Krzysztof Bielejewski: KOR, czyli kiedy przyzwoitość zaczęła się organizować10 min czytania

()


13.09.2026

Za kilka dni minie pięćdziesiąt lat od chwili, kiedy w Polsce wydarzyło się coś, co z dzisiejszej perspektywy wygląda niemal nieprawdopodobnie. Kilkanaście osób podpisało dokument, nie mając armii, partii, telewizji, pieniędzy ani nawet pewności, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek skutek. Nie powołali gabinetu cieni, nie ogłosili programu odbudowy państwa i nie uzgodnili, kto zostanie przewodniczącym, sekretarzem generalnym oraz rzecznikiem. Zrobili rzecz znacznie skromniejszą: postanowili pomóc ludziom, których pobito, aresztowano i wyrzucono z pracy za protest przeciwko własnemu państwu.

Tak narodził się Komitet Obrony Robotników.

Dzisiaj łatwo opowiedzieć jego historię językiem pomnikowym. Można mówić o bohaterach opozycji, społeczeństwie obywatelskim, narodzinach wolności i drodze prowadzącej do Solidarności. Wszystko to będzie prawdą, ale będzie też trochę przypominało szkolną akademię: sztandar stoi z lewej, portret z prawej, dzieci recytują, a publiczność czeka na ciastko. KOR jest ciekawszy wtedy, kiedy zdejmie się z niego rocznicowy kurz i zobaczy ludzi, którzy w pewnej chwili uznali, że samo oburzenie już nie wystarcza.

Polska 1976 roku nie była krajem stalinowskiego terroru. Gierek chciał, żeby społeczeństwo żyło trochę wygodniej, kupowało telewizory, lodówki i magnetofony, marzyło o Fiacie 126p, oglądało kabaret i przede wszystkim niezbyt interesowało się tym, kto naprawdę podejmuje decyzje. Andrzej Friszke nazwał tę politykę trafnie „leczeniem snem”. Państwo miało zapewnić obywatelowi tyle codziennego komfortu, żeby nie przyszło mu do głowy zbyt dokładnie oglądać system, w którym żyje.

Plan zaczął się jednak psuć. Ludzie zarabiali więcej, ale coraz trudniej było za te pieniądze coś kupić. Szczególne znaczenie miało mięso, które w PRL było czymś więcej niż jedzeniem: miernikiem dobrobytu, przedmiotem narodowej obsesji i od czasu do czasu materiałem wybuchowym. Władza mogła długo ograniczać wolność słowa, natomiast ograniczanie schabowego wymagało większej ostrożności.

Kiedy w czerwcu 1976 roku ogłoszono gwałtowne podwyżki cen żywności, wybuchły strajki. W Ursusie robotnicy zablokowali tory, w Radomiu tłum ruszył pod komitet wojewódzki partii, a budynek stanął w ogniu. Władza podwyżki odwołała, po czym postanowiła ukarać tych, którzy zmusili ją do odwrotu. Rozpoczęły się aresztowania, zwolnienia z pracy, procesy i słynne „ścieżki zdrowia” — jedna z najbardziej cynicznych nazw stworzonych przez język PRL. Człowieka przepędzano pomiędzy szpalerami milicjantów bijących go pałkami, a całość nazwano tak, jakby chodziło o leczniczy spacer wśród sosen. Oficjalna propaganda zrobiła zaś z robotników, w których imieniu podobno sprawowano władzę, „warchołów”.

I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego władza najwyraźniej nie przewidziała. Do represjonowanych zaczęli przyjeżdżać ludzie z Warszawy. Nie po to, żeby wygłosić robotnikom wykład o klasie robotniczej, ale żeby znaleźć rodziny zwolnionych z pracy, przynieść pieniądze, zorganizować adwokata, pójść na proces, zapisać nazwisko pobitego i przekazać informacje na Zachód. Chodziło o to, żeby człowiek siedzący naprzeciw aparatu państwa przestał być całkowicie samotny.

To właśnie tutaj tkwi najważniejszy sens KOR-u. Polska opozycja nie odkryła wtedy wielkiej doktryny politycznej. Odkryła coś bardziej elementarnego: można zacząć od konkretnej krzywdy konkretnego człowieka. Nie trzeba od razu wiedzieć, jak będzie wyglądała konstytucja przyszłej Polski, jaki ma być system podatkowy ani czy kraj powinien być bardziej liberalny, socjalny, katolicki czy konserwatywny. Wystarczy uznać, że człowiek pobity przez milicję nie powinien zostać sam.

Dziś brzmi to banalnie. Wtedy banalne nie było.

Państwo autorytarne jest silne nie tylko dlatego, że ma policję, więzienia, prokuraturę i cenzurę. Jest silne także dlatego, że potrafi wytworzyć w człowieku przekonanie, że gdy przyjdą po niego, nikt mu nie pomoże. Strach nie wymaga, żeby pobić wszystkich. Wystarczy, żeby wszyscy wiedzieli, że można zostać pobitym bez świadków i bez konsekwencji.

KOR zaczął tę zasadę psuć. Robotnik z Radomia przychodził na rozprawę i odkrywał, że jest z nim warszawski adwokat. Ktoś siedział na widowni, ktoś zanotował wyrok, ktoś pomógł rodzinie, ktoś przekazał wiadomość Radiu Wolna Europa. Państwo nadal miało niemal wszystkie karty, ale obywatel przestał być całkowicie bezbronny.

Skala pomocy była imponująca. KOR objął nią około sześciuset represjonowanych i ich rodziny. Pieniądze zbierano na uczelniach, w Polskiej Akademii Nauk, w środowiskach inteligenckich i na emigracji. Komitet był więc nie tyle klubem ludzi zatroskanych o los ojczyzny, ile społecznym pogotowiem ratunkowym: trochę kancelarią prawną, trochę funduszem pomocowym, trochę redakcją i trochę biurem dokumentacji. Wszystko to bez grantów, aplikacji, Excela i stanowiska „koordynatora odporności społecznej”. Była za to maszyna do pisania, telefon stacjonarny i ludzie gotowi zrobić rzecz dziś niemal archaiczną — pojechać osobiście do drugiego człowieka.

Jeszcze ciekawsza była jawność. KOR podawał nazwiska, adresy i telefony swoich członków. Zachowywał się tak, jakby oficjalne prawo PRL należało traktować serio. Skoro konstytucja zapewniała wolność słowa, korzystano z niej. Skoro Polska podpisała porozumienia helsińskie dotyczące praw człowieka, przypominano jej, co podpisała. Skoro istniały sądy, przyprowadzano do nich adwokatów. Skoro państwo twierdziło, że jest państwem robotników, zadawano wyjątkowo niegrzeczne pytanie: dlaczego wobec tego bije robotników?

Była w tej metodzie genialna przewrotność. Władza stworzyła dekoracje państwa prawa, bo dobrze wyglądały wobec Zachodu, a KOR zaczął zachowywać się tak, jakby dekoracje były prawdziwe. Komuniści chcieli mieć konstytucję do pokazywania zagranicznym delegacjom. KOR zaczął ją czytać.

Nie należy jednak robić z KOR-u zgromadzenia świętych. Byłoby to nieprawdziwe i potwornie nudne. Spotkali się tam ludzie różnych tradycji, temperamentów i biografii: przedwojenni socjaliści, żołnierze Armii Krajowej, katolicy, dawni komunistyczni rewizjoniści, ludzie nurtu niepodległościowego. Ich późniejsze drogi polityczne rozeszły się nieraz tak dramatycznie, że trudno uwierzyć, iż kiedykolwiek potrafili podpisać wspólną kartkę papieru.

A jednak potrafili, bo łączyło ich coś prostszego niż wspólny program: minimalna zgoda moralna. Nie trzeba mieć identycznego stosunku do Kościoła, gospodarki, socjalizmu czy Zachodu, żeby uznać, że nie wolno bić człowieka na komisariacie. Można zacząć kłócić się jutro. Dzisiaj trzeba znaleźć mu adwokata.

Z czasem z tej zasady wyrosło znacznie więcej: niezależna prasa, „Biuletyn Informacyjny”, „Robotnik”, drugi obieg książek, wykłady poza oficjalnym systemem, sieć ludzi potrafiących organizować się bez zgody państwa. Sens był prosty: nie czekaj, aż państwo stanie się dobre; buduj obok niego to, czego ono nie chce albo nie potrafi stworzyć.

KOR nie stworzył Solidarności. Sierpień 1980 roku był dziełem samych robotników i wpływ ludzi KOR-u w różnych ośrodkach był bardzo różny. Komitet pozostawił jednak bezcenne doświadczenie organizacyjne. Przez kilka lat uczono się wydawać prasę, zdobywać papier, zbierać pieniądze, dokumentować represje, łączyć ludzi z różnych miast i prowadzić działalność tak, żeby jedna rewizja nie rozsypała wszystkiego. Gdy w 1980 roku nastąpił wielki wybuch, część ludzi wiedziała już, jak organizować strajk, jak prowadzić negocjacje i jak budować niezależną strukturę.

Najbardziej niezwykłe jest jednak to, jak niewielkie było to środowisko. W trzydziestopięciomilionowym kraju ludzi gotowych podpisywać apele, kolportować prasę i ryzykować nazwiskiem było początkowo może dwa tysiące, a do sierpnia 1980 roku aktywny krąg opozycji liczył najwyżej kilka tysięcy. Dzisiaj pięć tysięcy podpisów można zebrać w internecie przeciwko przebudowie ronda. Wtedy podpis mógł kosztować pracę, paszport, awans, doktorat albo rewizję o szóstej rano.

Dlatego największym osiągnięciem KOR-u nie był żaden konkretny dokument. Było nim przekroczenie bariery strachu. PRL nie wymagał od większości ludzi miłości do władzy. Wystarczało, żeby się z nią nie kłócili. Można było w domu uważać sekretarza partii za idiotę, opowiadać dowcipy polityczne i słuchać Radia Wolna Europa. Następnego dnia należało tylko wrócić do pracy, podpisać, co trzeba, i pamiętać o najważniejszej zasadzie obywatelskiego BHP: nie wychylać się.

KOR pokazał, że można się wychylić i przeżyć. Nie zawsze bez konsekwencji i nie zawsze bez strachu, ale można.

Co ciekawe, nie wszyscy robotnicy witali warszawskich inteligentów jak wybawców. Wielu podejrzewało, że skoro ci ludzie rozdają pieniądze, przychodzą na procesy i otwarcie rozmawiają z zachodnimi mediami, muszą mieć jakieś „plecy”. Robotnik i inteligent nie stali się od razu braćmi. Dzieliły ich język, wykształcenie, obyczaje i doświadczenie. Solidarność nie polegała więc na tym, że różnice zniknęły, lecz na tym, że przez pewien czas okazały się mniej ważne niż cudza krzywda.

I chyba właśnie to jest dziś najciekawszym dziedzictwem KOR-u.

Nie późniejsze wojny jego uczestników. Nie spór o to, kto po 1989 roku miał rację, kto zdradził ideały i komu należy się większy kawałek rocznicowego tortu. KOR pokazał coś znacznie prostszego: współpraca nie wymaga pełnej zgody. Wystarczy uznać, że istnieją sprawy ważniejsze od naszych różnic.

Nie wszystko, co później wyrosło z tego środowiska, należy podziwiać. Ludzie KOR-u popełniali błędy, mylili się, wchodzili w ostre konflikty i czasem zachowywali się z arogancją. Wolność okazała się dla nich, podobnie jak dla wszystkich innych, trudniejsza niż wspomnienie wspólnej walki.

Nie zmienia to faktu, że w 1976 roku naprzeciw państwa dysponującego milicją, SB, prokuraturą, cenzurą, sądami, wojskiem, kontrolą nad drukarniami, miejscami pracy i paszportami stanęła niewielka grupa ludzi z telefonem, kartką papieru i maszyną do pisania. Na papierze takie starcie powinno wyglądać groteskowo. Państwo miało wszystko, oni niemal nic.

Cztery lata później powstała Solidarność.

Nie dlatego, że KOR ją wymyślił. Historia rzadko przebiega tak porządnie. Ale pomiędzy Radomiem 1976 a Gdańskiem 1980 powstała sieć ludzi zdolnych organizować się bez zgody państwa, przekazywać informacje poza cenzurą i ufać sobie wystarczająco długo, by zebrać pieniądze dla nieznanego człowieka. Oporu nie trzeba było już zaczynać romantycznym szturmem na pałac. Mógł zacząć się od adwokata, koperty z pieniędzmi i nazwiska zapisanego w notesie.

Dlatego pięćdziesiąta rocznica KOR-u nie powinna być tylko okazją do kolejnej narodowej liturgii. Kwiaty są w porządku. Tablica również. Przemówienia zapewne też da się przeżyć. Ważniejsze jest jednak pytanie, czy potrafilibyśmy zrobić coś podobnego dzisiaj, gdyby człowiek skrzywdzony przez władzę albo instytucję stał po całkiem innej stronie naszego politycznego sporu.

Bo łatwo bronić praw swoich. Znacznie trudniej cudzych.

Łatwo mówić o wolności, kiedy chodzi o nasze poglądy. Trudniej, gdy z wolności korzysta ktoś, z kim nie usiedlibyśmy przy jednym stole. Łatwo podziwiać solidarność sprzed pół wieku. Trudniej znaleźć prawnika człowiekowi z niesympatycznej organizacji albo zaprotestować przeciw bezprawiu wtedy, gdy jego ofiarą jest ktoś, kogo politycznie nie znosimy.

Może więc największym osiągnięciem KOR-u było pokazanie, że przyzwoitość może mieć strukturę organizacyjną. Odruch moralny nie musi kończyć się na westchnieniu przy kolacji i zdaniu: „straszne rzeczy się dzieją”. Można do niego dopisać adres, numer telefonu, dyżur adwokata i listę ludzi, którym trzeba pomóc.

To jest prawdopodobnie najbardziej niewygodne dziedzictwo KOR-u. Bohaterów łatwo czcić. Znacznie trudniej stosować ich metodę.

Kiedy więc 23 września pojawią się kwiaty, kamery i słowa o odwadze, warto pamiętać, że wszystko zaczęło się nie od pomnika, lecz od kilku ludzi, którzy uznali, że człowiek pobity w Radomiu jest również ich sprawą.

I być może właśnie na tym polegał cały cud. Nie na tym, że wszyscy zaczęli myśleć jednakowo, lecz na tym, że przez chwilę potrafili uznać, iż cudza krzywda jest ważniejsza od własnych różnic.

Pięćdziesiąt lat później nadal nie brzmi to jak rzecz oczywista.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo