Krzysztof Bielejewski: Cicho, bo polityka mówi5 min czytania

()


18.08.2026

Od kilku lat prawica opowiada wzruszającą historię o własnym wyciszeniu. Konserwatysta podobno boi się odezwać przy stole, w korporacji, na uniwersytecie i prawdopodobnie również u fryzjera, ponieważ zaraz dopadnie go liberalna policja poprawności politycznej.

Zawsze mnie ta opowieść fascynowała, bo uciszana prawica jest w Polsce wyjątkowo dobrze słyszalna.

Ma telewizje, portale, partie, posłów, europosłów, prezydenta, marsze, podcasty, kanały na YouTubie i ludzi zdolnych przez cztery godziny wyjaśniać, że nie wolno im nic powiedzieć.

To trochę jak Pavarotti skarżący się ze sceny La Scali, że odebrano mu głos.

Przytoczone badanie pokazuje rzecz znacznie ciekawszą. Milczenie nie przebiega według prostego podziału prawica–lewica. Zwolennicy partii mówią. Konfederaci nawet bardzo chętnie, co dla każdego, kto korzysta z internetu, nie powinno być odkryciem wymagającym grantu badawczego.

Milczą przede wszystkim ci, którzy nie zapisali się do żadnej politycznej armii. Niezdecydowani, gorzej zarabiający, słabiej wykształceni, mieszkańcy wsi, ludzie na niepewnych umowach, częściej kobiety.

Czyli nie tyle ci, którym ktoś zakleił usta, ile ci, którzy spojrzeli na debatę publiczną i uznali, że szkoda na nią życia.

I trudno się dziwić. Polska rozmowa polityczna przypomina dziś bar, w którym przy dwóch stolikach siedzą kibice przeciwnych drużyn i od trzech godzin wrzeszczą, że tylko oni reprezentują naród. Przy pozostałych stolikach ludzie chcieliby porozmawiać o mieszkaniu, lekarzu, szkole dziecka, pensji i cenie prądu, ale nikt ich nie słyszy, bo właśnie trwa kolejna historyczna bitwa o to, czy Tusk jest Niemcem, czy Kaczyński dyktatorem.

Badania Fundacji Nowej Wspólnoty i Uniwersytetu SWPS pokazują zresztą coś niemal komicznego: rzeczywiste różnice między Polakami są mniejsze, niż sami sobie wyobrażamy. Ponad połowa badanych unika rozmów o polityce, bo uważa je za ciężkie i nieprzyjemne, a przeciwników politycznych postrzegamy jako bardziej radykalnych, niż naprawdę są.

More in Common znalazło wcześniej podobny paradoks: ponad 80 procent ludzi w każdym z badanych segmentów deklarowało zmęczenie politycznym konfliktem, a 57 procent unikało rozmów o polityce, żeby nie prowokować kłótni.

Czyli być może Polska nie jest krajem składającym się z dwóch nienawidzących się plemion.

Być może jest krajem składającym się z dwóch bardzo głośnych plemion oraz milionów ludzi, którzy chcieliby wreszcie zjeść obiad.

I tutaj zaczyna się problem dla liberała. Liberalna demokracja nie polega tylko na tym, że każdy może mówić. To jest wersja elementarna, coś jak instrukcja obsługi czajnika. Prawdziwy test zaczyna się wtedy, gdy pytamy, kto rzeczywiście zabiera głos i kogo opłaca się słuchać.

Formalnie wszyscy są równi. Profesor i kasjerka. Prezes banku i bezrobotny. Poseł i człowiek na umowie-zleceniu. Każdy posiada dokładnie jeden głos. Tyle że jeden ma jeszcze studio telewizyjne, kancelarię PR, konto obserwowane przez pół miliona ludzi i zaproszenie do wieczornego programu, a drugi ma zmianę od szóstej rano.

Demokracja liczy ich po równo. Debata publiczna już niekoniecznie.

CBOS w tegorocznych badaniach jakościowych również zauważył zmęczenie „wojną polsko-polską” i celowe unikanie wiadomości z powodu nadmiaru strachu, złości i wrogości w polityce oraz mediach. To jest znacznie poważniejsze niż mityczna cenzura konserwatysty na przyjęciu u znajomych z Mokotowa.

Człowiek, który boi się wypowiedzieć pogląd, pozostaje uczestnikiem polityki. Człowiek, który mówi „mam to gdzieś”, właśnie z niej wychodzi, a kiedy wychodzą umiarkowani, zmęczeni, niepewni, biedniejsi i mniej przebojowi, na placu zostają zawodowi krzykacze.

Potem patrzymy na nich w telewizji i dochodzimy do wniosku, że tak wygląda Polska.

Nie – tak wygląda telewizja.

Zresztą badanie SWPS pokazuje, że silną niechęć do ludzi o przeciwnych poglądach deklaruje około jednej dziesiątej badanych, a przeciętne nastawienie do politycznych przeciwników jest raczej neutralne lub lekko pozytywne.

To jest wręcz skandalicznie optymistyczne. Okazuje się, że przeciętny Polak nie budzi się rano z pragnieniem uduszenia wyborcy przeciwnej partii. Po prostu włącza telewizję i po kwadransie zaczyna rozważać tę możliwość. Dlatego jako liberał bardziej boję się dziś nie tego, że ktoś wypowiada głupoty. Demokracja została między innymi po to wynaleziona, żeby człowiek mógł publicznie wygłaszać głupoty i nie trafiać za nie do więzienia.

Boję się sytuacji, w której rozsądni przestają mówić, bo nie chcą uczestniczyć w konkursie na największego wariata. Wtedy sfera publiczna zaczyna przypominać zebranie wspólnoty mieszkaniowej, z którego normalni lokatorzy wyszli do domu, pozostawiając mikrofon człowiekowi przekonanemu, że administrator truje go przez kaloryfer. Rano okazuje się, że został przewodniczącym.

Liberalna demokracja nie potrzebuje więc mniej sporów. Potrzebuje więcej ludzi w sporze. Także tych niepewnych. Niekrzykliwych. Ambiwalentnych. Takich, którzy potrafią powiedzieć: „nie wiem”, „może”, „zależy”, „w tej sprawie oni mają rację”. To dzisiaj język niemal rewolucyjny.

Najgroźniejszym przeciwnikiem demokracji nie zawsze jest fanatyk. Czasem jest nim człowiek całkiem rozsądny, który któregoś dnia wzrusza ramionami i mówi: „Niech oni się tam pozabijają. Mnie to już nie obchodzi”.

Wtedy „oni” zostają sami. Z naszym państwem.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo