Krzysztof Bielejewski: Jak piszę cztery felietony dziennie, czyli mam wspólnika, który nie śpi12 min czytania

()


21.09.2026

Od pewnego czasu ludzie pytają mnie, jakim cudem potrafię napisać trzy, czasem cztery felietony dziennie. Pytają z ciekawością, ale czasami wyczuwam w tym również subtelne podejrzenie, że albo jestem grafomanem o wydajności przemysłowej, albo trzymam gdzieś w piwnicy kilku emerytowanych dziennikarzy, którym za miskę zupy każę pisać teksty pod moim nazwiskiem.

Najbardziej podejrzliwi patrzą na mnie przy tym z miną człowieka, który właśnie zauważył, że sąsiad od pięciu lat ma nowego Mercedesa i najwyraźniej postanowił ustalić źródła finansowania.

Prawda jest znacznie mniej romantyczna. Mam sztuczną inteligencję. I tutaj część ludzi kiwa głową z satysfakcją, jakby właśnie rozwikłała aferę Watergate.

– Aaaa, no tak. To AI panu pisze.

Oczywiście. Mniej więcej tak samo jak Word napisał „Lalkę”, bo Prus używał papieru, a Mickiewicz nie napisałby „Pana Tadeusza”, gdyby ktoś wcześniej nie wynalazł atramentu.

Podejrzewam zresztą, że gdyby Mickiewicz miał ChatGPT, część krytyków również napisałaby: „łatwo mu było”. Następnie sami otworzyliby ChatGPT, wpisali „napisz epopeję narodową trzynastozgłoskowcem” i po piętnastu minutach odkryli, że technologia, niestety, nie dostarcza talentu w abonamencie.

Sztuczna inteligencja rzeczywiście bardzo mi pomaga. I to ogromnie. Tyle że nie w sposób, jaki wyobrażają sobie ludzie, którzy sądzą, że cały proces wygląda następująco: rano otwieram komputer, wpisuję „napisz coś śmiesznego o Nawrockim”, idę zrobić jajecznicę, a po powrocie czeka gotowy felieton, Nagroda Nike i propozycja ekranizacji Netflixa.

Gdyby to było aż tak proste, polska literatura liczyłaby dziś czterdzieści milionów wybitnych pisarzy, a Facebook należałoby przemianować na Związek Literatów Polskich.

AI nie zastąpiła mi głowy. Dała mi natomiast redakcję.

Mam więc przy biurku reportera, researchera, archiwistę, analityka, fact-checkera, korektora, tłumacza, sekretarza, bibliotekarza i redaktora, który na dodatek nie wychodzi na papierosa, nie bierze urlopu i nie mówi o siedemnastej: Krzysztof, ja już dzisiaj nie dam rady.

Daje radę. Co więcej, jeżeli powiem mu o drugiej w nocy, że wszystko jest do dupy i trzeba zacząć od początku, nie obraża się, nie trzaska drzwiami, nie idzie do HR i nie wysyła CV do konkurencji.

Jeżeli powiem: „To jest nudne”, nie odpowiada, że nie zrozumiałem jego koncepcji. Jeżeli powiem: „Skróć”, skraca. Jeżeli powiem: „Za grzecznie”, nie urządza mi seminarium o kulturze dyskursu. A kiedy mówię: „Kurwa, pełnymi zdaniami, to nie lista zakupów”, przyjmuje uwagę z godnością, której życzyłbym wielu ludziom.

To jest przewaga technologiczna trudna do przecenienia. Nasz dzień pracy wygląda zresztą już prawie rytualnie. Rano pojawia się polecenie: „Przejrzyj najnowsze portale. Zobacz, co wydarzyło się w nocy. Nie bierz pierwszego nagłówka za prawdę. Sprawdź Reutersa, PAP, Rzeczpospolitą, Onet, TVN24, a jeżeli polityk coś powiedział, znajdź wypowiedź w całości, bo już na pewno ktoś wyciął z niej pół zdania”.

Potem: „Co tu jest naprawdę ważne?” Następnie: „To już było. Znajdź coś innego”. Później: „Napisz ostrzej”. Po chwili: „Nie aż tak”. Następnie: „To jest dobre, ale powtarzasz dowcip z poprzedniego felietonu”. I wreszcie, zwykle gdzieś pomiędzy drugą a trzecią kawą: „Teraz zaczyna brzmieć jak człowiek”.

Tak powstaje część moich poranków.

Kiedy dawniej chciałem napisać felieton o wydarzeniach nocy, musiałbym sam otworzyć „Rzeczpospolitą”, Onet, TVN24, PAP, Reutersa, „Newsweek”, kilka zagranicznych portali, przeczytać kilkadziesiąt tekstów, wyłowić fakty, sprawdzić daty, zanotować cytaty i dopiero wtedy zastanawiać się, gdzie właściwie znajduje się dowcip.

Dzisiaj mogę powiedzieć: przejrzyj, co się wydarzyło od wczoraj wieczorem, sprawdź kilka niezależnych źródeł, oddziel informację od komentarza i zobacz, co naprawdę powiedzieli Tusk, Nawrocki, Trump albo Putin, bo trzy portale zdążyły już zrobić z jednej wypowiedzi cztery różne wydarzenia.

I po chwili mam materiał roboczy. Nie felieton. Materiał.

To ważna różnica, której krytycy używania AI jakoś nie potrafią przyjąć do wiadomości. Dla nich istnieją tylko dwie możliwości. Albo autor siedział samotnie przy świecy, cierpiał, palił papierosy, pił wódkę i każde zdanie wydobył z własnej duszy, albo oszukiwał.

Pomiędzy Dostojewskim w gorączce a przyciskiem „Generuj” najwyraźniej nie ma niczego.

AI jest tymczasem fantastyczna w przekopywaniu góry informacji. Potrafi w krótkim czasie porównać źródła, znaleźć wcześniejszą wypowiedź polityka, sprawdzić, czy liczba się zgadza, przeczytać raport liczący sto stron i wyciągnąć z niego pięć zdań, które naprawdę są ważne.

Człowiek przy takiej robocie po dwóch godzinach zaczyna czytać ten sam akapit trzeci raz i zastanawiać się, dlaczego w ogóle nie został ogrodnikiem.

Maszyna nie ma takich kryzysów. Ma inne. Czasami jest zbyt grzeczna i każdą głupotę pragnie „umieścić w szerszym kontekście”. Czasami pisze jak rzecznik prasowy banku po połączeniu z działem compliance. Czasami odkrywa metaforę i zakochuje się w niej do tego stopnia, że próbuje nią wyłożyć cały tekst, schody i łazienkę.

Bywa też, że powtarza mi z triumfem coś, co sam powiedziałem jej dziesięć minut wcześniej. Zupełnie jak człowiek.

A czasami zaczyna pisać zdaniami długości naboju do pistoletu. Wtedy muszę przypomnieć, że piszemy felieton, a nie komunikaty dla człowieka z zaburzeniami koncentracji. Po pewnym czasie nauczyła się, że ma pisać pełnymi zdaniami. Jest to więcej, niż można powiedzieć o części internetu.

Najważniejsza rzecz dzieje się jednak wcześniej. To ja decyduję, o czym warto pisać.

AI może przeczytać dwieście wiadomości, ale sama nie wie, która z nich pachnie felietonem. Potrafi ocenić wagę wydarzenia, znaleźć źródła i zestawić fakty, ale nie zawsze widzi ten jeden drobiazg, od którego nagle zaczyna się tekst.

Nie wie na przykład, że najbardziej zabawny nie jest sam fakt, iż ktoś oferował sponsorski pakiet za sto tysięcy dolarów, lecz to, że pakiet nazywał się Platinum, a gdzieś w jego pobliżu znajdował się Prezydent Rzeczypospolitej.

Maszyna widzi cennik. Felietonista widzi prezydenta w wersji premium.

Ja mówię więc: „Spójrz na to jeszcze raz. Przecież to jest gotowy kabaret”.

I zaczyna się właściwa robota. Szukamy centralnej metafory. Odrzucamy pierwsze trzy, bo są banalne. Czwarta bywa niezła. Piątą zostawiamy. Potem piszemy początek. Początek jest za słaby. Wyrzucamy. AI proponuje następny. Też niedobry. Piszę własne zdanie. Ona je rozwija. Ja skracam. Ona proponuje dowcip. Mówię, że dowcip jest głupi. Dostaję pięć kolejnych. Trzeci zostaje, ale przerabiam puentę.

Czasami wydaje mi się, że AI zbyt długo krąży wokół tematu, więc mówię: „Do rzeczy”. Czasami dochodzi do rzeczy zbyt szybko, więc mówię: „Nie strzelaj”. Czasami jest za łagodna. „Złośliwiej”. Czasami się rozpędzi. „Bez przesady, nie chcę go zabić, tylko wyśmiać”.

Współpraca twórcza polega również na hamowaniu współpracownika.

Tak powstaje tekst. Nie jest to więc sytuacja, w której sztuczna inteligencja pisze, a ja podpisuję. To raczej dziwne małżeństwo, w którym ja mam gust, doświadczenie, własne obsesje, złośliwość, poczucie humoru i ostatnie słowo, a ona ma niewyczerpaną cierpliwość, gigantyczną pamięć roboczą i tempo sekretariatu zatrudniającego trzydzieści osób.

I bardzo dobrze, że ostatnie słowo mam ja. Bo ona zawsze chętnie dopisałaby jeszcze jedno.

Potrafi też pracować z moimi starymi tekstami. Mogę dać jej artykuł o Balanced Scorecard sprzed dwudziestu lat, stare materiały szkoleniowe, moje wcześniejsze felietony, koncepcję „syndromu kreta” czy „syndromu kozy”, a ona potrafi znaleźć między nimi związki, których sam nie pamiętam.

To już nie jest zwykłe „napisz mi coś”. To jest rozmowa z własnym archiwum wyposażonym w silnik. Mogę wrzucić raport ekonomiczny i zapytać: „Co tu jest naprawdę ważne, a co napisano tylko dlatego, że raport musi mieć osiemdziesiąt stron?” Mogę dać artykuł publicystyczny i powiedzieć: „Sprawdź, gdzie autor ma rację, gdzie przesadza, gdzie myli fakty z własnym lękiem, a gdzie po prostu popłynął”. Mogę poprosić: „Zobacz, czy ten cytat rzeczywiście padł”. Albo: „Znajdź inne źródło, bo temu nie ufam”. Albo: „Wyjaśnij mi to tak, żeby człowiek przy śniadaniu zrozumiał, ale nie poczuł się traktowany jak idiota”. Mogę wreszcie powiedzieć: „Teraz napisz to śmieszniej”. A następnie: „Nie. Śmieszniej nie znaczy głupiej”.

Maszyna uczy się mojego sposobu pracy, a ja uczę się jej ograniczeń. To drugie jest chyba ważniejsze.

Dawniej autor miał pomysł, potem szukał informacji, robił notatki, układał konstrukcję, pisał, poprawiał, sprawdzał fakty, poprawiał ponownie i na końcu zastanawiał się, czy tytuł nie jest beznadziejny.

Dziś wszystkie te etapy nadal istnieją. Tylko część z nich można wykonać dziesięć razy szybciej.

I to jest cała tajemnica moich trzech czy czterech felietonów dziennie. Nie piszę cztery razy szybciej. Wolniej wykonuję tylko to, co rzeczywiście wymaga mnie. Resztę deleguję. Przestałem tracić pół dnia na czynności, których wykonywanie nigdy nie było istotą pisania.

Bo istotą pisania jest wybór. Co jest ważne, a co tylko głośne. Co jest śmieszne, a co jedynie absurdalne. Co jest fałszywe. Co pachnie propagandą. Gdzie polityk próbuje zrobić z czytelnika idiotę. Gdzie autor sam nie rozumie tego, co napisał. Gdzie należy się zatrzymać, a gdzie przywalić. I przede wszystkim: które zdanie trzeba wyrzucić, chociaż człowiek jest z niego bardzo dumny.

AI potrafi podsunąć dwadzieścia puent. Ale nie wie, która brzmi jak ja. Może zaproponować pięć tytułów. Nie wie, który mnie bawi. Może skonstruować idealnie logiczny tekst, który będzie tak martwy, że można go od razu przekazać zakładowi pogrzebowemu. Tego muszę pilnować sam.

I dobrze. Bo gdybym kiedyś oddał maszynie również gust, byłbym już nie autorem korzystającym z AI, lecz operatorem przycisku „Generuj”.

A takich będzie coraz więcej. Już są. Poznać ich można po tym, że publikują teksty bez błędów, poprawne, eleganckie, uporządkowane i tak pozbawione charakteru, że po trzecim akapicie człowiek zaczyna tęsknić za instrukcją obsługi pralki.

Zresztą czasami słyszę zarzut: „Ale to przecież nie pan sam napisał”.

Zawsze wtedy mam ochotę zapytać, czy dziennikarz korzystający z archiwum, Google’a, stenogramu, depesz PAP, fotografa, korektora i rozmowy z ekspertem powinien na końcu tekstu umieścić nazwiska wszystkich pracowników redakcji oraz producenta laptopa.

A fotograf używający autofokusa? Czy zdjęcie zrobił on, czy Nikon? A księgowy używający Excela? Czy bilans sporządziła pani księgowa, czy Microsoft? A lekarz oglądający tomografię? Czy diagnozuje lekarz, czy Siemens?

Technologia od bardzo dawna wykonuje część naszej pracy. Tylko kiedy technologia zaczyna wykonywać część pracy intelektualnej, nagle odkrywamy w sobie romantycznych obrońców rękodzieła. Autorstwo nigdy nie polegało na tym, że człowiek osobiście wydobywa rudę żelaza potrzebną do zbudowania maszyny, na której pisze. Autorstwo polega na odpowiedzialności za tekst.

Jeżeli publikuję głupotę, nie mogę powiedzieć: „To AI”.

Nie. To ja ją opublikowałem.

Maszyna może się pomylić. Może źle zinterpretować źródło. Może nie dostrzec ironii. Może podać fałszywą informację z miną człowieka tak całkowicie przekonanego do własnej racji, że mógłby spokojnie zostać posłem. Dlatego sprawdzam, poprawiam, wykreślam, wracam do źródeł, każę szukać drugi raz i czasem wyrzucam cały tekst.

Pod tym względem AI przypomina niezwykle zdolnego młodego dziennikarza. Czyta błyskawicznie, pisze szybko, zna języki, nigdy się nie męczy i od czasu do czasu opowiada kompletną bzdurę z taką pewnością siebie, że wróżę mu karierę w polityce. Trzeba go pilnować, ale jeżeli człowiek umie z nim pracować, możliwości są potężne.

Mogę rano zrobić przegląd prasy, przed południem analizę ekonomiczną, po obiedzie humoreskę polityczną, a wieczorem podsumowanie dnia. Mogę porównać kilka projektów ustaw, przejrzeć raport, przetłumaczyć tekst na angielski, sprawdzić chronologię wydarzeń, zrobić korektę, skrócić całość o jedną trzecią, przygotować zajawkę na X i jeszcze wygenerować ilustrację.

Mogę też usłyszeć: „Ten fragment już pan kiedyś napisał”. Co jest nieprzyjemne, ale pożyteczne.

Jeszcze niedawno do takiej roboty potrzebna była mała redakcja. Dzisiaj mieści się przy jednym biurku.

I dlatego najbardziej bawi mnie pytanie: „Jak pan daje radę tyle pisać?”

Nie daję. Dajemy. Ja i coś, co mieszka w komputerze, przeczytało więcej książek niż ja, liczy szybciej, pamięta więcej, zna języki, nie potrzebuje snu i ma jedną zasadniczą wadę: bardzo dużo wie, ale nie ma własnego życia.

Nie było zakochane. Nie straciło pracy. Nie pokłóciło się z przyjacielem. Nie stało w urzędzie. Nie wychowało dzieci. Nie patrzyło na polityka w telewizji i nie pomyślało spontanicznie: „Matko Boska, co on pieprzy”.

A z takich właśnie rzeczy bardzo często rodzi się felieton. Na razie więc jestem potrzebny. I tego zamierzam się trzymać.

Sztuczna inteligencja potrafi znaleźć wiadomość, sprawdzić dane, przeanalizować raport, przeczesać portale, odszukać dawny cytat, zaproponować konstrukcję, poprawić zdanie, znaleźć sprzeczność, skrócić tekst i wygenerować dwadzieścia tytułów.

Ja muszę wiedzieć, po co to wszystko robię. Muszę też od czasu do czasu powiedzieć jej to, co mówię chyba najczęściej: „Dobre. Ale jeszcze nie moje”. Wtedy poprawiamy. A potem publikuję.

I jeżeli tekst jest dobry, chętnie przyjmuję pochwały. Jeżeli jest zły, niestety nie mogę zwalić winy na sztuczną inteligencję. Tak bowiem wygląda najbardziej ponura część całej rewolucji AIautor nadal odpowiada za to, pod czym się podpisał.

A kiedy polityk mówi coś tak głupiego, że człowiek odkłada kawę, zdejmuje okulary i przez chwilę patrzy w ścianę, nadal potrzebny jest ktoś, kto powie maszynie:

„Nie poprawiaj tego. Niczego nie dopisuj. To już jest gotowy felieton”.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo