24.11.2025
Gdyby plan pokojowy dla Ukrainy był hotelowym regulaminem, Polska dostałaby zakaz używania windy, i klucz do schowka na miotły podpisany przez Trumpa i Putina. Reszta gości biesiaduje przy bufecie kontynentalnym, a my stoimy w kuchni i zastanawiamy się, czy da się zrobić kawę bez prądu i fusów.
LUANDA: SZCZYT W AFRYCE, NAPIĘCIE W EUROPIE
Premier Tusk, chwilowo przeniesiony z warszawskiej mgły do angolskiego słońca, spotkał się z unijnymi liderami na szczycie UE-UA w Luandzie. Tam, na marginesie rozmów o Afryce, podano deser w postaci 28-punktowego amerykańskiego planu pokojowego. Plan ten – jak stwierdził premier – zawiera kilka propozycji tak przyjaznych Polsce jak kolce w sandałach.
Wśród nich znalazł się zapis o stacjonowaniu europejskich myśliwców w Polsce. Brzmi niewinnie, dopóki nie rozumiesz dyplomatycznego żargonu. W praktyce oznaczałoby to: żadnych amerykańskich żołnierzy, żadnego amerykańskiego sprzętu, żadnej realnej tarczy. Tylko europejskie maszyny i polskie zmartwienie.
Tusk przytomnie zauważył, że „możemy uznać, że tego punktu już nie ma”. Czyli albo jesteśmy tak dobrzy w negocjacjach, że punkty znikają pod wpływem spojrzenia, albo to punkt był tak absurdalny, że nawet jego autorzy się go wstydzą.
PLAN EUROPEJSKI: LEPSZY DLA UKRAINY, DALEJ SŁABY DLA POLSKI
Europa postanowiła przedstawić własną wersję planu pokojowego, który, jak donosi Reuters, jest lepszy dla Kijowa, ale z Polską się nie konsultowano. Mimo że plan wygląda bardziej profesjonalnie, punkt 9 wciąż przypomina słynne „macie tu kartkę, ale nie pytajcie, co znaczy”. Mowa o stacjonowaniu samolotów NATO – lepsze niż „tylko europejskich”, ale wciąż bez jasnej wzmianki o wojskach, o sprzęcie, o tym, co realnie odstrasza, a nie tylko hałasuje nad głową.
Polska nie uczestniczyła w pracach nad planem. Premier mówi o „deklaracji gotowości”. To tak, jakby ktoś budował dom, a my zgłosiliśmy gotowość do przyniesienia kielni. Za późno, za mało, za bardzo z boku.
JAD WASZEM: JAK ZNISZCZYĆ WŁASNĄ WIARYGODNOŚĆ W 280 ZNAKACH
W międzyczasie instytut Jad Waszem opublikował wpis, który mógłby zostać uznany za test na historyczną ignorancję, gdyby nie fakt, że to jedna z najbardziej znanych instytucji dokumentujących Holocaust. Według wpisu, Polska – tak po prostu, bez kontekstu – była pierwszym krajem, który nakazał Żydom noszenie opasek z Gwiazdą Dawida.
Tusk zareagował błyskawicznie, mówiąc, że „nie wierzył własnym oczom”, i nazwał sprawę wprost: kompromitacją. Sikorski i Muzeum Auschwitz też się odezwali. Instytut zreflektował się dopiero po masowej reakcji. Dodał, że chodziło o okupację niemiecką. Mała różnica. Taka, co zmienia wszystko.
CICHE ZAPISY I GŁOŚNE PYTANIA
W nowej wersji planu pojawiło się sporo rozsądnych zmian: Ukraina nie będzie musiała ograniczać liczby żołnierzy w czasie wojny, nie musi wpisywać do konstytucji zakazu wstąpienia do NATO, Rosja nie zostanie natychmiast przywrócona do obiegu gospodarczego. Brzmi sensownie.
Ale co z nami? Nadal nie ma jasnego potwierdzenia, że Polska nie zostanie potraktowana jako państwo buforowe. Nadal jesteśmy „na mapie”, ale nie „przy stole”.
W miejsce konkretów mamy „gotowość do pracy” i zapewnienia, że „nic się nie stanie bez naszej zgody”. To jakby ktoś planował twój ślub, a ty dostałeś zaproszenie na poprawiny.
DYPLOMACJA MILCZENIA I WYBÓR STRONY
USA milczą coraz głośniej. Europa robi swoje, choć powoli i bez nas. Ukraina patrzy na każdego jak na potencjalnego sojusznika i potencjalnego zawiedzionego partnera. Rosja liczy na zmęczenie materiału.
Tymczasem Donald Trump wraca do pohukiwań i mówi, że Ukraina jest niewdzięczna. Przypomnijmy: niewdzięczna za plan, w którym miała oddać ziemię, zrezygnować z NATO i zostać przykuta do łóżka, a klucz wyrzucony do morza. No przepraszam, panie Trump, ale za takie coś wdzięczność, to może i się należy – ale Rosjanom.
I CO Z TĄ POLSKĄ?
Pytanie pozostaje: dlaczego w sprawie, która może zdecydować o naszej przyszłości, jesteśmy znowu w drugim rzędzie? Może zamiast „gotowości” czas na realny udział. Może pora zainwestować w sojusze, które nie traktują nas jak lotniskowiec bez załogi.
Bo nawet najlepszy plan pokojowy, jeśli ignoruje Polskę, może się okazać planem na nasz koszt. A to już nie felieton, tylko historia, której nie chcemy pisać.
Do przeczytania później. Tym razem miejmy nadzieję, że nikt nie podpisze za nas wojskowego aktu notarialnego na stacjonowanie ciszy i złudzeń.
Krzysztof Bielejewski

Felieton Pana Krzysztofa Bielejewskiego to trafne streszczenie polskiej roli w planach pokojowych: jesteśmy jak portier na wielkim bankiecie – klucz do schowka mamy, ale gdy przychodzi pora na decyzje, międzynarodowa elita zaprasza nas do robienia kawy… najlepiej bez prądu i bez fusów. Punkt 9? Polska jako lotniskowiec bez załogi, czyli tarcza z kartonu, na której Niemcy i Francuzi ćwiczą dyplomatyczne rzuty do celu. Gdy świat dzieli się tortem, nam zostaje deklaracja gotowości… do zmywania naczyń po innych.
W skrócie: nasza gotowość do współpracy jest tak doceniana, jak pomocny sąsiad przynoszący kielnię, kiedy fundament już zalany i firanka powieszona. Europejski plan pokojowy dla Ukrainy lepszy dla Kijowa, ale Polska znowu na ławce rezerwowych – zamiast veto dostajemy „może później kuchenny schabowy”. Zamiast jasnych gwarancji – cisza, zamiast sojuszy – „deklaracja gotowości”. Jeśli historia lubi się powtarzać, Polska powinna zapisać punkt 9 w antyramie – to już klasyka: „nic o nas bez nas”, ale bez nas jeszcze szybciej i cicho.
W takim układzie pozostaje tylko czekać, by nikt nie podpisał za nas zgody na stacjonowanie ciszy i złudzeń. Bo w tej partii geopolitycznego brydża znów dostaliśmy najwyżej dwa trefle i klucz do szatni.