19.09.2026
W piątek późnym wieczorem, kiedy uczciwy obywatel zajmował się już sprawami poważnymi, czyli ustalał, czy otworzyć drugą butelkę wina i czy naprawdę warto zaczynać serial mający sześć sezonów, agencja Moody’s postanowiła popsuć Polsce weekend.
Obniżyła nam rating z A2 do A3.
Dla przeciętnego człowieka brzmi to mniej więcej jak zmiana klasy energetycznej lodówki albo kategoria wagonu sypialnego. Człowiek wie, że jedna literka się przesunęła, ale nie jest pewien, czy ma odwołać wakacje.
Nie ma potrzeby. Polska nie zbankrutowała, nie przestała być wiarygodnym dłużnikiem i nie obudzimy się w poniedziałek z komornikiem pod Belwederem. A3 to nadal rating inwestycyjny, czyli Moody’s wciąż uważa, że można nam pożyczać pieniądze bez konieczności zabierania dowodu osobistego w zastaw.
Tyle że wcześniej byliśmy klientem, któremu bankier mówił: „Panie Krzysztofie, jak zwykle?”. Teraz jesteśmy klientem, któremu mówi: „Oczywiście, panie Krzysztofie, tylko jeszcze sprawdzimy dochody”.
I to właśnie jest sens całej awantury.
Rating państwa to w uproszczeniu ocena, jak bardzo można wierzyć, że kraj pożyczone pieniądze odda bez cudów, przewrotów i sprzedaży Wawelu. Im lepsza ocena, tym łatwiej i taniej państwo może się zadłużać. Im gorsza, tym inwestor zaczyna drapać się po brodzie i mówić, że bardzo chętnie kupi polskie obligacje, ale skoro już tak, to może za trochę wyższe odsetki.
A trochę wyższe odsetki przy setkach miliardów długu mają tę właściwość, że z czasem przestają być trochę wyższe.
Moody’s uzasadnił decyzję wyjątkowo niepatriotycznie, czyli liczbami. Deficyt finansów publicznych ma wynosić około siedmiu procent PKB zarówno w tym, jak i przyszłym roku. Dług sektora rządowego i samorządowego według prognozy agencji ma wzrosnąć z niecałych 60 procent PKB w 2025 roku do prawie 69 procent w 2027 roku. Koszty odsetek rosną, zadłużenia przybywa, a część długu elegancko wyprowadziliśmy poza tradycyjny budżet, gdzie wygląda mniej groźnie, dopóki ktoś z Moody’s nie założy okularów.
To trochę jak rodzinne finanse prowadzone metodą nowoczesną. Kredyt hipoteczny jest w zeszycie. Pożyczka samochodowa w aplikacji. Karta kredytowa w szufladzie. Raty za telewizor na żonę, a gospodarz domu z dumą oznajmia, że w gotówce ma tylko niewielkie zobowiązania.
Moody’s jednak policzył również szufladę.
Najbardziej bolesne w tej ocenie jest to, że agencja nie twierdzi, iż Polska jest biedna. Przeciwnie. Polska gospodarka rośnie całkiem szybko. Moody’s przewiduje wzrost PKB o 3,7 procent w tym roku i 3,2 procent w przyszłym. Mamy pieniądze z KPO, inwestycje, niezłe zatrudnienie, konsumpcję i eksport.
Czyli nie jesteśmy człowiekiem, który nie ma pracy. Jesteśmy człowiekiem, który dobrze zarabia, lecz pod koniec miesiąca nadal pyta kolegę, czy pożyczy dwieście złotych do pierwszego.
I to już robi większe wrażenie.
Minister finansów Andrzej Domański zareagował słowami, że decyzję należy traktować „poważnie, ale spokojnie”, ponieważ gospodarka szybko rośnie, a fundamenty są mocne.
„Poważnie, ale spokojnie” jest w ogóle ulubionym stanem polskich finansów. Deficyt rośnie — spokojnie. Dług rośnie — poważnie. Odsetki rosną — spokojnie i poważnie. Rating spada — bardzo poważnie, lecz nadal prosimy zachować spokój. Jest to ekonomiczny odpowiednik komunikatu kapitana statku: woda dostała się do maszynowni, ale bufet działa normalnie.
Ekonomista Piotr Arak był mniej subtelny i napisał po prostu: „Ogarnijmy się”. Muszę przyznać, że jest to jedna z najbardziej przejrzystych strategii fiskalnych przedstawionych ostatnio w Polsce.
Mamy obecnie sytuację szczególnie uroczą. Rząd potrzebuje pieniędzy, ponieważ trzeba finansować obronność, ochronę zdrowia, świadczenia społeczne, inwestycje i całą resztę państwa. Prezydent bardzo chętnie chciałby obniżać podatki i ceny, Sejm produkuje kolejne projekty, wszyscy zapewniają, że obywatel nie powinien płacić więcej, a jednocześnie ten sam obywatel oczekuje, że państwo będzie miało więcej czołgów, lekarzy, dróg, emerytur, dopłat i policjantów.
To jest nasza narodowa teoria finansów publicznych. Państwo powinno wydawać dużo. Podatnik powinien płacić mało. Różnicę pokryje wzrost gospodarczy, Bruksela, przyszłe pokolenia albo święty Mikołaj. Moody’s najwyraźniej nie uwzględnia świętego Mikołaja w metodologii.
Agencja zwróciła też uwagę na konflikt między rządem a prezydentem, który utrudnia poważne porządkowanie finansów przed wyborami w 2027 roku.
I tutaj robi się naprawdę swojsko. Rząd mówi, że potrzebuje większych dochodów. Prezydent mówi, że podatków podnosić nie będzie. Jedni uchwalają. Drugi wetuje. Potem jedni oskarżają drugiego o dziurę w budżecie, a drugi oskarża jednych o chęć ograbienia obywateli.
Obywatel tymczasem stoi na stacji benzynowej, patrzy na cenę diesla i dochodzi do wniosku, że najwyraźniej już został ograbiony, tylko nie wie przez którą instytucję.
Moody’s występuje w tej rodzinnej awanturze w roli księgowego zaproszonego na Wigilię. Wszyscy się kłócą, kto kupił za drogie prezenty, a księgowy podnosi głowę znad rachunków i mówi: „Przepraszam bardzo, ale wy wszyscy jesteście na minusie”.
Co ciekawe, po obniżce Moody’s znalazł się zasadniczo tam, gdzie wcześniej Fitch i S&P. Moody’s daje Polsce A3, podczas gdy dwie pozostałe wielkie agencje mają nas na odpowiedniku A-, czyli podobnym poziomie wiarygodności kredytowej.
Nie zostaliśmy więc zdegradowani do kategorii „proszę zostawić zegarek pod zastaw”. Raczej skończył się okres, w którym jeden z nauczycieli dawał nam lepszą ocenę niż pozostali.
Najciekawsze jest jednak to, co może wydarzyć się dalej. Rating ma teraz perspektywę stabilną, więc Moody’s nie zapowiada, że jutro przyjdzie ponownie i zabierze kolejną literkę. Sama agencja mówi, że ocena mogłaby kiedyś wzrosnąć, gdyby Polska wiarygodnie zaczęła ograniczać przyrost długu, poprawiła finanse i wzmocniła instytucje. Mogłaby natomiast dalej spadać, jeżeli dług będzie wymykał się regułom i zmierzał wyraźnie powyżej 75 procent PKB.
Czyli recepta jest zaskakująco mało innowacyjna. Trzeba wydawać tyle, ile można. Pożyczać rozsądnie. Nie chować długu pod dywan. I odkładać coś wtedy, kiedy gospodarka ma się dobrze. Ekonomiści wymyślili to kilkaset lat temu, ale polska polityka wciąż prowadzi badania, czy przypadkiem istnieje trzecia droga polegająca na wydawaniu coraz więcej i równoczesnym obniżaniu wszystkiego.
Dlatego decyzja Moody’s nie jest katastrofą. Jest raczej pierwszym listem od banku napisanym nieco większą czcionką. Jeszcze nie ma w nim słowa „windykacja”. Jest za to subtelna sugestia: „Szanowni Państwo, zauważyliśmy, że bardzo dobrze zarabiacie. Czy moglibyście w takim razie przestać żyć tak, jakby rachunki płacił ktoś inny?”
I chyba właśnie to najbardziej boli. Bo gdybyśmy byli biedni, można byłoby narzekać na los. A tu się okazuje, że problem polega na czymś znacznie mniej romantycznym. Pieniądze są. Tylko państwo ma również pomysły.
Krzysztof Bielejewski
