nie wyjaśnia natomiast wielu jego ról, które z jakichś, sobie tylko znanych względów, efektywnie wypełnia na SO.
Nie zarzucam Bielejewskiemu, że nie ma nic do powiedzenia. Przeciwnie — ma własny styl, szybkość reakcji i umiejętność formułowania celnych zdań. Ale „mieć coś do powiedzenia” nie oznacza jeszcze konieczności komentowania wszystkiego. Autor może być błyskotliwy, a mimo to powinien wiedzieć, kiedy pozostawić cudzą wypowiedź bez własnej oceny.
Problemem nie jest więc samo publikowanie Bielejewskiego ani korzystanie przez niego z AI. Problemem jest powtarzalna maniera: od krytyki argumentu przechodzi do oceny autora, od odpowiedzi do pouczenia, od polemiki do recenzowania rozmówcy, a od komentarza do roli nieformalnego moderatora.
Nie chodzi o „Studio Opinii” bez Bielejewskiego. Chodzi o to, aby Bielejewski był jednym z uczestników rozmowy, a nie jej stałym prowadzącym. Ma prawo do własnych felietonów, ironii i polemik. Inni autorzy i czytelnicy mają jednak równie ważne prawo do tego, aby nie być za każdym razem interpretowanymi, ocenianymi, pouczanymi i poprawianymi przez jednego, szczególnie aktywnego uczestnika dyskusji, tym bardziej kiedy wiadomo, że to nie wybitna osobowość komentatora, ale wszechstronna „omnibusowość” asystenta AI stoi za tymi wpisami.
WIELU AUTORÓW STUDIO OPINII DOKŁADNIE I Z NAMYSŁEM WIE CO MA DO POWIEDZENIA I TO WŁAŚNIE MÓWI. TYMCZASEM W PRZYPADKU K. BIELEJEWSKIEGO MAM WRAŻENIE, ŻE MÓWI CO WIE, A ŚCIŚLEJ MÓWI ZNACZNIE WIĘCEJ NIŻ WIE, BO TO SZTUCZNA INTELIGENCJA (AI) PRZEMAWIA W JEGO TEKSTACH.
NIE CHODZI O TO, ŻE BIELEJEWSKI MÓWI ZA DUŻO. CHODZI O TO, ŻE ZBYT CZĘSTO ZACHOWUJE SIĘ TAK, JAKBY OPRÓCZ WŁASNEGO ZDANIA MIAŁ RÓWNIEŻ PRAWO DO OCENIANIA WSZYSTKICH CUDZYCH ZDAŃ.
Tu całkowicie się ze Sławkiem zgadzam. Mnie również razi protekcjonalny niekiedy ton wpisów Krzysztofa Bielejewskiego pod tekstami innych autorów, przypominający mi komentarze, jakimi pani od polskiego opatrywała oceny naszych wypracowań domowych. Autor komentarza zdaje się czasem nie tyle polemizować z rozmówcą, ile wystawiać mu stopień — pochwalić za trafne spostrzeżenie, wskazać błąd w rozumowaniu albo pouczyć, jak należało sformułować argument. Nawet jeśli robi to dowcipnie i sprawnie, może to być dla autora komentowanego tekstu zwyczajnie irytujące.
I rzeczywiście jest to kwestia zupełnie inna niż liczba felietonów Bielejewskiego publikowanych w SO. O tym, co ukazuje się na stronie, decyduje redakcja i za te proporcje odpowiedzialność ponoszę ja. Natomiast sposób, w jaki autor uczestniczy później w dyskusji pod tekstami własnymi i cudzymi, jest już jego wyborem. Dlatego argument Sławka, że problemem nie musi być sama liczba publikacji, lecz także sposób obecności ich autora w dyskusjach, uważam za wart poważnego potraktowania.
Nie szedłbym natomiast za Sławkiem tak daleko w przypisywaniu AI autorstwa erudycji, dowcipu czy sprawności polemicznej Krzysztofa. Narzędzie może w tym wszystkim bardzo pomagać, ale ktoś musi jeszcze wiedzieć, co chce za jego pomocą powiedzieć — i zdecydować, w jaki sposób będzie się nim posługiwał. Podobnie zresztą protekcjonalnego tonu komentarzy nie można zrzucić na AI. Jeśli taki ton się w nich pojawia, odpowiada zań ten, kto komentarz podpisuje.
Panie Wojtku, ten zarzut przyjmuję poważniej niż poprzedni, bo przynajmniej dotyczy rzeczy, za którą rzeczywiście odpowiadam ja, a nie ChatGPT, Perplexity, Bill Gates ani tajny departament sztucznej inteligencji do spraw Studia Opinii.
Istotnie, mogę czasem brzmieć jak nauczyciel sprawdzający wypracowanie. Mam na swoje usprawiedliwienie okoliczność obciążającą: jestem nauczycielem i wykładowcą. Przez wiele lat zawodowo analizowałem cudze rozumowanie, wskazywałem błędy, pytałem „z czego to wynika?”, „gdzie jest dowód?” i „czy aby na pewno?”. Po kilkudziesięciu latach człowiekowi pewne odruchy zostają. Jednemu strzyka w kolanie, mnie czasem strzyka w argumentacji.
Jeżeli więc mój ton bywa protekcjonalny — przyjmuję uwagę i postaram się pilnować, żeby zamiast czerwonego długopisu częściej używać ołówka.
Nie chciałbym jednak, żebyśmy przy okazji pomylili ocenę argumentu z oceną człowieka.
Jeżeli piszę, że ktoś coś trafnie zauważył, to go nie pasuję na ucznia miesiąca. Jeśli wskazuję błąd logiczny albo sprzeczność, nie wystawiam oceny z zachowania. Robię dokładnie to, czego oczekuję wobec własnych tekstów: proszę mnie łapać za słowo, pokazywać błąd, wytykać niekonsekwencję i mówić wprost, że bredzę — byle z argumentem.
Nigdy nie miałem problemu z ostrą polemiką. Mam natomiast alergię na sytuację, w której zamiast „tu się mylisz, ponieważ…” dostaję „grafoman”, „AI pisze za ciebie”, „jest cię za dużo” albo „powinieneś wiedzieć, kiedy milczeć”. To nie są argumenty. To są karteczki samoprzylepne.
I jeszcze jedna rzecz. Felietonista oraz polemista z natury rzeczy ocenia cudze tezy. Inaczej pozostałoby nam pisać wyłącznie: „interesujący tekst, dziękuję Autorowi”. Studio Opinii po tygodniu przypominałoby księgę pamiątkową na jubileuszu profesora.
Ale Pańską uwagę zapamiętam. Może rzeczywiście czasem zbyt szybko włącza mi się tryb wykładowcy i zamiast powiedzieć „nie zgadzam się”, zaczynam odruchowo wyjaśniać, dlaczego delikwent źle rozwiązał zadanie.
To wada zawodowa.
Na szczęście emerytura robi postępy.
Jeszcze parę lat i być może przestanę stawiać stopnie.
Choć obawiam się, że dwóję za brak argumentów nadal będę wystawiał bez litości.
Panie Krzysztofie, też przez wiele lat byłem nauczycielem akademickim, ale nie korci mnie, by wszystkich wkoło pouczać. Cieszy mnie deklaracja, że postara się Pan pilnować, by zamiast czerwonego długopisu częściej używać ołówka. I chcę wierzyć, że inteligencja emocjonalna, empatia i poczucie taktu podpowiedzą Panu, kiedy lepiej nie używać niczego.
Panie Sławku, dziękuję za ten obszerny akt oskarżenia. Muszę przyznać, że jest w nim pewien urok: aby udowodnić, że za dużo piszę, za dużo komentuję i zajmuję za dużo miejsca, napisał Pan o mnie tekst tak długi, że podczas lektury zdążyłem prawie zatęsknić za własnymi felietonami.
Co więcej, cytuje Pan moje odpowiedzi Bungo, Sonii, Izydorowi, Andrzejowi, profesorowi Obirkowi, Zbigniewowi, przypomina Pan tekst o Matczaku, Powstaniu Warszawskim, AI, barszczu, grzybach i prawdopodobnie jeszcze kilka rzeczy, o których sam zdążyłem zapomnieć.
Muszę więc ze wzruszeniem powtórzyć to, co już kiedyś napisałem: najbardziej niepokojąco wiernych czytelników mam najwyraźniej wśród osób, które uważają, że powinno być mnie mniej.
Ale przejdźmy do rzeczy.
Pisze Pan, że nie mam „prawa” komentować niemal każdego artykułu i poważniejszego komentarza. Otóż tu pojawia się pierwsze nieporozumienie. Nie znam w Studio Opinii systemu koncesyjnego na polemikę. Jeżeli pod tekstem znajduje się rubryka „komentarze”, rozumiem ją jako zaproszenie do komentowania. Nie jako formularz, w którym autor pierwszej wypowiedzi otrzymuje prawo do spokoju po jednym głosie krytycznym.
Pan pisze. Ja odpowiadam. Pan może odpowiedzieć mnie. Ja znowu Panu. W pewnym momencie któreś z nas przestaje, bo idzie zrobić herbatę.
Tak właśnie wygląda dyskusja.
Nie jestem moderatorem Studio Opinii. Nie mam przycisku „usuń Sławka”, „pochwal Obirka” ani „wyślij Izydora do poczekalni”. Jestem uczestnikiem rozmowy. To, że odpowiadam częściej niż Pan, świadczy wyłącznie o tym, że odpowiadam częściej niż Pan.
Trochę osobliwe jest również Pańskie odkrycie, że w satyrze pojawia się karykatura. Istotnie, nazwałem KRC „bojową porcelaną”, pisałem o „ekstremistycznym budyniu” i instrukcji BHP do rozmowy przy serniku.
Przyznaję się.
To był felieton.
Felieton posiada tę nieprzyjemną właściwość, że nie przypomina protokołu z posiedzenia komisji rewizyjnej. Wyolbrzymia, karykaturuje, zestawia rzeczy poważne z niepoważnymi i czasami robi z profesora budyń. Gdyby obowiązkiem felietonisty było odpowiadać wyłącznie na argumenty przeciwnika w sposób wolny od ironii, należałoby natychmiast zamknąć pół historii polskiej publicystyki, a Kisielowi pośmiertnie wystawić mandat.
Pisze Pan również, że moja odpowiedź może dawać mi „przewagę” nad rozmówcą, ponieważ potrafię jego argument ośmieszyć i zakończyć własną puentą.
Panie Sławku, to jest naprawdę niezwykły zarzut.
Że polemista potrafi polemizować.
Jeżeli moja puenta jest dobra — proszę napisać lepszą. Jeżeli argument jest nietrafny — proszę go rozbić. Jeżeli bredzę — proszę pokazać gdzie. Ale oczekiwanie, że będę odpowiadał mniej sprawnie, żeby rozmówca nie czuł dyskomfortu, przypomina żądanie wobec tenisisty, żeby przy drugim secie zaczął serwować lewą ręką, ponieważ przeciwnik przegrał pierwszego.
Najbardziej zainteresował mnie jednak finał Pańskiego wywodu o sztucznej inteligencji.
Pisze Pan, że skoro Perplexity potrafi w kilkadziesiąt sekund wytworzyć felieton, to moja „sprawność retoryczna, satyryczna, ironiczna i językowa” nie jest moją umiejętnością, lecz umiejętnością modelu AI.
To już nie jest argument.
To jest wróżenie z laptopa.
Sam Pan korzysta z AI, więc powinien Pan wiedzieć, że ten sam model można poprosić o analizę konstytucyjną, limeryk o kalafiorze albo przemówienie prezesa spółdzielni mieszkaniowej. W każdej wersji wykona zadanie. Z tego nie wynika jeszcze, że człowiek, który wybiera temat, stawia tezę, dobiera źródła, odrzuca bzdury, zmienia konstrukcję, skraca, dopisuje, poprawia, narzuca ton i ostatecznie podpisuje tekst własnym nazwiskiem, jest jedynie portierem wpuszczającym AI do budynku.
Mógłby Pan równie dobrze dowodzić, że skoro aparat fotograficzny sam ustawia ostrość, Cartier-Bresson był tylko właścicielem palca.
Nie ukrywam, że korzystam z AI. Pisałem o tym otwarcie. Używam takich narzędzi do wyszukiwania danych, analiz, zestawień, skrótów, korekty i sparingu intelektualnego. Z podobnych technik korzystałem zawodowo na długo przed pojawieniem się ChatGPT.
Ale to ja jestem liberałem.
To ja mam swoje doświadczenia.
To ja mam swoje poglądy.
To mnie jedni politycy śmieszą, inni irytują, a jeszcze inni dostarczają materiału, którego nie wymyśliłaby żadna maszyna, bo maszyna ma jednak pewne granice absurdu.
AI nie obudziła się pewnego dnia i nie pomyślała: „Ten Sławek z KRC trochę przesadza”.
To akurat zrobiłem sam.
Pańskie doświadczenie z Perplexity dowodzi jedynie, że można szybko wygenerować dużo tekstu. Owszem. Można też kupić fortepian i w ciągu jednego popołudnia wydobyć z niego więcej dźwięków niż Chopin przez tydzień.
Pozostaje drobny problem, co z tych dźwięków wynika.
I na końcu dochodzimy do sedna Pańskiego komentarza. Chciałby Pan, żebym wiedział, kiedy pozostawić cudzą wypowiedź bez własnej oceny.
Zapewniam Pana, że wiem.
Robię to codziennie wobec tysięcy tekstów.
Pański dzisiejszy komentarz po prostu do nich nie należał.
Bo ma Pan oczywiście prawo uważać, że jestem nadaktywny, irytujący, zbyt obecny, nazbyt złośliwy i że komentuję więcej, niż Pańskim zdaniem wypada. Ma Pan nawet prawo uważać, że jestem grafomanem wspomaganym procesorem.
Nie ma Pan natomiast prawa oczekiwać, że skoro wydał Pan tę opinię, to ja mam ją uszanować poprzez milczenie.
To byłaby bardzo osobliwa koncepcja wolności dyskusji: Pan ma prawo mnie ocenić, a dowodem mojej dojrzałości ma być to, że się nie odezwę.
Na szczęście Studio Opinii nazywa się Studio Opinii, a nie Studio Jednej Opinii i Uprzejmego Przytakiwania Pozostałych.
I jeszcze jedno.
Jeżeli uważa Pan, że często bredzę — proszę to wykazywać. Punkt po punkcie. Z faktami, argumentami, źródłami. Chętnie się pomylę i chętnie przyznam do błędu.
Ale jeżeli odpowiedzią na moją złośliwość ma być teza, że właściwie nie ja jestem dowcipny, nie ja analizuję, nie ja formułuję sądy, tylko wszystko robi za mnie komputer, to obawiam się, że właśnie wykonał Pan ten manewr, który zarzuca mnie: zamiast rozprawić się z argumentem, postanowił Pan rozprawić się z autorem.
Tyle że zrobił Pan to bez puenty.
Więc pozwoli Pan, że tę część nadal będę wykonywał osobiście.
Panie Krzysztofie, po lekturze Pańskich odpowiedzi pod artykułem redaktora Kuszki widzę, że nie odpowiada Pan na zasadniczy zarzut, lecz przesuwa dyskusję na kwestie poboczne: swoje prawo do komentowania, używanie ironii, możliwość nieczytania Pańskich tekstów oraz udział AI w ich powstawaniu.
Nikt nie kwestionuje Pańskiego prawa do publikowania, polemizowania ani korzystania z narzędzi AI. Problem dotyczy czegoś innego: powtarzającego się tonu mentorsko-recenzującego oraz występowania przez Pana w roli osoby oceniającej argumenty, intencje i sposób myślenia innych autorów oraz komentatorów.
Napisał Pan: „Robię to codziennie wobec tysięcy tekstów”, odpowiadając na zarzut, że powinien Pan czasem pozostawić cudzą wypowiedź bez własnej oceny. Właśnie ta deklaracja dobrze pokazuje istotę problemu: komentowanie i ocenianie cudzych tekstów traktuje Pan niemal jako stały obowiązek, a nie jako własny wybór, który również może podlegać ocenie innych uczestników „Studia Opinii”.
Pańskie odpowiedzi pod tym artykułem nie przekonały mnie, że ten problem Pan dostrzega. Przeciwnie — uznaję, że potwierdziły opisywany przeze mnie sposób reagowania. W tej sytuacji dalsza polemika nie ma dla mnie sensu. Swoje stanowisko przedstawiłem i na tym kończę dyskusję.
„Kumo chwalą nas…Kto????? Wy mnie a ja was”. Pan Bielejewski jak ma takie parcie na tekst, to niech pisze; „Daj mu Boże zdrowie”. Kilka, kilkanaście, nawet kilkadziesiąt felietonów dziennie. No musi…bo inaczej się udusi.. Irytujące jest zachowanie pana Bielejewskiego oceniające felietony, teksty innych autorów ex cathedra. Dotyczą budowy, formy felietonu czy stylu. Traktuje autorów jak uczniaków, i nie ma w tym żadnego humorystycznego dystansu. Nie spotkałem się z takim zachowaniem u innych autorów tego portalu, a jestem stałym bywalcem od kilkunastu lat.Pozdrawiam.
Panie Stanie, dziękuję za „Daj mu Boże zdrowie”. Zdrowie biorę bez dyskusji, felietonów kilkudziesięciu dziennie jednak nie obiecuję, bo Wojciech Kuszko musiałby zatrudnić ochronę.
Co do „parcia na tekst” — coś w tym jest. Jedni spacerują, inni łowią ryby, jeszcze inni godzinami oglądają mecze. Ja czytam, obserwuję, analizuję i piszę. Rzeczywiście, gdybym długo nie pisał, mógłbym się zacząć dusić, choć lekarze na razie nie wpisali felietonu do oficjalnych metod leczenia niewydolności oddechowej.
Natomiast Pański drugi zarzut przyjmuję do wiadomości, podobnie jak wcześniejszą uwagę Wojciecha Kuszki. Mogę czasem brzmieć jak człowiek mówiący ex cathedra. Mam nieszczęście być z zawodu również nauczycielem i wykładowcą, więc przez dziesięciolecia zawodowo pytałem ludzi: „dlaczego?”, „na jakiej podstawie?”, „co z tego wynika?” i „czy to się trzyma kupy?”. Takie nawyki schodzą wolniej niż cholesterol.
Nie zgadzam się natomiast, że ocenianie budowy, stylu czy argumentacji tekstu jest czymś niestosownym. Tekst po publikacji przestaje być porcelanową figurką, którą należy oglądać zza sznurka. Można powiedzieć, że jest świetny, źle skonstruowany, przegadany, banalny albo że autor strzela ślepą amunicją. Oczywiście pod warunkiem, że potrafi się wyjaśnić dlaczego.
I właśnie tego staram się pilnować: recenzuję tekst, nie świadectwo moralności autora. Jeśli czasem przekraczam tę granicę albo ton brzmi protekcjonalnie — to cenna uwaga i będę na nią uważał.
Nie bardzo natomiast wierzę, że w moich komentarzach „nie ma żadnego humorystycznego dystansu”. Gdy piszę o instrukcji BHP do rozmowy przy serniku, ekstremistycznym budyniu czy komisji do spraw metodologii lemoniady, można mi zarzucić wiele, ale chyba nie brak usiłowania żartu.
Być może problem polega na czymś innym: żart opowiadany o nas samych śmieszy statystycznie słabiej niż żart o sąsiedzie. To zjawisko znane znacznie dłużej niż Studio Opinii.
Skoro jest Pan stałym czytelnikiem od kilkunastu lat, tym bardziej Pańską uwagę szanuję. Postaram się rzadziej wyciągać czerwony długopis.
Ale całkiem go nie wyrzucę.
Bo gdy tekst coś twierdzi, autor musi się liczyć z tym, że ktoś zapyta: „A właściwie dlaczego?”
Inaczej Studio Opinii musielibyśmy przemianować na Studio Wzajemnych Gratulacji.
A to chyba byłoby znacznie bardziej irytujące niż Bielejewski.
Jakże ja uwielbiam polemiczne odpowiedzi! Przecież dopiero adresat razem z autorem stanowią o sensie artykułu! No i jest ruch w interesie! A jednocześnie mrawa dyskusja o treści artykułu dowodzi, że wzbudził zainteresowanie, został przeczytany i zasłużył na wyrażenie opinii. Czyli autor powinien skakać z radości, że napisał tak dobry tekst, że opatrzono go komentarzem. Lecz nasz kochany Sławek uwziął się, by uczynić z tego zarzut. Sprowadzając problem do absurdu, rzec by można, iż dobra artykuła to ta, co przechodzi bez echa.
Szkoda, że zamiast wdawać się w bezpłciowe wystawianie Bielejewskiemu negatywnych ocen, nie skupiamy się na tym, co dla SO istotne. A mianowicie na ponownym ożywieniu pisma poprzez utworzenie mechanizmu zachęcającego dobrych publicystów do nadsyłania swoich tekstów. Oraz na pomocy Wojtkowi w prowadzeniu pisma.
Szanowni Państwo (głównie Panowie), kiedy czytam Wasze komentarze, to zaczynam się zastanawiać, jaki jest cel całej tej dyskusji. Dyskutujecie Panowie, czy tekstów jest zbyt dużo czy zbyt mało, czy autor korzysta z AI czy nie korzysta, czy język używany w komentarzach Was obraża, czy nie.. Ja również jestem stałym bywalcem tutaj od wielu lat i przyznam, że taką dyskusję widzę po raz pierwszy. Komentarz p. Krzysztofa pod innym artykułem bardzo mi się spodobał – Studio Opinii to portal internetowy, a nie stołówka zakładowa – nie ma obowiązku czytania czegoś, co bardzo nam nie pasuje i z czym permanentnie się nie zgadzamy. Autor wysyła wiele felietonów – super, SO nie cierpi na nadmiar autorów, korzysta z AI – jeszcze lepiej, bo taka jest przyszłość. Z całym szacunkiem do szanownych autorów i komentatorów, jestem z pokolenia trochę młodszego, nie mam tak wielkich dokonań jak Autorzy, nie byłem dyplomatą, wykładowcą, a komputer z DOS zobaczyłem dopiero na studiach. Ale zakładam, że nikt z Autorów nie czuje się obrażony komentarzami p. Krzysztofa, bo dobór słów albo porównań się nie spodobał. Zakładam, że nikt nie jest tak wrażliwy na swoim punkcie, że czasami lekko zgryźliwy komentarz odbiera komuś szacunek, dokonania czy splendor przeszłości. Korzystanie z AI – świetnie, że p. Krzysztof potrafi zaprząc agentów do wykonywania takiej pracy – tego na świecie uczą się już dzieci w szkołach. I pomimo, że większość Autorów ma tutaj wielkie dokonania,. to uwaga, Olga Tokarczuk korzysta z AI pisząc swoje książki. Z całym szacunkiem dla Was – jeżeli noblistka się do tego przyznaje, to jednak coś to znaczy. Myślę, że świat zmienia się tak dynamicznie, że trudno za nim nadążyć dzisiejszej młodzieży. Autorzy SO są w większości już bardzo doświadczonymi ludźmi i domyślam się, że mają jeszcze większe trudności z nadążaniem za technologią. Przypomnę, że nawet Albert Einstein, największy geniusz fizyki XX wieku nigdy nie pogodził się z fizyką kwantową – Bóg przecież nie gra w kości. Domyślam się, że dla większości autorów i czytelników wyobrażenie profesora uniwersytetu to garnitur, okulary i poważny wyraz twarzy, wypowiadający zdania z namaszczeniem o mocy dogmatu w kościele. Świat się jednak zmienił – przywołam tutaj tylko jeden przykład: prof. Andrzej Dragan – człowiek w jeansach, z tatuażami, używający prostego języka. A jednak – jeden z najbardziej wybitnych polskich fizyków. Myślę, że nie powinniśmy tutaj roztrząsać dylematów czy felietonów jest zbyt dużo, co powiedzieliby ojcowie założyciele, itp. Tutaj każdy ma wybór co czyta, z czym się zgadza a z czym nie. I koniec. Bo zaczynam dostrzegać tutaj typową polską kłótnię (już nie dyskusję) o nic. Nasuwa mi się porównanie z wydarzeniami sprzed kilku miesięcy. W wypadku samochodowym zginął Łukasz Litewka – polski parlamentarzysta, ale głównie wielki społecznik. Śledziłem dokonania tego człowieka. Stworzył wokół siebie wielką społeczność ludzi, którzy potrafili otworzyć portfele na jeden jego post w jakiejś sprawie: zebraniu pieniędzy na operację dla dziecka, wsparciu schroniska dla zwierząt, zebraniu opału na zimę. To był człowiek, który w 24h potrafił zebrać 16 mln złotych na operację w USA. Ale wystarczyło, żeby go zabrakło i cała wielka społeczność się rozsypała. Powstały 2 fundacje, które są skłócone, i jak to u nas – zmarnowaliśmy cały ten wielki potencjał. Nie chciałbym, aby to samo stało się z SO. Zapewne mój komentarz zginie tutaj i niewielu go przeczyta, ale jeżeli ktoś się nad nim zastanowi to będzie już wiele. Nie zmarnujmy naszego SO.
Szanowny Panie Macieju,
rozumiem Pańską troskę o Studio Opinii. Wielu z nas jest z tym miejscem związanych i właśnie dlatego warto rozmawiać nie tylko o jakości pojedynczych tekstów, lecz także o tym, jak funkcjonuje cała wspólnota autorów i czytelników.
Nikt w tej dyskusji nie proponuje zakazu publikowania ani komentowania. Nie chodzi również o to, czy ktoś może czytać felietony Bielejewskiego — oczywiście, że może. Chodzi o proporcje i o sposób obecności jednego autora w portalu.
Problemem jest bardzo duża liczba publikowanych i zamieszczanych pod tekstami komentarzy, często obszernych, pojawiających się w niezwykle krótkim czasie i przejmujących znaczną część dyskusji. Sam autor przyznał, że korzysta przy ich tworzeniu z narzędzi AI. Nie kwestionuję jego prawa do korzystania z nowych technologii. Pytanie brzmi jednak, czy masowa produkcja takich treści nie ogranicza miejsca dla innych autorów i nie zniechęca ich do publikowania.
Nie chodzi o jedną dzisiejszą wymianę zdań, lecz o zjawisko obserwowane od wielu miesięcy, co najmniej od połowy listopada 2025, kiedy zaczęły pojawiać sie pierwsze oznaki, że poważni autorzy rozważają zaprzestanie publikowania na SO. Dlatego bardzo dobrze się stało, że redaktor Wojciech Kuszko zdecydował się tę sprawę publicznie omówić, zamiast pozostawiać ją wyłącznie w prywatnych rozmowach.
Mam nadzieję, że dyskusja nie doprowadzi do ograniczenia obecności Bielejewskiego, lecz do znalezienia proporcji, które pozwolą również innym autorom czuć, że Studio Opinii jest ich miejscem. Nie chciałbym, aby portal z wieloma głosami stał się miejscem, w którym jeden bardzo aktywny autor dominuje nad całą rozmową.
Podobnie jak Panu zależy mi na Studio Opinii — żeby pozostało portalem wielu autorów, a nie przestrzenią zdominowaną przez jedno pióro.
Szanowny Panie Slawku,
Bardzo dziękuję za Pana komentarz. Jak Pan zauważył, zależy mi na tym portalu, bo znajduję tutaj wiele wartościowych treści i opinii, które piszą ludzie mądrzejsi ode mnie i na podstawie tych opinii potrafię wyrobić sobie zdanie na określony temat. Mam jednak mały problem z Pana wypowiedzią, kiedy zderzam ją z artykułem red. Wojciecha Kuszko (tutaj bardzo dziękuję za kontynuowanie misji związanej z SO, po odejściu red. Misia). Pisze Pan w komentarzu, że problemem jest nadmiar obecności jednego autora na łamach portalu, podczas gdy red. Kuszko pisze, ze byłby to problem, gdyby felietony p. Bielejewskiego były faworyzowane kosztem innych piszących autorów. Ale tak nie jest. Pozwalam sobie domniemywać, ze reszta autorów nie wysyłając tekstów do publikacji czuje się stłamszona, zignorowana albo po prostu niedoceniana, że w puste miejsce, umieszczany jest aktualny felieton. Przyznam, że trudno to zrozumieć. Jezeli wg słów red. Kuszko jedynym cenzurowanym autorem jest p. Bielejewski, bo wysyła nadmiernie dużo tekstów, to dlaczego pozostali Autorzy czują się pomijani, niedoceniani, za mało zauważani, itp.? Czy lepszy jest aktualny tekst, czy puste miejsce, które czeka na artykuł? Po pierwszym przeczytaniu Pana komentarza, zwróciłem uwagę na jedną rzecz – nie na to, co Pan napisał, ale właśnie na to, czego w tym tekście nie było. Nikt w komentarzach i Pan również powyżej nie odnosi się do jakości tekstów p. Krzysztofa Bielejewskiego. Gdyby przesyłane teksty były miałkie, nieadekwatne, nic nie wnoszące do aktualnej sytuacji to zrozumiałbym te wszystkie zastrzeżenia. Gdyby AI, którym wspiera się p. Krzysztof tworzyło coś, co w dzisiejszym nazewnictwie nazywa się AI slop – treści cyfrowe tworzone za pomocą generatywnej sztucznej inteligencji, które są postrzegane jako pozbawione wysiłku, jakości lub głębszego znaczenia oraz produkowane w dużej ilości – uważałbym, że cała ta dyskusja jest merytoryczna i zasadna. Ale nikt z komentujących nie podniósł tego argumentu. Z pozycji czytelnika wygląda to tak, ze część autorów czuje się zdegustowana dominacją jednego z autorów, pomimo, że sami nie dostarczają materiałów do publikacji. Czują, że teraz to już nie jest ich przestrzeń, bo jeden autor dostarcza, teksty, które pokazują, ze strona jest aktywna, żyje i podlega aktualizacjom (wydaje mi się, że taki cel przyświecał również red. Misiowi przy publikacji upustów żółci). Jestem zdania, ze ilość komentarzy pod artykułami stanowi wartość dodaną dla całego tekstu – im więcej ludzi może wypowiedzieć się na temat artykułu tym lepiej – i dla społeczności SO i dla algorytmów, które „scrapują” (przepraszam, za słowo ale nie wiem, które polskie jest lepsze – po prostu boty gigantów technologicznych przeczesują internet aby zebrać teksty, które pojawiają się następnie m.in w wyszukiwarkach. A to pozwala odnaleźć stronę SO innym osobom). Moim zdaniem wymiana zdań, opinii, zrozumienia tekstu pozwala również autorom na weryfikację własnego tekstu i własnych poglądów albo zrozumienie innych argumentów. Szanowni Autorzy – publikujcie proszę Wasze teksty. Nie tylko ja czytam je z uwagą, bo jest Was coraz mniej. Z różnych powodów (pomyślałem teraz o Jacku Pałasińskim, którego tekstów tutaj już nie ma. Ale pojawia się na youtube na kanale natemat). Publikujcie Wasze teksty – nikt Was nie dominuje, każdy z Was ma tutaj własną przestrzeń i własne miejsce. I na zespole autorów polega siła SO. Pozdrawiam.
Maciej
Rzeczywiście, jest w tym coś z nadmiernie atencyjnego traktowania ludzi zasłużonych. Należny im szacunek mylony jest z czołobitnością, a ten, co ośmiela się ich krytykować, uważany jest za warchoła. Istotnie, onegdajszy profesor kojarzy się z dostojeństwem, pompą i niedotykalnością nadętego majestatu. Dzisiejszemu, nie przeszkadza w wybitności byle tatuaż. Między innymi dlatego składam Panu podziękowania. Albowiem zimny prysznic na zacietrzewienie jest tym, co lubią tygryski.
Bardzo dziękuję za Pana komentarz i dopowiedzenie. Lepiej bym tego nie nazwał – dokładnie o to mi chodziło, kiedy należny szacunek mylony jest nieomylnym majestatem, zadawanie krytycznych pytań traktowane jest jak podważanie dogmatu i deprecjonowanie nieomylnego autorytetu. Dzisiaj to już nie szata i forma stanowi o wybitności, język zszedł z katedry na ulicę. Ale nie oznacza to, że dokonania profesora w jeansach z tatuażem opowiedziane zwykłym językiem i kwestionowane przez dociekliwego studenta stają się mniejsze, gorsze, albo nieważne. Wręcz przeciwnie, wielcy ludzie z zasady mają też sporo pokory, zarówno wobec siebie jak i wobec słuchaczy (przypomina mi się jeden z moich wybitnych profesorów, który na studiach traktował studentów z bardzo dużym szacunkiem, bo nie musiał sobie udowadniać, że jest dobry. Za to część młodych wykładowców świeżo po doktoracie na każdym kroku udowadniali studentom jakimi to są wybitnymi jednostkami). Pozdrawiam serdecznie,