Krzysztof Bielejewski: Sobota, czyli człowiek już nic nie musi, a świat nadal się stara12 min czytania

()


08.08.2026

Po siedemdziesiątce sobotni poranek ma jedną zasadniczą przewagę nad sobotnim porankiem człowieka trzydziestoletniego. Nie trzeba się zastanawiać, co zrobić z życiem. Większa część została już zrobiona. Można spokojnie zająć się jajkiem.

Jajko jest uczciwe. Nie ma programu wyborczego, nie zmienia partii, nie publikuje sprostowania i nie twierdzi po ugotowaniu, że zawsze było na miękko. Ma skorupkę, żółtko i jasną misję dziejową: dać się zjeść bez konieczności komentowania sytuacji geopolitycznej.

Niestety człowiek otwiera telefon i po jajku.

W Warszawie od południa mają dziś ćwiczyć nad Wisłostradą samoloty przygotowujące się do defilady wojskowej. Wojsko wychodzi na ulice, komponent lotniczy ma przelecieć nad Wisłą, kierowców czekają utrudnienia. Wszystko z okazji przygotowań do 15 sierpnia.

Dawniej, kiedy nad Warszawą nisko leciał samolot wojskowy, człowiek wyglądał przez okno. Dzisiaj najpierw sprawdza, czy to próba przed defiladą, rosyjski dron, prezydencka inicjatywa ustawodawcza czy dostawa z Temu.

Mam jednak do wojska sentyment. Zwłaszcza do wojska w sobotę rano, kiedy jest ono na tyle daleko, że słychać samolot, ale nie trzeba w nim siedzieć.

Z wiekiem stosunek człowieka do bohaterstwa bardzo się zmienia. Mając dwadzieścia lat, człowiek chętnie ruszyłby bronić granic, cywilizacji i honoru kolegi. Po siedemdziesiątce nadal jest gotów bronić cywilizacji, ale najpierw chciałby wiedzieć, czy będzie gdzie usiąść.

To nie tchórzostwo. To ortopedia. Młodość uważa, że dusza rządzi ciałem. Starość wie, że rządzi kolano. Naród może być gotów do największych poświęceń, ale jeżeli źle stanął przy wysiadaniu z tramwaju, kampania zostaje przełożona.

Lekarze zresztą nieustannie próbują nas pocieszać. Nowsze badania przypominają, że nawet krótki, regularny trening siłowy u osób po 65. roku życia może poprawić sprawność, a naukowcy coraz większą wagę przywiązują do stabilności tułowia, równowagi i zachowania samodzielności.

To bardzo miłe. Człowiek całe życie marzył o stabilności finansowej, emocjonalnej i politycznej, a na starość dowiaduje się, że najważniejsza była stabilność tułowia. Gdybym wiedział wcześniej, zamiast czytać ekonomistów, robiłbym przysiady.

Zresztą ekonomia także dostarcza powodów do optymizmu, choć jak zwykle pod warunkiem, że nie próbujemy jej zrozumieć. Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewiduje na ten rok wzrost polskiej gospodarki o 3,4 procent. Polska aspiruje również do bliższej obecności przy G20, a administracja Donalda Trumpa poparła nasze ambicje; teraz ważne będzie stanowisko Wielkiej Brytanii, która przewodniczy grupie.

Czyli jest dobrze. Polska rośnie. Chce wejść do G20. Inwestorzy kupują nasze nieruchomości. Tylko obywatel stojąc przy kasie nadal ma charakterystyczne wrażenie, że rozwija się ktoś inny. To odwieczna tajemnica makroekonomii. PKB rośnie w telewizji, a ser żółty w lodówce maleje. Ekonomista informuje, że konsumpcja jest silna, ponieważ ludzie dużo kupują. Człowiek patrzy na paragon i rozumie, dlaczego.

Szczególnie ciekawa jest narodowa dyskusja o zadłużeniu. Pojawiły się alarmistyczne twierdzenia, że Polska przekroczyła konstytucyjny próg długu, ale sprawa zależy od tego, jaką metodą dług liczymy: krajową czy unijną.

To bardzo polskie. Mamy dług, ale zależy, którym profilem go fotografujemy. Od przodu wygląda niepokojąco. Z boku jest europejski. Przy dobrym świetle można wrzucić na Instagram.

Człowiek po siedemdziesiątce zna ten mechanizm z własnego zdrowia. Według jednego lekarza jest całkiem nieźle. Według drugiego należałoby zrobić badania. Według wyników badań należałoby znaleźć trzeciego lekarza.

W efekcie zdrowie jest jak finanse publiczne: wszystko zależy od metodologii, a ostatecznie i tak trzeba brać tabletki.

Na Wall Street również panuje optymizm. S&P 500 zakończył piątek rekordem, między innymi dlatego, że słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy zmniejszyły oczekiwania na podwyżkę stóp procentowych.

To jest jedna z tych wiadomości, które najlepiej pokazują, dlaczego zwykły człowiek nigdy nie zostanie wybitnym inwestorem. Ludzie tracą pracę. Giełda rośnie. Człowiek rozsądny uważa to za złą wiadomość. Człowiek z Wall Street kupuje szampana.

Gdyby któregoś dnia ogłoszono, że pół Ameryki zostało zwolnione, ale Fed może obniżyć stopy o ćwierć punktu, indeks zapewne wzbiłby się tak wysoko, że trzeba byłoby wysłać po niego SpaceX.

Świat finansów przypomina człowieka cierpiącego na wyjątkowo skomplikowaną nerwicę: płacze z radości, gdy pojawia się zła wiadomość, bo zła wiadomość może spowodować dobrą reakcję na złą sytuację, co rynek wcześniej przewidział, ale nie do końca. Na końcu ekspert wyjaśnia wszystko po fakcie. Ekspert giełdowy jest zresztą bardzo podobny do politologa. Rano nie wie, co się wydarzy. Wieczorem dokładnie wie, dlaczego musiało się wydarzyć.

W polityce krajowej trwa nadal wielkie przemeblowanie. PiS traci część poparcia, Morawiecki buduje własny Rozwój Plus, Polska 2050 rozpada się i składa jednocześnie, a na rynku partii pojawia się coraz więcej produktów, choć liczba klientów pozostaje mniej więcej ta sama. Sondaże z początku sierpnia pokazują przy tym bardzo różne wyniki nowego ugrupowania Morawieckiego — w jednym badaniu wchodzi do Sejmu, w innym pozostaje pod progiem.

Polska scena polityczna przypomina obecnie galerię handlową po remoncie. Sklepy zmieniają nazwy. Właściciele przechodzą piętro wyżej. Manekiny dostają nowe marynarki. Towar pozostaje znajomy. Morawiecki odkrył centrum. PiS odkrył radykalizm. Hołownia odkrywa Hołownię. A wyborca odkrywa, że znowu stoi przed tym samym regałem, tylko promocję oznaczono większą czcionką.

Partii jest coraz więcej, bo najwyraźniej politycy zastosowali zasadę restauracyjną: jeżeli ludzie przestali przychodzić, trzeba zmienić nazwę lokalu, nie kucharza.

Zresztą po siedemdziesiątce człowiek patrzy na wszystkie te „nowe początki” z pewnym rozczuleniem. Nowa partia. Nowy ruch. Nowa konstytucja. Nowa Polska. Nowy ład. Nowe otwarcie. Nowa nadzieja. Ja przeżyłem już tyle nowych otwarć, że bardziej interesuje mnie, czy ktoś wreszcie zamknął drzwi.

Każde pokolenie polityków przychodzi przekonane, że właśnie odkryło problemy Polski. Centralizacja. Demografia. Mieszkania. Kolejki do lekarzy. Biurokracja. Edukacja. Po czym zwołuje konferencję i oznajmia, że problemem zajmie się zespół. Człowiek nabiera z wiekiem podejrzenia, że Polska przetrwała głównie dlatego, że część zespołów nigdy się nie zebrała.

Świat tymczasem też nie odpoczywa. Wojna na Bliskim Wschodzie nadal wpływa na ceny energii, transport przez cieśninę Ormuz pozostaje przedmiotem napięć i negocjacji, a koszty transportu na Morzu Czarnym poszły mocno w górę z powodu wojny rosyjsko-ukraińskiej.

Kiedyś człowiek rano sprawdzał pogodę. Teraz musi sprawdzić cieśniny. Ormuz otwarty — można zatankować. Ormuz zamknięty — trzeba ograniczyć wyjazdy. Huti strzelają — ropa drożeje. Trump coś powiedział — ropa nie wie. Iran odpowiedział — analitycy już wiedzą, dlaczego jutro ropa zrobi coś dokładnie odwrotnego od tego, co przewidzieli wczoraj.

Żyjemy w czasach, w których cena sobotniego wyjazdu na działkę może zależeć od tego, co postanowił człowiek w bunkrze trzy tysiące kilometrów dalej.

Globalizacja miała sprawić, że świat stanie się mały. Stał się. Niestety rachunki też się spotkały.

Do tego Europa się grzeje. Rekordowe temperatury zaczynają być traktowane przez analityków nie tylko jako problem klimatyczny, ale jako czynnik gospodarczy wpływający na ceny żywności, produkcję, infrastrukturę i finanse państw.

Nawet pogoda poszła na ekonomię. Dawniej upał oznaczał, że trzeba otworzyć okno. Dziś oznacza presję inflacyjną. Deszcz był deszczem. Teraz jest szokiem podażowym w rolnictwie. Burza staje się zdarzeniem wpływającym na łańcuch dostaw. Czekam, aż poranna rosa obniży rating Włoch.

Sierpień jest przy tym w Polsce tradycyjnie miesiącem abstynencji, do której kolejny raz zachęca Episkopat. W tym roku apel nawiązuje do 70. rocznicy Jasnogórskich Ślubów Narodu. Siedemdziesiąta rocznica brzmi mi szczególnie sympatycznie. Wreszcie jakaś instytucja obchodzi coś w mojej kategorii wagowej.

Nie zamierzam wchodzić w spór teologiczny, ale pomysł trzeźwego sierpnia ma jedną wadę praktyczną: został wymyślony przez ludzi, którzy najwyraźniej nie śledzą polskiej polityki. Człowiek włącza wiadomości i już po kwadransie zaczyna rozumieć historyczne znaczenie nalewek.

Z drugiej strony zdrowie należy szanować. Po siedemdziesiątce organizm zaczyna zachowywać się jak bardzo stara administracja państwowa. Wszystko jeszcze działa, tylko obieg dokumentów trwa dłużej.

Kiedyś jadłem kolację o północy i organizm załatwiał sprawę we własnym zakresie. Dziś zjedzenie ogórka po dwudziestej pierwszej wymaga konsultacji między żołądkiem, wątrobą i Radą Bezpieczeństwa Narodowego.

Dawniej człowiek szedł spać. Dzisiaj przygotowuje się do snu. Tabletka. Woda. Okulary na stolik. Telefon do ładowarki. Sprawdzenie, czy drzwi zamknięte. Ponowne sprawdzenie, czy drzwi zamknięte. Przypomnienie sobie, że już sprawdzał i wreszcie sen, podczas którego inteligentny zegarek czuwa, aby rano poinformować człowieka, że spał źle.

To szczególne osiągnięcie cywilizacji. Przez siedemdziesiąt lat potrafiłem samodzielnie spać, aż kupiłem urządzenie, które codziennie wystawia mi z tego ocenę. Czasem mam 72 punkty. Nie wiem, czy zdałem.

Najnowsza kultura zdrowotna próbuje człowiekowi zmierzyć wszystko: sen, tętno, kroki, cukier, stres, saturację, wiek biologiczny i prawdopodobnie wkrótce liczbę wartościowych myśli między śniadaniem a obiadem.

W młodości człowiek nie wiedział niczego i był zdrowy. Na starość zna wszystkie parametry i zaczyna się martwić. Wiedza jest potęgą. Zwłaszcza firm produkujących suplementy.

A skoro mowa o zdrowiu psychicznym, sobota oferuje również pięć milionów złotych w Lotto, bo w poprzednim losowaniu nikt nie trafił szóstki. To moja ulubiona gałąź ekonomii. Państwo i matematycy dokładnie tłumaczą, że prawdopodobieństwo wygranej jest niemal absurdalnie małe. Człowiek kupuje kupon. Bo istnieje zasadnicza różnica między prawdopodobieństwem a nadzieją. Prawdopodobieństwo jest wyliczone. Nadzieja kosztuje kilka złotych.

Po siedemdziesiątce wiem zresztą, że najważniejsze rzeczy w życiu miały zwykle dość niewielkie prawdopodobieństwo. Że spotkamy właściwą osobę. Że wybierzemy dobry zawód. Że dzieci wyrosną na ludzi. Że przeżyjemy wszystkie własne głupoty. Że po tylu dekadach nadal będzie nas śmieszył polityk mówiący, że zaczyna „nowy rozdział”.

Dlatego kupującemu Lotto nie należy się śmiać w twarz. On przynajmniej wie, że gra. Wyborca czasem nie wie i może właśnie w tym wieku zaczyna się najlepsza część życia: człowiek coraz mniej chce cokolwiek wygrać.

Młody chce zrobić karierę. Czterdziestolatek chce zarobić. Pięćdziesięciolatek chce udowodnić. Sześćdziesięciolatek chce zdążyć, a po siedemdziesiątce coraz częściej chce, żeby kawa była dobra, krzesło wygodne, ludzie przy stole ciekawi, a nikt nie dzwonił z ofertą fotowoltaiki.

To jest poważna zmiana cywilizacyjna. Ambicja ustępuje jakości masła. Prestige przegrywa z ciszą.

Człowiek patrzy na młodszych ludzi fotografujących śniadanie i zaczyna współczuć potrawom. Jajecznica stygnie, bo musi odbyć sesję zdjęciową. Kawa nie może być wypita, dopóki nie zostanie udokumentowana. Wakacje bez fotografii najwyraźniej się nie wydarzyły. Kolacja bez relacji była biologicznym błędem. Moje pokolenie jadło jedzenie. Dzisiejsze najpierw produkuje mu materiały promocyjne.

Byliśmy zresztą równie głupi, tylko analogowo. Nosiliśmy spodnie dzwony. Piliśmy wódkę w ilościach, przy których współczesny hepatolog ogłosiłby ewakuację. Wierzyliśmy, że papieros uspokaja. Kupowaliśmy meblościanki. Słuchaliśmy prognozy pogody w radiu i naprawdę czekaliśmy do końca, bo nie można było przesunąć palcem.

Każde pokolenie uważa następne za idiotów, ponieważ zapomina, jak wyglądało na zdjęciach.

To chyba największa zaleta starości, jeśli nie zwariuje się z godnością własnego doświadczenia: człowiek zaczyna widzieć, że świat zawsze był trochę absurdalny. Tylko dekoracje się zmieniają. Kiedyś na ścianie wisiał sekretarz partii. Dziś w telefonie siedzi influencer. Kiedyś państwo mówiło, co należy myśleć. Dziś algorytm uprzejmie podpowiada, co najbardziej nas rozwścieczy.

Kiedyś brakowało towarów. Dziś brakuje uwagi. A mimo to rano nadal smakuje kawa. Ktoś nadal piecze dobry chleb. Dzieci nadal śmieją się bez politycznego powodu. Ludzie nadal zakochują się wbrew statystyce. Pies nadal nie wie, jaki jest dług publiczny i wydaje się z tego powodu psychicznie zdrowszy od większości ekonomistów.

Może więc świat nie wymaga ode mnie w tę sobotę kolejnej diagnozy. Na świecie jest dosyć ludzi, którzy wszystko rozumieją. Najczęściej przed kamerą.

Ja po siedemdziesiątce pozwalam sobie coraz częściej czegoś nie wiedzieć. To niezwykle luksusowe uczucie. Nie wiem, kto wygra wybory. Nie wiem, czy giełda wzrośnie. Nie wiem, czy Polska wejdzie do G20. Nie wiem, czy Morawiecki zbuduje partię, Hołownia ją odbuduje, Kaczyński utrzyma swoją, a Nawrocki kiedyś przestanie przemawiać jak człowiek otwierający mistrzostwa świata w sobie samym.

Wiem natomiast, że jest sobota. Śniadanie stygnie. Za oknem sierpień i  jeżeli człowiek przeżył ponad siedemdziesiąt lat, nauczył się przynajmniej jednego: świat zwykle jakoś sobie radzi bez naszej nieustannej pomocy. Dlatego dzisiaj zamykam wiadomości. Jem jajko i to jest, jak na sobotni poranek, najbardziej odpowiedzialna decyzja polityczna, jaką potrafię podjąć.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo