08.08.2026
Pierwszą czynnością niemowlaka jest macanie zewnętrznego świata. Zbieranie wiadomości o najbliższym otoczeniu. Orientacja w terenie wystającym poza becik: co wisi nad kołyską, czyja twarz pochyla się nad nim, do czego służy pielucha. Potem następuje proces uświadamiania sobie własnego ja: gdzie leżę, kogo to rąsia, nózia, gębusia.
A później zanoszą go do żłobka, z którego za jakiś czas trafia do niższej uczelni naukowej zwanej podstawówką, gdzie przechodzi obowiązkowy kurs mówienia prawdy, jak to jest naprawdę.
Facetki i kolesie z budy wypłukują mu z głowy to, co wyniósł z domu i ośmieszają to, co chce mu wpoić szkoła, w rezultacie czego zaszczepiają w nim swoje nieprawdziwe prawdy. Tłumaczą, że międzyludzkie więzi, bezinteresowna miłość, lojalne zachowania i wrażliwe sumienie, są to pieprzenia, nic nie warte majaki złożone z guseł i przynudzania starych.
Tak więc razem z mlecznymi zębami wyrzynają mu się zabobonne poglądy na wspaniały świat; od razu ugruntowane, bezdyskusyjne i oparte o solidne fundamenty ze światłej ignorancji.
Wreszcie pędrak kończy edukację, a jako buraczana osoba urodzona pod nieszczęśliwą gwiazdą, idzie do pracy i zakłada rodzinę. Powiększa szeregi wykształconych na opak i zaczyna dzieciom wpajać swoje życiowe mądrości otwierające drogę do Pałacu.
*
O ile jeszcze nie tak dawno temu autor naukowego opracowania (np. historycznego), całymi latami biedził się nad zgromadzeniem niezbędnych danych i w tym celu musiał przedzierać się przez dziesiątki tomów, roczników i map porozsiewanych po różnych archiwach, to teraz, mając bezkolizyjny dostęp do Internetu, może uzyskać (bez opuszczania swojego laptopa) potrzebne wiadomości z każdej biblioteki.
Cieszący się uznaniem dzisiejszy mól książkowej erudycji, straci uprzywilejowaną pozycję, jeżeli nie będzie człowiekiem światłym w pojęciu jutrzejszym. Jeśli jego wiedza polegać będzie tylko i wyłącznie na szczegółowym gromadzeniu faktów, a nie na szybkości ich kojarzenia i wyszukiwania istniejących między nimi połączeń.
Lecz tak się nie stało. Źle wykorzystywana technika. „na bezczela” wkroczyła do naszego świata. Jeszcze parę lat temu nie istniała tak sprawna wymiana złych, dobrych i fałszywych informacji. Razem z jej rozwojem, nasze mentalne życie zostało wypełnione cyfrową gmatwaniną podejrzeń, nieufności i poczucia, że wiemy coraz mniej (szybciej wiedzieć, nie oznacza – szybciej być mądrym).
Na naszych oczach poprzedni sen o ludzkiej potędze, przerodził się w koszmarną jawę. Rozwój wymarzonego postępu miał pomóc w utworzeniu doskonalszego sposobu wyławiania i gromadzenia informacji. Miał, lecz zamiast tego uwolnił przeciętnego Janusza Kowalskiego od pałętania się po encyklopediach, a pseudonaukowcom, dał szansę ponownego odkrywania Ameryki.
Miał i dał, ponieważ albowiem ludziom herbu troglodyta wisi, czy dane, na które się powołuje, są prawdziwe.
Ps
nie wiem czy jest jakaś skuteczna metoda przemiany troglodyty w człowieka myślącego, skoro tak jest w sobie zadurzony, że nic do niego nie dociera? To przecież współczesny naciek na ewolucji. No a żeby zrozumieć jego postępowanie, trzeba nim być. Problem w tym, że jak już się nim jest, to choćby zeżarł tysiąc fakultetów, to i tak posiada brak mózgu, którym niczego nie rozumie, gdyż nie ma czym.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

Bardzo lubię ten Jastrzębi sposób pisania: najpierw becik, potem podstawówka, Internet, Janusz Kowalski, troglodyta — i nagle człowiek orientuje się, że dostał skrócony wykład z socjologii wiedzy, tylko bez tablicy i z większą liczbą kopniaków.
Marku, przede wszystkim cieszę się, że jesteś w formie. I to nie sanatoryjnej, lecz felietonowej — złośliwej, zaczepnej, momentami bezczelnej, czyli dokładnie takiej, jakiej człowiek oczekuje od autora, a nie od wyników morfologii.
Bardzo mi się podoba droga od „rąsi, nózi i gębusi” do współczesnego troglodyty wyposażonego w smartfon. Ewolucja rzeczywiście zrobiła tu rzecz osobliwą: przez miliony lat pracowała nad ludzkim mózgiem, a kiedy już go wyprodukowała, pojawił się Internet i zaproponował, żebyśmy używali głównie kciuka.
Najcelniejsze jest jednak zdanie, że szybciej wiedzieć nie oznacza szybciej być mądrym. Powiedziałbym nawet, że współczesność rozwiązała połowę odwiecznego problemu ludzkości: każdy może natychmiast znaleźć odpowiedź. Niestety nikt nie zagwarantował, że zrozumie pytanie.
Dawny ignorant miał przynajmniej pewną naturalną skromność technologiczną. Nie wiedział, siedział w domu i najwyżej zanudzał rodzinę. Dzisiejszy ignorant ma światłowód, konto społecznościowe i poczucie misji. Dawniej głupota miała zasięg stołu kuchennego. Dzisiaj ma obserwujących.
Tu chyba tkwi największy paradoks postępu. Dostaliśmy do ręki największą bibliotekę w dziejach ludzkości, po czym znacząca część ludzkości wykorzystała ją do sprawdzania, czy Ziemia rzeczywiście jest kulista, szczepionka zawiera chip, a ocet z sodą leczy wszystko poza potrzebą używania octu z sodą.
Nie jestem natomiast pewien, czy troglodyta jest „naciekiem na ewolucji”. Obawiam się, że może być jej produktem wyjątkowo trwałym. Człowiek rozumny ma bowiem tę wadę, że czasami wątpi. Troglodyta nie. On wie. Wie natychmiast, wie wszystko i szczególnie dobrze wie to, czego nigdy nie sprawdził.
A pewność siebie jest w naszych czasach walutą znacznie mocniejszą od wiedzy.
Dlatego końcowe pytanie — czy można troglodytę przemienić w człowieka myślącego — pozostawiłbym bez rozstrzygnięcia. Gdybyśmy znali skuteczną metodę, mielibyśmy mniej problemów z polityką, mediami społecznościowymi, pseudonauką i znaczną częścią telewizji śniadaniowej.
Na razie pozostaje nam pisać.
Może do kogoś dotrze.
A jeśli nie dotrze, przynajmniej troglodyta będzie miał co komentować.
Zdrowia, Marku, dużo fantazji i proszę nadal gryźć. Zęby felietonisty są społeczeństwu potrzebne szczególnie wtedy, gdy ono samo zaczyna przeżuwać bez zastanowienia.
Celna diagnoza – trafia w sedno: internet dał wszystkim dostęp do wiedzy, lecz nikomu automatycznie nie dał rozumu. „Wszystkie ludzie prezydenta” to zbiór troglodytów, których trzeba traktować zgodnie ze starą maksymą – „każdemu według jego zasług”.