20.09.2026
Wokulski ze smartfonem
Kto żyw, leci do Netflixa i zabiera się za wyrażenie swojego zdania o borsuczej „Lalce”. Jak zwykle, jedni są zwolennikami trzymania się intencji autora i niedopisywania mu tego, czego nie powiedział, a znowuż innym nie przeszkadzają anachronizmy i robienie z taty wariata.
Nie to jednak jest najistotniejsze, że w serialu tym pomieszanie epok ze współczesnymi realiami gra z widzem w durnia, lecz to, że mało komu wadzi brak logiki. Wręcz przeciwnie, niektórym odpowiadają obyczajowe absurdy i nonszalanckie traktowanie Historii.
Relacja
Film jest sensacyjny i umrzyków w nim więcej niż ludzi na widowni. Denaci są wszędzie: rozmazani na ścianach, skręceni w precel na piwnicznym betonie; tu oderwana główka, tam rzewne wspomnienie po kolejnym Brudnym Harrym.
Odkrywczy szablon reżysera jest taki: partner kropniętego, dajmy na to Bond-bez-zer, postanawia zemścić się i robi to przez bite dwie godziny z przerwą na siku. Grzebie w hałdach złoczyńców, w końcu po wielu przygodach znajduje właściwego. Wślizguje się do bandy jego kumpli, zaprzyjaźnia, a w międzyczasie zdrowo popija z tutki i na zakąskę przeżywa odejście ukochanej flądry, która ma go powyżej, poniżej i ogólnie gdzieś.
Bond, to gliniarz po dziadku, ojcu i jego braciach, funkcjonariusz z rodzinnymi obciążeniami. Nie lubi dyskutować z rozterkami: naprzód strzela, później głowi się, po co.
Generalnie akceptowany nie jest. Zarówno przez środowisko krawężnikowe, jak seryjną patologię. Mruk; rzadko coś powie, a jak już powie, to nie wiadomo, śmiać się, czy płakać.
Pracuś. Przeważnie gania po dachach i schodach kamienic z podejrzanymi lub ściga wraże cztery kółka, po czym idzie na odwach spisywać fajansiarskie raporty. Konfliktowy. Nie znosi szefa. Nie trawi życia towarzyskiego. Samotnik.
Czasem zdarza mu się oberwać. Wtedy ceruje sobie jestestwo z miną co najmniej znudzoną, palcami odkażonymi w whisky wydłubuje kulę i udaje się z przeprosinową wiąchą do byłej kochanki.
Tu następuje psychologiczny fragment filmu, bo kobieta ma w oczach przebaczenie. Prędko więc dochodzi do wzajemnego pojednania; ekran trzeszczy od sodomy i gomory, a oglądający naród ma wkalkulowaną w bilet erotykę z figurami.
Rośnie temperatura, buzują hormony, w tle widać rozczochrane łóżko, a na nim, nie ulega kwestii, jakie to golasy i czyje piszczele; sine barwy znikają, pojawia się róż, brzmi sentymentalna piosnka, zapalone świeczki pełgają kusicielsko, mrożony szampan pyszni się w kubełku, lecz idylla zostaje przerwana, bo na arenę wydarzeń wdziera się zamaskowany oprych z kałachem, który strzela aż miło; gdzie popadnie i w rezultacie trafia w laskę, z której wymyka się ostatni dech.
Natomiast Bond jest w swoim żywiole: kładzie trupem faceta i na ekranie zostaje mokra plama w kominiarce. Po czym, by nie tracić czasu, akcja przenosi się do Stambułu i nie wiadomo dlaczego jestem razem z widzami wśród mrowia minaretów, bazarów, w plątaninie ciasnych uliczek przetykanych gwarem.
Reżyser jest malarzem kamery. Nie jakimś tam przeciętnym pejzażystą, ale mistrzem klasy B, poetą wyczulonym na grę świateł, na eksponowanie kwiecistych barw, pstrokatych kobierców, które mieszają się z rumianym kolorem pyzatych straganiarzy i gdzie widz nie spojrzy, tam dostrzega ścisk, potrącankę, przepychankę, łysy czerep Bonda zmierzającego do meritum.
I w tym momencie musiałem wyjść, a jak wróciłem, to dawali następny.
Kaskader
Sytuacja, w której się znalazł, nie była godna pozazdroszczenia. Wtłoczono mu do głowy, że ma być oszczędny w okazywaniu uczuć. Wytłumaczono, że psychologiczne niuanse i górnolotne rozterki, to nie jego branża. Oznajmiono, że rozrzutny ma być tylko i wyłącznie w ryzykownych czynach.
Bez przerwy grano mu na ambicji: żądano, by udawał kogoś, kim nie jest. W trakcie seansu pełnego niespodziewanych zaskoczeń, huku bomb, nieżywych zwłok i chrzęstu popkornu, miał tryskać pesymizmem i złowrogim wejrzeniem. Reżyser wymagał od niego złowieszczych min i zawziętych postaw. Cisnął go, by się wykazywał, odznaczał, błyszczał to tu, to tam. Nie życzył sobie na planie strachliwej pierdoły mdlejącej na widok byle trupa. Pragnął męskiego faceta z jajami, a nie dupka zwiewającego w krzaki za lada podmuchem zagrożenia.
Natomiast w domu, bezwzględny i srogi bohater ekranu przemieniał się w ciepłą kluchę w przydeptanych klapkach. Wracał na rodzinne łono, by dokończyć robótkę; oderwany od reżyserskich nalegań, uwielbiał przebywać w zaciszu wspomnień, w otoczeniu naftowej lampy, podczas dziergania szaliczka w różowe słoniki.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM
