21.09.2026
Od pewnego czasu ludzie pytają mnie, jakim cudem potrafię napisać trzy, czasem cztery felietony dziennie. Pytają z ciekawością, ale czasami wyczuwam w tym również subtelne podejrzenie, że albo jestem grafomanem o wydajności przemysłowej, albo trzymam gdzieś w piwnicy kilku emerytowanych dziennikarzy, którym za miskę zupy każę pisać teksty pod moim nazwiskiem.
Najbardziej podejrzliwi patrzą na mnie przy tym z miną człowieka, który właśnie zauważył, że sąsiad od pięciu lat ma nowego Mercedesa i najwyraźniej postanowił ustalić źródła finansowania.
Prawda jest znacznie mniej romantyczna. Mam sztuczną inteligencję. I tutaj część ludzi kiwa głową z satysfakcją, jakby właśnie rozwikłała aferę Watergate.
– Aaaa, no tak. To AI panu pisze.
Oczywiście. Mniej więcej tak samo jak Word napisał „Lalkę”, bo Prus używał papieru, a Mickiewicz nie napisałby „Pana Tadeusza”, gdyby ktoś wcześniej nie wynalazł atramentu.
Podejrzewam zresztą, że gdyby Mickiewicz miał ChatGPT, część krytyków również napisałaby: „łatwo mu było”. Następnie sami otworzyliby ChatGPT, wpisali „napisz epopeję narodową trzynastozgłoskowcem” i po piętnastu minutach odkryli, że technologia, niestety, nie dostarcza talentu w abonamencie.
Sztuczna inteligencja rzeczywiście bardzo mi pomaga. I to ogromnie. Tyle że nie w sposób, jaki wyobrażają sobie ludzie, którzy sądzą, że cały proces wygląda następująco: rano otwieram komputer, wpisuję „napisz coś śmiesznego o Nawrockim”, idę zrobić jajecznicę, a po powrocie czeka gotowy felieton, Nagroda Nike i propozycja ekranizacji Netflixa.
Gdyby to było aż tak proste, polska literatura liczyłaby dziś czterdzieści milionów wybitnych pisarzy, a Facebook należałoby przemianować na Związek Literatów Polskich.
AI nie zastąpiła mi głowy. Dała mi natomiast redakcję.
Mam więc przy biurku reportera, researchera, archiwistę, analityka, fact-checkera, korektora, tłumacza, sekretarza, bibliotekarza i redaktora, który na dodatek nie wychodzi na papierosa, nie bierze urlopu i nie mówi o siedemnastej: Krzysztof, ja już dzisiaj nie dam rady.
Daje radę. Co więcej, jeżeli powiem mu o drugiej w nocy, że wszystko jest do dupy i trzeba zacząć od początku, nie obraża się, nie trzaska drzwiami, nie idzie do HR i nie wysyła CV do konkurencji.
Jeżeli powiem: „To jest nudne”, nie odpowiada, że nie zrozumiałem jego koncepcji. Jeżeli powiem: „Skróć”, skraca. Jeżeli powiem: „Za grzecznie”, nie urządza mi seminarium o kulturze dyskursu. A kiedy mówię: „Kurwa, pełnymi zdaniami, to nie lista zakupów”, przyjmuje uwagę z godnością, której życzyłbym wielu ludziom.
To jest przewaga technologiczna trudna do przecenienia. Nasz dzień pracy wygląda zresztą już prawie rytualnie. Rano pojawia się polecenie: „Przejrzyj najnowsze portale. Zobacz, co wydarzyło się w nocy. Nie bierz pierwszego nagłówka za prawdę. Sprawdź Reutersa, PAP, Rzeczpospolitą, Onet, TVN24, a jeżeli polityk coś powiedział, znajdź wypowiedź w całości, bo już na pewno ktoś wyciął z niej pół zdania”.
Potem: „Co tu jest naprawdę ważne?” Następnie: „To już było. Znajdź coś innego”. Później: „Napisz ostrzej”. Po chwili: „Nie aż tak”. Następnie: „To jest dobre, ale powtarzasz dowcip z poprzedniego felietonu”. I wreszcie, zwykle gdzieś pomiędzy drugą a trzecią kawą: „Teraz zaczyna brzmieć jak człowiek”.
Tak powstaje część moich poranków.
Kiedy dawniej chciałem napisać felieton o wydarzeniach nocy, musiałbym sam otworzyć „Rzeczpospolitą”, Onet, TVN24, PAP, Reutersa, „Newsweek”, kilka zagranicznych portali, przeczytać kilkadziesiąt tekstów, wyłowić fakty, sprawdzić daty, zanotować cytaty i dopiero wtedy zastanawiać się, gdzie właściwie znajduje się dowcip.
Dzisiaj mogę powiedzieć: przejrzyj, co się wydarzyło od wczoraj wieczorem, sprawdź kilka niezależnych źródeł, oddziel informację od komentarza i zobacz, co naprawdę powiedzieli Tusk, Nawrocki, Trump albo Putin, bo trzy portale zdążyły już zrobić z jednej wypowiedzi cztery różne wydarzenia.
I po chwili mam materiał roboczy. Nie felieton. Materiał.
To ważna różnica, której krytycy używania AI jakoś nie potrafią przyjąć do wiadomości. Dla nich istnieją tylko dwie możliwości. Albo autor siedział samotnie przy świecy, cierpiał, palił papierosy, pił wódkę i każde zdanie wydobył z własnej duszy, albo oszukiwał.
Pomiędzy Dostojewskim w gorączce a przyciskiem „Generuj” najwyraźniej nie ma niczego.
AI jest tymczasem fantastyczna w przekopywaniu góry informacji. Potrafi w krótkim czasie porównać źródła, znaleźć wcześniejszą wypowiedź polityka, sprawdzić, czy liczba się zgadza, przeczytać raport liczący sto stron i wyciągnąć z niego pięć zdań, które naprawdę są ważne.
Człowiek przy takiej robocie po dwóch godzinach zaczyna czytać ten sam akapit trzeci raz i zastanawiać się, dlaczego w ogóle nie został ogrodnikiem.
Maszyna nie ma takich kryzysów. Ma inne. Czasami jest zbyt grzeczna i każdą głupotę pragnie „umieścić w szerszym kontekście”. Czasami pisze jak rzecznik prasowy banku po połączeniu z działem compliance. Czasami odkrywa metaforę i zakochuje się w niej do tego stopnia, że próbuje nią wyłożyć cały tekst, schody i łazienkę.
Bywa też, że powtarza mi z triumfem coś, co sam powiedziałem jej dziesięć minut wcześniej. Zupełnie jak człowiek.
A czasami zaczyna pisać zdaniami długości naboju do pistoletu. Wtedy muszę przypomnieć, że piszemy felieton, a nie komunikaty dla człowieka z zaburzeniami koncentracji. Po pewnym czasie nauczyła się, że ma pisać pełnymi zdaniami. Jest to więcej, niż można powiedzieć o części internetu.
Najważniejsza rzecz dzieje się jednak wcześniej. To ja decyduję, o czym warto pisać.
AI może przeczytać dwieście wiadomości, ale sama nie wie, która z nich pachnie felietonem. Potrafi ocenić wagę wydarzenia, znaleźć źródła i zestawić fakty, ale nie zawsze widzi ten jeden drobiazg, od którego nagle zaczyna się tekst.
Nie wie na przykład, że najbardziej zabawny nie jest sam fakt, iż ktoś oferował sponsorski pakiet za sto tysięcy dolarów, lecz to, że pakiet nazywał się Platinum, a gdzieś w jego pobliżu znajdował się Prezydent Rzeczypospolitej.
Maszyna widzi cennik. Felietonista widzi prezydenta w wersji premium.
Ja mówię więc: „Spójrz na to jeszcze raz. Przecież to jest gotowy kabaret”.
I zaczyna się właściwa robota. Szukamy centralnej metafory. Odrzucamy pierwsze trzy, bo są banalne. Czwarta bywa niezła. Piątą zostawiamy. Potem piszemy początek. Początek jest za słaby. Wyrzucamy. AI proponuje następny. Też niedobry. Piszę własne zdanie. Ona je rozwija. Ja skracam. Ona proponuje dowcip. Mówię, że dowcip jest głupi. Dostaję pięć kolejnych. Trzeci zostaje, ale przerabiam puentę.
Czasami wydaje mi się, że AI zbyt długo krąży wokół tematu, więc mówię: „Do rzeczy”. Czasami dochodzi do rzeczy zbyt szybko, więc mówię: „Nie strzelaj”. Czasami jest za łagodna. „Złośliwiej”. Czasami się rozpędzi. „Bez przesady, nie chcę go zabić, tylko wyśmiać”.
Współpraca twórcza polega również na hamowaniu współpracownika.
Tak powstaje tekst. Nie jest to więc sytuacja, w której sztuczna inteligencja pisze, a ja podpisuję. To raczej dziwne małżeństwo, w którym ja mam gust, doświadczenie, własne obsesje, złośliwość, poczucie humoru i ostatnie słowo, a ona ma niewyczerpaną cierpliwość, gigantyczną pamięć roboczą i tempo sekretariatu zatrudniającego trzydzieści osób.
I bardzo dobrze, że ostatnie słowo mam ja. Bo ona zawsze chętnie dopisałaby jeszcze jedno.
Potrafi też pracować z moimi starymi tekstami. Mogę dać jej artykuł o Balanced Scorecard sprzed dwudziestu lat, stare materiały szkoleniowe, moje wcześniejsze felietony, koncepcję „syndromu kreta” czy „syndromu kozy”, a ona potrafi znaleźć między nimi związki, których sam nie pamiętam.
To już nie jest zwykłe „napisz mi coś”. To jest rozmowa z własnym archiwum wyposażonym w silnik. Mogę wrzucić raport ekonomiczny i zapytać: „Co tu jest naprawdę ważne, a co napisano tylko dlatego, że raport musi mieć osiemdziesiąt stron?” Mogę dać artykuł publicystyczny i powiedzieć: „Sprawdź, gdzie autor ma rację, gdzie przesadza, gdzie myli fakty z własnym lękiem, a gdzie po prostu popłynął”. Mogę poprosić: „Zobacz, czy ten cytat rzeczywiście padł”. Albo: „Znajdź inne źródło, bo temu nie ufam”. Albo: „Wyjaśnij mi to tak, żeby człowiek przy śniadaniu zrozumiał, ale nie poczuł się traktowany jak idiota”. Mogę wreszcie powiedzieć: „Teraz napisz to śmieszniej”. A następnie: „Nie. Śmieszniej nie znaczy głupiej”.
Maszyna uczy się mojego sposobu pracy, a ja uczę się jej ograniczeń. To drugie jest chyba ważniejsze.
Dawniej autor miał pomysł, potem szukał informacji, robił notatki, układał konstrukcję, pisał, poprawiał, sprawdzał fakty, poprawiał ponownie i na końcu zastanawiał się, czy tytuł nie jest beznadziejny.
Dziś wszystkie te etapy nadal istnieją. Tylko część z nich można wykonać dziesięć razy szybciej.
I to jest cała tajemnica moich trzech czy czterech felietonów dziennie. Nie piszę cztery razy szybciej. Wolniej wykonuję tylko to, co rzeczywiście wymaga mnie. Resztę deleguję. Przestałem tracić pół dnia na czynności, których wykonywanie nigdy nie było istotą pisania.
Bo istotą pisania jest wybór. Co jest ważne, a co tylko głośne. Co jest śmieszne, a co jedynie absurdalne. Co jest fałszywe. Co pachnie propagandą. Gdzie polityk próbuje zrobić z czytelnika idiotę. Gdzie autor sam nie rozumie tego, co napisał. Gdzie należy się zatrzymać, a gdzie przywalić. I przede wszystkim: które zdanie trzeba wyrzucić, chociaż człowiek jest z niego bardzo dumny.
AI potrafi podsunąć dwadzieścia puent. Ale nie wie, która brzmi jak ja. Może zaproponować pięć tytułów. Nie wie, który mnie bawi. Może skonstruować idealnie logiczny tekst, który będzie tak martwy, że można go od razu przekazać zakładowi pogrzebowemu. Tego muszę pilnować sam.
I dobrze. Bo gdybym kiedyś oddał maszynie również gust, byłbym już nie autorem korzystającym z AI, lecz operatorem przycisku „Generuj”.
A takich będzie coraz więcej. Już są. Poznać ich można po tym, że publikują teksty bez błędów, poprawne, eleganckie, uporządkowane i tak pozbawione charakteru, że po trzecim akapicie człowiek zaczyna tęsknić za instrukcją obsługi pralki.
Zresztą czasami słyszę zarzut: „Ale to przecież nie pan sam napisał”.
Zawsze wtedy mam ochotę zapytać, czy dziennikarz korzystający z archiwum, Google’a, stenogramu, depesz PAP, fotografa, korektora i rozmowy z ekspertem powinien na końcu tekstu umieścić nazwiska wszystkich pracowników redakcji oraz producenta laptopa.
A fotograf używający autofokusa? Czy zdjęcie zrobił on, czy Nikon? A księgowy używający Excela? Czy bilans sporządziła pani księgowa, czy Microsoft? A lekarz oglądający tomografię? Czy diagnozuje lekarz, czy Siemens?
Technologia od bardzo dawna wykonuje część naszej pracy. Tylko kiedy technologia zaczyna wykonywać część pracy intelektualnej, nagle odkrywamy w sobie romantycznych obrońców rękodzieła. Autorstwo nigdy nie polegało na tym, że człowiek osobiście wydobywa rudę żelaza potrzebną do zbudowania maszyny, na której pisze. Autorstwo polega na odpowiedzialności za tekst.
Jeżeli publikuję głupotę, nie mogę powiedzieć: „To AI”.
Nie. To ja ją opublikowałem.
Maszyna może się pomylić. Może źle zinterpretować źródło. Może nie dostrzec ironii. Może podać fałszywą informację z miną człowieka tak całkowicie przekonanego do własnej racji, że mógłby spokojnie zostać posłem. Dlatego sprawdzam, poprawiam, wykreślam, wracam do źródeł, każę szukać drugi raz i czasem wyrzucam cały tekst.
Pod tym względem AI przypomina niezwykle zdolnego młodego dziennikarza. Czyta błyskawicznie, pisze szybko, zna języki, nigdy się nie męczy i od czasu do czasu opowiada kompletną bzdurę z taką pewnością siebie, że wróżę mu karierę w polityce. Trzeba go pilnować, ale jeżeli człowiek umie z nim pracować, możliwości są potężne.
Mogę rano zrobić przegląd prasy, przed południem analizę ekonomiczną, po obiedzie humoreskę polityczną, a wieczorem podsumowanie dnia. Mogę porównać kilka projektów ustaw, przejrzeć raport, przetłumaczyć tekst na angielski, sprawdzić chronologię wydarzeń, zrobić korektę, skrócić całość o jedną trzecią, przygotować zajawkę na X i jeszcze wygenerować ilustrację.
Mogę też usłyszeć: „Ten fragment już pan kiedyś napisał”. Co jest nieprzyjemne, ale pożyteczne.
Jeszcze niedawno do takiej roboty potrzebna była mała redakcja. Dzisiaj mieści się przy jednym biurku.
I dlatego najbardziej bawi mnie pytanie: „Jak pan daje radę tyle pisać?”
Nie daję. Dajemy. Ja i coś, co mieszka w komputerze, przeczytało więcej książek niż ja, liczy szybciej, pamięta więcej, zna języki, nie potrzebuje snu i ma jedną zasadniczą wadę: bardzo dużo wie, ale nie ma własnego życia.
Nie było zakochane. Nie straciło pracy. Nie pokłóciło się z przyjacielem. Nie stało w urzędzie. Nie wychowało dzieci. Nie patrzyło na polityka w telewizji i nie pomyślało spontanicznie: „Matko Boska, co on pieprzy”.
A z takich właśnie rzeczy bardzo często rodzi się felieton. Na razie więc jestem potrzebny. I tego zamierzam się trzymać.
Sztuczna inteligencja potrafi znaleźć wiadomość, sprawdzić dane, przeanalizować raport, przeczesać portale, odszukać dawny cytat, zaproponować konstrukcję, poprawić zdanie, znaleźć sprzeczność, skrócić tekst i wygenerować dwadzieścia tytułów.
Ja muszę wiedzieć, po co to wszystko robię. Muszę też od czasu do czasu powiedzieć jej to, co mówię chyba najczęściej: „Dobre. Ale jeszcze nie moje”. Wtedy poprawiamy. A potem publikuję.
I jeżeli tekst jest dobry, chętnie przyjmuję pochwały. Jeżeli jest zły, niestety nie mogę zwalić winy na sztuczną inteligencję. Tak bowiem wygląda najbardziej ponura część całej rewolucji AI: autor nadal odpowiada za to, pod czym się podpisał.
A kiedy polityk mówi coś tak głupiego, że człowiek odkłada kawę, zdejmuje okulary i przez chwilę patrzy w ścianę, nadal potrzebny jest ktoś, kto powie maszynie:
„Nie poprawiaj tego. Niczego nie dopisuj. To już jest gotowy felieton”.
Krzysztof Bielejewski

Przecież miał Pan już nie pisać, odpocząć, odejść, dać odetchnąć Czytelnikom… A tu znowu taka kobyła: wyjaśnienie, instruktaż, przyznanie się 'do winy’ … Tylko po co? Przecież nie każdy jest ciekawy Pańskiego 'warsztatu’.
Nie każdy, Poza Panią, Soniu
O super, kolejny raz to przeczytałem.
Świetnie, że nie zapomniała Pani tutaj też o tym napisać.
Czy cokolwiek Pani zrozumiała? Boję się, ze nie, prosiłem przecież aby Pani nie czytała i omijała mnie szerokim łukiem
Nareszcie mamy tekst rozkminiający problem niemożliwości. Tekst, który powinien zaistnieć już wtedy, gdy wybuchła afera z felietonami faceta oskarżanego o supersoniczną szybkość ich pisania.
Zastanawianie się w XXI wieku, z jakich to nadprzyrodzonych paktów z diabłem korzystał Bielejewski, posądzanie Tokarczuk o zaprzęgnięcie AI do tworzenia własnych książek, genialne jest tak samo, jak żywienie pretensji do kalkulatora, że liczy szybciej od nas.
Wyrządzanie krzywdy i roztaczanie atmosfery skandalu wokół tych, co sprawniej używają AI, to zawiść; zamiast dążyć do pokonania Bielejewskiego tym samym sposobem, a mianowicie wydajniejszą metodą posługiwania się owym przyrządem, zaczęto wytykać mu plamy na słońcu. Odczucia negatywnie rozsądne, gdyż wynikające z małostkowości podlanej sosem ignorancji, to domena ludzi nie potrafiących pogodzić się z talentem większym niż ich.
Nie mam najmniejszego zamiaru wdawać się w dyskusyjne dialogi o podejrzanej roli technicznych udogodnień w życiu np. skryby, ale gdybym taki zamiar miał, to bym wspomniał o Gutenbergu i ruchomej czcionce. Napomknąłbym też o tym, że każdej nowości towarzyszą obawy, a cykor przed nieznanym bierze się z trwożliwych przypuszczeń.
Naukowy światek podzielony jest na entuzjastów postępu i na jego przeciwników. Albowiem otóż i ponieważ wynalazki są różne: jedne służą ludzkości, a inne znowuż nie bardzo; mają cuchnącą opinię i stwarzają wokół siebie niecnotliwą aurę zaszarganych wrażeń.
Drogi Marku,
bardzo Ci dziękuję. I za komentarz, i za zdrowy rozsądek, którego — jak się okazuje — w dyskusji o sztucznej inteligencji potrzeba dziś prawie tyle samo co inteligencji, niekoniecznie sztucznej.
Trafnie uchwyciłeś sedno sprawy. Cały mój tekst był przecież próbą powiedzenia rzeczy dość prostej: narzędzie pozostaje narzędziem, a odpowiedzialność za rezultat należy do człowieka. Gutenberg nie napisał żadnej książki, maszyna do pisania nie stworzyła żadnej powieści, Word nie został felietonistą, a kalkulator nie został profesorem matematyki tylko dlatego, że liczy szybciej niż profesor. AI jest oczywiście narzędziem znacznie bardziej złożonym, ingerującym w język, strukturę i sposób porządkowania materiału, ale tym bardziej trzeba nauczyć się z niego korzystać, zamiast urządzać wokół niego proces o czary.
Najbardziej zdumiewają mnie jednak nie głosy krytyczne — te są potrzebne i bywają bardzo ciekawe — ale komentarze, w których dyskusję o tekście zastępuje się dyskusją o mojej osobie. Zamiast polemiki z argumentami pojawiają się diagnozy mojej próżności, charakteru, potrzeby autopromocji, grafomanii i Bóg wie czego jeszcze. To już nie jest rozmowa o AI ani nawet o felietonie. To stara, dobrze znana metoda: kiedy trudno ugryźć argument, gryzie się autora.
Szczególnie kuriozalny był komentarz MERIDIANA, który napisał niemal drugi felieton po to, by dowieść, że mój felieton jest za długi. Odpowiedziałem mu rzeczowo, choć oczywiście nie odmówiłem sobie odrobiny ironii. I cóż — moja odpowiedź nie została udostępniona.
Nie jestem tym szczególnie zdziwiony. Mam od dawna wrażenie, że Pan Wojciech Kuszko bardzo chętnie otwiera szeroko drzwi tym, którzy chcą mnie obrzucić błotem, natomiast znacznie mniej entuzjastycznie podchodzi do sytuacji, w której chciałbym odpowiedzieć. Być może to tylko osobliwa koncepcja redakcyjnej gościnności: opluć można, wytrzeć twarz już niekoniecznie.
Ale nic to. Przeżyłem w życiu rzeczy poważniejsze niż internetowy komentarz i redaktorską selekcję odpowiedzi. To także przetrwam.
Zresztą cała ta historia tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że temat był potrzebny. AI dotknęła jakiegoś bardzo czułego miejsca. Nagle dyskusja o narzędziu stała się dyskusją o moralności, talencie, uczciwości, autorstwie, pracowitości i nie wiadomo jeszcze czym. Zupełnie jakby pióro wieczne w swoim czasie zagroziło etycznym podstawom cywilizacji.
Masz rację także w jednym jeszcze sensie: każda wielka zmiana technologiczna produkuje własną odmianę strachu. Jedni próbują zrozumieć nowe narzędzie, inni nauczyć się nim posługiwać, a jeszcze inni najchętniej zakazaliby go do czasu, aż sami przestaną się go bać.
Dziękuję Ci więc nie tyle za obronę mnie, ile za obronę elementarnej proporcji w tej rozmowie. To dziś, jak się okazuje, towar dość deficytowy.
Szanowny Panie Bielejewski — ten tekst jest mimowolnie najlepszym dowodem na to, że AI nie zastępuje redaktora, zwłaszcza takiego, który umie powiedzieć autorowi: „Ma pan jedną myśl, więc proszę nie rozciągać jej do rozmiaru przemówienia programowego”.
Pańska teza jest banalna i mieści się w kilku zdaniach: AI pomaga w researchu, porządkowaniu materiału, redakcji i tworzeniu wariantów, ale wybór, weryfikacja i odpowiedzialność należą do autora. Zamiast podać jeden konkretny przykład i na tym poprzestać, rozciągnął Pan tę oczywistość do wielostronicowego autopromocyjnego gadulstwa.
To, co autor przedstawia z miną odkrywcy kontynentu jako własną filozofię współpracy z AI, czytelnik „Studia Opinii” od dawna może znaleźć w cyklu dydaktycznym poświęconym temu narzędziu — prościej, czytelniej, logiczniej i użyteczniej. Tam AI służy wyjaśnianiu; tutaj jest rekwizytem w niekończącej się autoprezentacji. Cykl daje wiedzę, ten felieton zaś przede wszystkim odbiera czas, wielokrotnie objaśniając to, co po pierwszym akapicie było już jasne.
Czytelnik dowiaduje się więc nie tylko, że AI nie śpi, nie bierze urlopu, nie chodzi do HR, nie obraża się, zna języki i czyta raporty, ale również — i znacznie częściej — że autor ma gust, doświadczenie, ironię, humor, złośliwość, kontrolę nad maszyną oraz ostatnie słowo. To nie autoironia, lecz autoprezentacja bez hamulców. AI ma być dość sprawna, by podnieść rangę osiągnięcia autora, i dość ograniczona, by autor mógł stale przypominać, kto tu jest intelektualnym suwerenem.
Tekst ma około dziesięciu procent treści i dziewięćdziesięciu procent stylistycznego wyposażenia: Prus, Mickiewicz, Dostojewski, Netflix, HR, compliance, Nikon, Microsoft, Siemens, pralka, zakład pogrzebowy i politycy. Nie służą argumentowi; są rekwizytami w prywatnym teatrzyku autora. To nie erudycja ani swada, lecz zagracenie i gorączkowa potrzeba błyszczenia. Autor nie rozwija tezy, tylko miele ją w kostiumach anegdoty, żartu, porównania, deklaracji i puenty. Publikuje wszystkie warianty tej samej myśli, zamiast wybrać najlepszy. To grafomania, której poprawna składnia dała alibi.
Dodatkowo autor polemizuje z wymyślonym krytykiem, który uważa samo używanie AI za oszustwo, a twórczość za cierpienie przy świecy i wódce. Poważny problem jest inny: jak weryfikować źródła, cytaty, daty, konteksty i pozornie niezależne potwierdzenia, gdy model potrafi równie płynnie streścić raport, co zmyślić jego treść. Autor zapewnia, że „sprawdza”, lecz nie podaje ani jednego przypadku fałszywego cytatu, błędnej daty, nieistniejącego źródła czy mylnej interpretacji, które sam wychwycił. Deklaracja staranności nie jest dowodem staranności.
Równie chybione są porównania AI do Worda, atramentu, Excela, autofokusa czy tomografu. Żadne z tych narzędzi nie proponuje tezy, nie buduje narracji, nie interpretuje źródeł i nie potrafi pewnym tonem konfabulować. Generatywna AI ingeruje w warstwę językową i argumentacyjną wypowiedzi; udawanie, że jest równie neutralna jak pióro, jest retorycznym ułatwieniem, nie argumentem.
Najtrafniejsze zdanie autora brzmi: „Autor nadal odpowiada za to, pod czym się podpisał”. Owszem — odpowiada także za rozwlekłość, powtórzenia, ozdobniki, fałszywe analogie i nadmiar puent. Gdyby tę zasadę zastosował do własnego tekstu, wyciąłby połowę żartów, trzy czwarte powtórzeń i większość dekoracji. Zostałaby jedna rozsądna obserwacja: AI może przyspieszyć warsztat, ale nie zwalnia autora z myślenia, weryfikacji i odpowiedzialności.
Obecny felieton dowodzi tylko tyle, że można mieć przy biurku reportera, archiwistę, analityka, tłumacza, korektora i sekretariat trzydziestu osób, a wciąż nie mieć tego, co najważniejsze: redaktora z czerwonym ołówkiem, który umie powiedzieć: „Panie Bielejewski, dość. To zostało już napisane. Kilka razy. I ani razu nie było warte takiej objętości”.
Szanowny Panie MERIDIAN,
przeczytałem Pański komentarz z pewnym podziwem. Nie codziennie bowiem człowiek spotyka krytyka, który potrzebuje kilkunastu akapitów, by oznajmić autorowi, że ten napisał za długo. To trochę jak trzygodzinny wykład o zaletach zwięzłości — intelektualnie ryzykowne, ale niewątpliwie widowiskowe.
Ma Pan oczywiście rację w jednym: główną myśl mojego tekstu można streścić w kilku zdaniach. Podobnie można w kilku zdaniach streścić „Lalkę”, „Zbrodnię i karę”, „Hamleta”, a nawet instrukcję obsługi pralki. Rzecz tylko w tym, że felieton nie jest instrukcją przeciwpożarową ani komunikatem PKP. Felieton nie istnieje po to, żeby dostarczyć tezę możliwie najkrótszą drogą. Gdyby tak było, całą tę formę literacką można by zastąpić trzema punktami PowerPointa i wykresem kołowym.
Pisze Pan, że moje porównania, dygresje, anegdoty i żarty są „zagraceniem”. Otóż nie. One są właśnie felietonem. Może się Panu ten sposób pisania nie podobać — i bardzo dobrze, nie istnieje obowiązek lubienia cudzej frazy — ale ogłaszanie, że wszystko, co nie jest suchą tezą, stanowi „stylistyczne wyposażenie”, przypomina zarzut wobec jazzu, że między początkiem a końcem utworu muzycy niepotrzebnie grają.
Szczególnie zabawny jest Pański zarzut o „autoprezentację”. Napisałem tekst o własnym sposobie pracy. O kim zatem miałem pisać? O sąsiedzie? O Pańskim sposobie pracy? O metodzie twórczej Mickiewicza po konsultacji z działem IT? Jeśli autor opisuje swój warsztat, to z konieczności pojawia się w tym opisie autor. Odkrycie tej zależności nie wymaga ani AI, ani czerwonego ołówka.
Jeszcze ciekawsze jest Pańskie przekonanie, że skoro gdzieś w „Studiu Opinii” istnieje cykl dydaktyczny o AI, to mój tekst staje się zbędny. To dość osobliwa teoria kultury. Ponieważ istnieje podręcznik anatomii, nie należy już pisać esejów o ciele. Ponieważ istnieje instrukcja Excela, zakazane powinny być felietony o korporacjach. A skoro Wikipedia wyjaśnia, czym jest miłość, literatura światowa mogłaby wreszcie dać nam wszystkim spokój.
Ma Pan natomiast rację, że generatywna AI potrafi konfabulować, mylić źródła, daty, cytaty i konteksty. Tyle że dokładnie dlatego napisałem, że odpowiedzialność za weryfikację spoczywa na autorze. Pański zarzut brzmi zatem mniej więcej tak: „Autor powiedział, że należy sprawdzać odpowiedzi AI, ale nie opisał mi katalogu własnych błędów”. Nie opisałem. Bo pisałem felieton o warsztacie, nie protokół z kontroli jakości ani sprawozdanie komisji badającej halucynacje modelu.
Nie twierdziłem również, że AI jest identyczna z piórem, Wordem czy autofokusem. Porównania służyły pokazaniu pewnej historycznie starej reakcji: ludzie bardzo często uznają nowe narzędzie za zamach na „prawdziwą” twórczość. Można oczywiście rozebrać każdą analogię na części i z triumfem oznajmić, że tomograf nie pisze metafor. Brawo. Samochód również nie jest koniem, choć oba służą do przemieszczania się. Na tym właśnie polega analogia: pokazuje podobieństwo w określonym aspekcie, a nie biologiczną tożsamość obiektów.
Najbardziej rozbawiło mnie jednak określenie „grafomania, której poprawna składnia dała alibi”. To zdanie naprawdę jest ładne. Trochę napuszone, trochę zakochane we własnej celności, nieco teatralne — słowem, dokładnie takie, jakie zarzuca Pan mnie. Widzę więc, że mimo deklarowanej niechęci do stylistycznych ozdobników sam Pan nie potrafił oprzeć się pokusie błyszczenia. Proszę się nie martwić. To się zdarza. Zwłaszcza ludziom piszącym.
Na koniec jeszcze jedno. Redaktor z czerwonym ołówkiem rzeczywiście bywa potrzebny. Czasem mówi autorowi: „Proszę skrócić”. Ale dobry redaktor potrafi również powiedzieć krytykowi: „Proszę odróżnić to, że tekst jest napisany inaczej, niż Pan by go napisał, od dowodu, że jest źle napisany”.
To są dwie zupełnie różne rzeczy.
I tę uwagę można było, przyznaję, napisać znacznie krócej. Ale skoro Pan poświęcił mi tyle miejsca, uznałem, że nie wypada odpowiadać jednym zdaniem.
Pańska odpowiedź dowodzi jeszcze jednej rzeczy: felietony i komentarze są najwyraźniej produkowane według jednego, łatwo rozpoznawalnego szablonu — według mnie tworzonego przez AI. Jest obowiązkowy przewrotny „podziw”, jest żart mający ośmieszyć rozmówcę, jest chochoł zamiast jego rzeczywistego stanowiska, jest fałszywa alternatywa: albo Pańska rozwlekłość, albo instrukcja PKP i trzy punkty PowerPointa. Są też nieodzowne rekwizyty: „Lalka”, „Hamlet”, jazz, pralka, Wikipedia, koń i samochód.
To nie jest odpowiedź na krytykę, tylko kolejna demonstracja mechanizmu, który krytyka opisała. Nie zarzucałem Panu ani używania pierwszej osoby, ani dygresji, ani żartu, ani tego, że felieton nie jest protokołem komisji. Zarzut był prosty: myli Pan felietonową swadę z nieograniczonym prawem do powtarzania banalnej tezy, a stylistyczną dekorację z treścią.
Zamiast odpowiedzieć, dlaczego jedna oczywistość wymaga tylu akapitów, stworzył Pan następne akapity, aby wykazać, że krytyk chciałby z felietonu zrobić instrukcję pralki. To nie polemika. To automatyczna produkcja dowcipnego pozoru polemiki. Najważniejsze zaś jest to, że w odpowiedzi krytykowanej za nadmiar AI-owej manierowości użył Pan dokładnie tych samych zdziwionych westchnień, ironicznych „podziwów”, szkolnych analogii, najzabawniejszych stwierdzeń i samozadowolonych puent, które od miesięcy wypełniają Pańskie felietony oraz komentarze.
Niech Pan przynajmniej zmieni instrukcje wydawane AI przy pisaniu felietonów i komentarzy. Ich schematyczność oraz powtarzalność wystawiają Panu świadectwo braku postępu w korzystaniu z tego narzędzia. AI poszła dziś naprawdę znacznie dalej niż Pańskie schematy, powtarzane — jak widać — od 2024 roku.
Mój komentarz rzeczywiście był za długi. Pańska odpowiedź ma tę przewagę, że znacznie krócej potwierdziła jego zasadność.
Panie Meridianie,
cieszę się, że tym razem skrócił Pan komentarz. Postęp istnieje. Jeszcze kilka rund i obaj dojdziemy do haiku.
Ale przejdźmy do rzeczy. Pański najnowszy argument brzmi mniej więcej tak: skoro w moich tekstach powtarzają się ironia, analogie, dygresje, kontrasty i puenty, to znaczy, że pisze je AI według jednego szablonu. To bardzo interesująca teoria literatury. Wynikałoby z niej, że rozpoznawalny styl jest dowodem braku autorstwa.
Gombrowicz powtarzał swoje obsesje. Kisiel miał charakterystyczny rodzaj ironii. Pilch wracał do tych samych rytmów, tematów i konstrukcji. Urban także nie budził rano nowej osobowości stylistycznej tylko po to, żeby czytelnik nie zauważył, że to Urban.
Autor, którego po kilku akapitach można rozpoznać, dawniej miał styl. Dziś, jak rozumiem, ma „prompt”.
Rozumiem też, że szczególnie obciążającym materiałem dowodowym są pralka, samochód, jazz i „Hamlet”. Przyznam, że nie wiedziałem, iż wymienione przedmioty zostały już zarezerwowane dla sztucznej inteligencji. Będę ostrożniejszy. Być może człowiekowi wolno jeszcze posługiwać się parasolem, kalafiorem i tramwajem. Proszę sprawdzić w regulaminie.
Powtarza Pan również, że moja teza była banalna i nie wymagała tylu akapitów. Ale to nie jest już argument o prawdziwości tej tezy. To jest opinia o formie. Może Pan uważać, że tekst powinien mieć pięć akapitów. Ja mogę uważać, że dwadzieścia. Czytelnik może uznać, że trzy. Redaktor może wyciąć połowę. Na tym mniej więcej polega literatura, publicystyka i redakcja. Nie istnieje gdzieś w Sèvres wzorzec metra felietonu.
Najzabawniejsze jest jednak coś innego. Najpierw zarzucał mi Pan, że używam AI. Potem, że używam jej zbyt schematycznie. Teraz udowadnia Pan schematyczność tym, że mój styl pozostaje rozpoznawalny. Czyli gdybym nagle zaczął pisać całkiem inaczej, zapewne byłby to dowód, że AI zmieniła mi prompt.
Jeśli piszę podobnie — dowód. Jeśli napiszę inaczej — też dowód. To już nie jest hipoteza. To perpetuum mobile. Nie sposób jej obalić, bo każda odpowiedź staje się potwierdzeniem zarzutu. Odpowiem dowcipem — szablon. Odpowiem sucho — AI zmieniła styl. Nie odpowiem — zapewne AI nie dostała instrukcji. W takim układzie pozostaje tylko pogratulować metodologii. Dawno nie widziałem teorii tak odpornej na falsyfikację.
Co do „chochołów”, chętnie przyjmę konkretny przykład: proszę wskazać moje zdanie, Pańskie rzeczywiste stanowisko i miejsce, w którym je zniekształciłem. Wtedy będziemy mieli materiał do polemiki. Natomiast zdanie „to wszystko wygląda jak AI, bo rozpoznaję pana styl” nie jest jeszcze analizą. Jest podejrzeniem ubranym w pewność siebie.
Ma Pan natomiast rację w jednej sprawie: powtarzalność może być wadą. Autor powinien pilnować, żeby styl nie zamienił się w manierę. To rozsądna uwaga i warto ją brać pod uwagę. Ale nie zamierzam w odpowiedzi na nią pisać bez ironii, metafor, porównań i puent tylko po to, żeby udowodnić Panu, że jestem człowiekiem.
Byłby to dość osobliwy egzamin Turinga: „Proszę napisać coś nudnego, wtedy uwierzymy, że napisał to pan sam”.
Pozostanę więc przy swojej metodzie. Ja będę pisał. Pan będzie tropił pralki. Każdy ma jakieś hobby.
Konsekwentnie, po raz kolejny potwierdza Pan zasadność wszystkich moich argumentów oraz to, że „jednoosobowa debata” jest ulubionym gatunkiem literackim Pańskiej taśmy generatywnej.
Wzruszający tekst o tym, jak autor zachował nad AI pełną kontrolę: ona produkuje zdania, on nie pozwala zginąć ani jednemu. W efekcie zamiast felietonu powstał dwunastominutowy dowód, że największym zagrożeniem sztucznej inteligencji bywa naturalna próżność. Prawdziwy EU-geniusz — człowiek, który potrafi zredagować maszynę tak, aby mówiła wyłącznie o nim.
Pani Elizo, dziękuję za ten wzruszający przykład krytyki, w której argumenty zastąpiono diagnozą charakteru autora. To zawsze wygodne: kiedy nie bardzo wiadomo, co powiedzieć o tekście, można powiedzieć coś o człowieku. Najlepiej jeszcze o jego próżności, bo brzmi psychologicznie i daje złudzenie głębi.
Tyle że trafiła Pani kulą w płot. Felieton był właśnie o tym, jak używam AI jako narzędzia: wybieram, odrzucam, przepisuję, skracam, rozwijam i biorę odpowiedzialność za efekt. Pani uznała to za dowód, że „maszyna mówi o mnie”. To trochę tak, jakby po obejrzeniu kucharza przy pracy napisać, że patelnia jest narcyzem, bo ciągle pojawia się w kuchni.
Najbardziej jednak podoba mi się „EU-geniusz”. Ładne. Prawie dowcipne. Jeszcze kilka prób i być może uda się Pani stworzyć coś równie udanego jak ta „naturalna próżność”, którą tak sprawnie zdiagnozowała Pani u człowieka, którego zna wyłącznie z felietonu.
A skoro już mówimy o AI, to zdradzę pewien sekret: sztuczna inteligencja potrafi generować tekst. Znacznie trudniej wygenerować trafną myśl. I tu, jak widać, nadal potrzebny jest człowiek.
Pan B. po raz kolejny udowodnił, że jego problemem jest nie tylko AI, lecz jeszcze bardziej prompt: „skrót”. Z kilku zdań krytyki wyprodukował obronę na pełen program prania — dużo piany, długi cykl, a po wirowaniu nadal to samo: autor tak zajęty dowodzeniem, że nie jest próżny, iż nie ma jak tego pokazać.
Pani Elizo,
proszę przestać analizować mój charakter, osobowość. Proszę częściej patrzeć w lustro i nie czytać moich tekstów.
Pani Elizo, proszę mi pozwolić na 'ad vocem’; będzie to wierszyk biskupa Ignacego Krasickiego:
„Nie nowina, że głupi mądrego przegadał;
Kontent więc, iż uczony nic nie odpowiadał,
Tym bardziej jeszcze krzyczeć przeraźliwie począł;
Na koniec, zmordowany, gdy sobie odpoczął,
Rzekł mądry, żeby nie był w odpowiedzi dłużny:
„Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny.”
Nie wiem, czy to uspokoi/wyhamuje/spowolni… pana B.? Wygląda na to, że jest nieprzemakalny.
Cztery felietony dziennie to imponująca produkcja na skalę przemysłową. Piąty powinien dotyczyć czytania własnych tekstów przed publikacją. Uważny czytelnik kapituluje już po lekturze jednego — nie najdłuższego. Najlepsi autorzy SO dają ledwie dwa–trzy teksty tygodniowo. Słabiutko…
Darujcie staremu nieodparte skojarzenie z przeszłości: „Wincenty Pstrowski był górnik ubogi, przekroczył normę i wyciągnął nogi”.
Panie Anastazy,
dziękuję za troskę o moje nogi. Na razie jeszcze je mam, choć po lekturze komentarzy zaczynam rozumieć, dlaczego Pstrowskiemu mogło się odechcieć przekraczania normy.
Zacznijmy jednak od rzeczy najprostszej. „Cztery felietony dziennie” nie są normą produkcyjną, którą sobie wyznaczyłem, nie podpisuję rano listy obecności przy taśmie, a ChatGPT nie stoi nade mną ze stoperem i nie woła: „Bielejewski, norma niewykonana!”.
Piszę wtedy, kiedy mam temat i ochotę. Czasem więcej, czasem mniej. XXI wiek ma tę osobliwą właściwość, że narzędzia pozwalają pracować szybciej. Kalkulator liczy szybciej niż liczydło, komputer szybciej poprawia tekst niż maszyna do pisania, a AI pomaga mi szybciej zebrać materiał, sprawdzić informacje, uporządkować je i redagować. Nie bardzo rozumiem, dlaczego efektywność miałaby być sama w sobie zarzutem.
Pańskie zdanie, że „najlepsi autorzy SO dają ledwie dwa–trzy teksty tygodniowo”, jest natomiast urocze, bo wprowadza nieznane mi dotąd kryterium jakości literackiej: liczbę sztuk na tydzień. Rozumiem zatem, że autor publikujący raz na miesiąc jest wybitniejszy od autora publikującego raz na tydzień, a człowiek, który od 2019 roku nie napisał niczego, powinien dostać Nike za wyjątkową powściągliwość.
Niestety literatura działa trochę inaczej. Tekst może być świetny albo kiepski niezależnie od tego, czy jego autor napisał tego dnia jeszcze trzy, czy przez następne pół roku siedział w fotelu, kontemplując ciszę.
Pisze Pan również, że „uważny czytelnik kapituluje już po jednym”. Ma Pan do tego pełne prawo. Czytelnik nie składa przysięgi, że dotrwa do ostatniego przecinka. Jeżeli po trzecim akapicie poczuje Pan znużenie, proszę zamknąć stronę. Internet ma tę przewagę nad Wagnerem, że można wyjść w trakcie przedstawienia bez przeciskania się między rzędami.
Nie rozumiem tylko, dlaczego z Pańskiej niechęci do czytania większej liczby moich tekstów miałaby wynikać powinność zaprzestania ich pisania.
Ja nie piszę każdego tekstu dla każdego człowieka. Restauracja również nie zakłada, że jeden klient zje całe menu.
Natomiast rada, abym czytał własne teksty przed publikacją, jest oczywiście cenna. Czytam. Skracam. Poprawiam. Czasami za mało — i wtedy krytyka może być pożyteczna. Jeśli wskaże Pan konkretne powtórzenie, nieudany argument, błąd albo fragment, który należałoby wyrzucić, możemy o tym normalnie porozmawiać.
„Pisze pan za dużo” nie jest jednak krytyką tekstu. To jest informacja o Pańskiej pojemności czytelniczej.
A Pstrowski? Rzeczywiście sympatyczne skojarzenie. Tylko morał z jego historii zapamiętałem trochę inaczej. Nie brzmi on: „nie pracuj za dużo, bo komuś się nie spodoba”. Raczej: nie pozwól, by ktoś cudzą pracę zamienił w normę, według której ma mierzyć wszystkich.
Ja żadnej normy nie ustanawiam. Piszę. Pan może czytać. Albo nie. I właśnie ta wolność wyboru jest, moim zdaniem, jednym z przyjemniejszych wynalazków po upadku przodownictwa pracy.
Dziękuję. Nie postulowałem zakazu pisania, tylko prawo czytelnika do kapitulacji. Pan broni wolności autora; ja korzystam z wolności odbiorcy. Pstrowski był żartem — jak się okazuje, wymagającym przypisu.
Szanowny Panie Krzysztofie,
Jestem czytelnikiem Pańskich felietonów od dawna. Chyba od samego początku. Poglądy mamy zbieżne, choć nie zawsze do końca. Traktuję to co Pan pisze jako opinie, z którymi mogę się zgodzić, choć nie muszę. Co jest o tyle ożywcze, że poszerza perspektywę i pozwala widzieć zjawiska pod innym kątem.
A krytykantami proszę się nie przejmować. Zawsze byli, są i będą. Do dyskusji niczego nie wnoszą, ale za wszelką cenę starają się zaistnieć.
Pozdrawiam i życzę owocnej współpracy z AI.
Panie Krzysztofie, proszę potraktować ten komentarz jako głos bardzo krytyczny, ale pisany nie z niechęci do Pana ani, broń Boże, z zamiaru dyskredytowania. Piszę go z troską o to, by nie utrwalał Pan sposobu pisania i prowadzenia polemik, który — w moim przekonaniu — bardziej Panu szkodzi, niż służy.
Zachęcam Pana do spokojnego i uważnego przeczytania tych uwag. Nie musi Pan się z nimi zgadzać ani na nie odpowiadać. Warto jednak rozważyć, czy krytyka, która powraca z różnych stron, nie dotyka rzeczywistego problemu: nadmiaru, powtarzalności, tonu polemik oraz sposobu traktowania rozmówców.
Jeśli zechce Pan dostrzec w tym nie atak, lecz okazję do refleksji, może to być początek zmiany korzystnej przede wszystkim dla Pana samego — dla Pana tekstów, relacji z autorami i czytelnikami oraz dla wiarygodności, na której, jak sądzę, Panu zależy. Taki jest sens i cel mojego dłuższego wywodu.
Zatem do rzeczy.
Jeżeli człowiek produkuje — bo przecież nie pisze samodzielnie, lecz z zastosowaniem AI — cztery felietony dziennie, to czy jest to już produkcja na skalę masową, czy jeszcze nie? Przecież daje to statystycznie 120 felietonów miesięcznie, a po wyłączeniu niedziel około 100 miesięcznie. Rocznie jest to od 1200 do 1440 tekstów. Ponieważ autor, jak wynika z jego bloga, robi to od 2024 roku do dzisiaj, mamy już minimum 2400–3000 felietonów w ciągu dwóch lat.
Czy nie jest to produkcja taśmowa, z taśmy generatywnej? Poważniejsze pytanie do autora brzmi: dla kogo przeznaczone są te teksty? Kto jest w stanie nie tylko je przejrzeć, ale także przeczytać ze zrozumieniem? Kto jest w stanie o nich dyskutować? Jakie ludzkie potrzeby zaspokajają te felietony, oprócz potrzeb samego autora?
Warto tu postawić jeszcze jedno pytanie: czy taka skala publikowania nie prowadzi nieuchronnie do powtarzalności nie tylko tematów, ale również sposobów ich ujmowania? Gdy teksty powstają seryjnie, w rytmie kilku dziennie, czytelnik zaczyna rozpoznawać nie tyle odrębne myśli, ile stale powracający schemat: podobny tok oburzenia, podobne ironie, podobnie ustawiony przeciwnik, podobne wyjście od drobnego szczegółu do ogólnej diagnozy i podobną puentę. AI może ogromnie przyspieszyć taką produkcję, ale nie musi wzbogacić jej o nową myśl. Może za to utrwalać manierę autora, zwłaszcza jeśli otrzymuje stale podobne instrukcje, podobny materiał wejściowy i podobne oczekiwanie co do tonu.
Istnieje jeszcze inna warstwa pisarstwa, a raczej produkcji tekstów przez autora. Dotyczy ona nie tylko felietonów, lecz także komentarzy — pisanych podobną manierą, według podobnych, powtarzalnych schematów. W tych komentarzach, jeżeli czyta się je uważnie — choćby pod tekstem redaktora W. Kuszko oraz pod innymi wcześniejszymi i późniejszymi tekstami autora — pojawia się wiele informacji, które autor mimowolnie dostarcza przede wszystkim na własny temat.
Nie jest to wrażenie nowe ani odosobnione. Już w listopadzie i grudniu 2025 roku autorzy Studio Opinii oraz część czytelników mieli świadomość i rozmawiali między sobą o tym, że felietony pana Bielejewskiego powstają przy użyciu dość schematycznych instrukcji kierowanych do AI. Sprawa nie „okazała się” zatem dopiero w sierpniu 2026 roku w dyskusji pod tekstem W. Kuszko. Tam wyraźniej ujawnił się model, którego regularni czytelnicy mogli się wcześniej domyślać po rytmie publikacji, powtarzalności konstrukcji, charakterystycznych figurach retorycznych i nadprodukcji komentarza.
Najlepszym podsumowaniem skutków, jakie autor sam sobie funduje, jest cytat z jednej z czytelniczek, która pod burzliwymi wypowiedziami pana Bielejewskiego napisała:*
*(Mam zgodę Czytelniczki na publikację poniższego cytatu z jej maila. Podobnie jak ja życzy ona panu Bielejewskiemu jak najlepiej i nie napisała tych słów z niechęci, lecz z przekonania, że warto nazwać problem po imieniu, zanim jego skutki staną się trudniejsze do odwrócenia.)
„…Bielejewski daje koncert tego, jak można samemu sobie zaszkodzić. Nie dość, że nie umie przyznać się do błędu, to ginie od własnej broni: w morzu gadulstwa, wykręcania kota ogonem, zaprzeczania samemu sobie oraz nieprawdopodobnej konfabulacji stara się udowodnić, że sam jest nieomylny, a wszyscy inni nie mają pojęcia nie tylko o publicystyce, ale i o bożym świecie. W swojej megalomanii tak się zapędził, że porównuje własną felietonistykę do Kisiela, Urbana czy Pilcha. Mam wrażenie, że najgorszą krzywdą, jaką można wyrządzić Bielejewskiemu, jest dać mu swobodnie wypowiedzieć się w dyskusji dotyczącej krytyki jego twórczości. Sam skompromituje się do szczętu, bez reszty.”
W tym artykule, w którym autor broni swojego prawa do używania AI — prawa, którego nikt nie kwestionował — sam odkrywa się najbardziej. Ujawnia rzeczy, które powinien głęboko skrywać, a których wyciągnięcie i zestawienie niestety kompromituje autora.
Bielejewski nie ma jedynie tendencji do gadulstwa — gadulstwo jest dominującym stylem jego felietonów i komentarzy. Nie jest jednak prawdą, że nie potrafi pisać inaczej. Kiedy dyscyplinuje własne pisarstwo, jak w kilku tekstach okolicznościowych na SO, nawet jego najwięksi krytycy biją mu brawo za powściągliwość, celność, klarowność myśli i dyscyplinę narracji. To właśnie dowodzi, że problem nie tkwi w braku warsztatu ani w samym używaniu AI, lecz w braku selekcji i samokontroli.
Kiedy natomiast puszcza wodze fantazji — a właściwie słowotokowi — otrzymujemy taką „perełkę” jak dzisiejszy felieton. Właśnie tu leży sedno problemu. Autor zdaje się mylić ilość z oddziaływaniem, a sprawność retoryczną z rzeczywistą siłą argumentu. Można napisać bardzo dużo i powiedzieć bardzo mało. Można dzięki AI błyskawicznie wyprodukować kolejne teksty, odpowiedzi, kontrkomentarze, riposty i puenty, ale nie da się w ten sposób automatycznie wytworzyć zaufania, autorytetu ani szacunku rozmówców. Te wartości powstają wolniej: z rzetelności, samokontroli, zdolności do przyznania się do błędu, proporcji oraz szacunku dla czasu i godności innych osób.
Nie każdy tekst, który można wygenerować i opublikować, zasługuje na publikację. Nie każda riposta wymaga odpowiedzi. Nie każde oburzenie trzeba przerabiać na felieton. W epoce AI prawdziwym sprawdzianem autora nie jest zdolność do nieustannego mówienia, lecz zdolność do selekcji, milczenia i skreślania. Tego właśnie w tym przypadku najbardziej brakuje.
Największą szkodę — a paradoksalnie może właśnie przysługę — jaką autor wyrządził sam sobie, stanowiło napisanie tego artykułu i jego opublikowanie. Papier plami, a gadulstwo plami w trójnasób — niestety.
Pani Ireno,
dziękuję za troskę. Jest jej w Pani komentarzu tak dużo, że po przeczytaniu zacząłem sprawdzać, czy przypadkiem nie powinienem mieć temperatury.
Muszę jednak przyznać, że osobliwie rozumie Pani zarówno krytykę literacką, jak i — jeśli pseudonim „Psycholożka” ma oznaczać zawód — psychologię. Zaczyna Pani od zapewnienia, że nie zamierza mnie dyskredytować, po czym przez kilkanaście akapitów opisuje moją megalomanię, brak samokontroli, potrzebę produkowania, niezdolność przyznawania się do błędów, stosunek do rozmówców, potrzebę uznania, wiarygodność, a nawet to, co powinienem dla własnego dobra „głęboko skrywać”.
To trochę tak, jakby dentysta rozpoczął wizytę od słów: „Nie zamierzam panu wyrywać zęba”, po czym wyjął obcęgi.
Rozmawiajmy więc o tekście, nie o mojej psychice. Ja swojej diagnozy Pani nie zlecałem, a Pani — jak sądzę — nie stawia diagnoz na podstawie felietonów publikowanych w internecie. Jeśli stawia, tym bardziej pozostanę przy swoim lekarzu rodzinnym.
Najpierw liczby. Pisze Pani o „czterech felietonach dziennie”, następnie mnoży to przez miesiące i lata, po czym otrzymuje od 2400 do 3000 tekstów. Matematyka wygląda imponująco, tylko przesłanka została przez Panią przyjęta arbitralnie. Gdy założymy, że piszę osiem felietonów dziennie, wyjdzie sześć tysięcy. Przy szesnastu — dwanaście. A jeśli przyjmiemy trzydzieści dwa, będę pod koniec roku prawdopodobnie najbardziej płodnym autorem od czasu wynalezienia alfabetu.
Problem polega na tym, że mnożenie nawet bardzo sprawne nie zamienia założenia w fakt.
Pyta Pani również: „dla kogo są te teksty?”. Odpowiedź jest prosta i staroświecka: dla tych, którzy chcą je czytać.
Nie istnieje obowiązek przeczytania wszystkich. Tak jak nikt nie musi obejrzeć wszystkich filmów nakręconych przez Woody’ego Allena, przeczytać całego „Tygodnika Powszechnego” ani zjeść całej zawartości piekarni tylko dlatego, że piekarz rano upiekł trzydzieści bochenków.
Czy tekstów może być za dużo? Oczywiście. Czy mogą być nierówne? Oczywiście. Czy mogą się powtarzać pewne chwyty, ton, konstrukcje i obsesje autora? Naturalnie. Nazywa się to między innymi stylem. Bywa również manierą — granica nie zawsze jest oczywista i właśnie o niej można ciekawie dyskutować.
Takiej dyskusji chętnie posłucham. Ale Pani robi coś innego. Z obserwacji dotyczącej tekstów przechodzi Pani płynnie do sądu o człowieku. Z „ten tekst jest rozwlekły” robi się „autor nie ma samokontroli”. Z „autor często odpowiada na komentarze” — „nie potrafi milczeć”. Z „używa podobnych figur retorycznych” — diagnoza jego potrzeb psychicznych.
To nie jest już krytyka literacka. To psychologia z balkonu.
Szczególnie wdzięczny jestem za anonimowy list czytelniczki, który przytacza Pani jako materiał dowodowy. Dowiaduję się z niego, że jestem megalomanem, konfabulantem, człowiekiem niezdolnym do przyznania się do błędu i że najlepiej pozwolić mi mówić, bo wtedy „sam się skompromituję”.
Rozumiem, że autorka wyraziła zgodę na cytowanie. Szkoda, że nie wyraziła zgody na argumentowanie.
„Uważam Bielejewskiego za megalomana” nie jest bowiem argumentem dotyczącym jakości felietonu. Jest informacją o tym, co ktoś uważa o Bielejewskim.
Ja także mógłbym zebrać kilka prywatnych opinii o swoich krytykach, uzyskać zgodę na publikację i urządzić tutaj mały festiwal psychologii korespondencyjnej. Nie zrobię tego, bo uważam, że pod tekstami powinno się rozmawiać o tekstach, a nie urządzać autorom zbiorową sesję terapeutyczną bez ich udziału.
Zabawny jest również zarzut, że porównuję swoje pisanie do Kisiela, Pilcha czy Urbana. Nie porównuję własnego dorobku z ich dorobkiem. Mówię o inspiracjach stylistycznych. Kto próbuje pisać zwięźle jak Hemingway, nie ogłasza się Hemingwayem. Kto uczy się ironii od Kisiela, nie żąda miejsca w historii literatury obok Kisiela. Inaczej każdy uczeń szkoły muzycznej ćwiczący Chopina musiałby zostać oskarżony o manię wielkości.
Najbardziej jednak interesuje mnie zdanie, że mój artykuł ujawnia rzeczy, które „powinienem głęboko skrywać”.
Otóż nie. Właśnie dlatego napisałem ten tekst, żeby niczego nie skrywać. Opisałem, jak pracuję z AI, do czego jej używam, gdzie ją kontroluję, co odrzucam i dlaczego odpowiedzialność za tekst uważam za własną. Można uważać tę metodę za dobrą albo złą. Można powiedzieć, że efekty są świetne, przeciętne albo fatalne. Można wykazać konkretny błąd, fałszywą informację, kiepską argumentację czy nieznośne powtórzenie.
To są rzeczy sprawdzalne.
Natomiast „brak samokontroli”, „megalomania”, „potrzeba autoprezentacji” i rady, co powinienem zmienić „dla własnego dobra”, są już publicznym opowiadaniem o człowieku, którego Pani nie zna.
I tu rzeczywiście przydałoby się trochę samokontroli.
Z jedną myślą z Pani komentarza zgadzam się całkowicie: nie każdy tekst trzeba publikować i nie na każdy komentarz trzeba odpowiadać.
Święte słowa.
Proszę jednak zauważyć zabawny szczegół: aby przekonać mnie do zalet selekcji, milczenia, powściągliwości i skreślania, napisała Pani jeden z najdłuższych komentarzy pod całym tekstem.
Widocznie nadmiar jest naganny głównie wtedy, gdy produkuje go ktoś inny.
Dziękuję więc za rady. Te dotyczące pisania rozważę, bo czasem krytyk, nawet bardzo nieżyczliwy, może zauważyć coś trafnego. Uwagi o skracaniu, selekcji i nieuleganiu własnym chwytom stylistycznym są warte namysłu.
Natomiast diagnozę mojej osobowości pozwolę sobie zwrócić bez otwierania. Nie dlatego, że boję się krytyki. Dlatego, że między krytyką tekstu a amatorskim badaniem autora istnieje granica. Psycholog powinien ją dostrzegać nawet bez pomocy sztucznej inteligencji.
Szkoda, że tyle właśnie zrozumiał Pan z mojego komentarza. Podobnie traktuje Pan wpisy innych osób, które niekoniecznie się z Panem zgadzają. Wszystkim odpowiada Pan według tego samego schematycznego, rozwlekłego i przegadanego słowotoku, seryjnie produkowanego przez AI — podobnie jak Pańskie felietony. Żadnego zastanowienia, żadnej refleksji: czyste samouwielbienie i poklask paru wielbicieli. Wszelka próba rozmowy z Panem nie ma sensu.
Ma Pan pełne prawo działać na własną szkodę. Nikt nie może pomóc dorosłemu człowiekowi, jeżeli on sam tej pomocy sobie nie życzy — ani nawet nie dopuszcza myśli, że może jej potrzebować. C’est la vie.
Pani Ireno,
teraz przynajmniej sprawa jest jasna.
W poprzednim komentarzu zapewniała Pani, że pisze „z troską”, nie chce mnie dyskredytować i jedynie zachęca do refleksji. Wystarczyło, że nie przyjąłem Pani diagnozy z wdzięcznością pacjenta na kozetce, a „troska” błyskawicznie zamieniła się w „samouwielbienie”, „działanie na własną szkodę” i sugestię, że jestem człowiekiem potrzebującym pomocy, tylko jeszcze o tym nie wiem.
Tempo przemiany godne pogotowia psychologicznego. Proszę jednak przyjąć do wiadomości rzecz elementarną: nie jest Pani moją psycholożką, terapeutką ani lekarzem. Nie zna mnie Pani, nie badała mnie Pani, nie rozmawiała ze mną w żadnym kontekście diagnostycznym. Czyta Pani moje felietony i komentarze. To daje Pani pełne prawo powiedzieć, że są za długie, schematyczne, nudne, przegadane, fatalne albo genialne. Nie daje natomiast szczególnych uprawnień do publicznego orzekania, czego potrzebuję „dla własnego dobra” i czy działam „na własną szkodę”.
To nie jest psychologia. To jest protekcjonalność ubrana w biały fartuch.
Pisze Pani, że nie wykazuję „żadnego zastanowienia, żadnej refleksji”. Ciekawe, bo w swojej odpowiedzi przyznałem Pani rację tam, gdzie mówiła Pani o potrzebie selekcji, skracania i pilnowania, żeby styl nie zamieniał się w manierę. Napisałem nawet wyraźnie, że takie uwagi warto rozważyć.
Widocznie refleksja liczy się wyłącznie wtedy, kiedy kończy się zdaniem: „Ma Pani rację, pani Ireno, od dziś będę taki, jak Pani sobie życzy”.
Niestety nie będzie. Dorosły człowiek może wysłuchać rady, zastanowić się nad nią i jej nie przyjąć. To nazywa się autonomią, nie zaburzeniem.
Jeszcze zabawniejsze jest to, że zarzuca mi Pani odpowiadanie wszystkim „według tego samego schematu”, a sama drugi raz wykonuje identyczny numer: najpierw ocena mojej twórczości, potem ocena charakteru, następnie diagnoza braku refleksji, a na zakończenie troskliwe oznajmienie, że właściwie nic już nie da się zrobić.
To też jest pewien schemat. Tyle że nie potrzebował do jego stworzenia AI.
„Wszelka próba rozmowy z Panem nie ma sensu” — oznajmia Pani, pisząc do mnie kolejny komentarz. To zdanie podoba mi się najbardziej. Jest w nim coś z człowieka, który trzeci raz trzaska drzwiami, ale ciągle wraca sprawdzić, czy wszyscy zauważyli, że wyszedł.
Jeśli rzeczywiście uważa Pani rozmowę ze mną za bezsensowną, rozwiązanie jest niezwykle proste i nie wymaga ani psychologii, ani sztucznej inteligencji: proszę ze mną nie rozmawiać. Ja poradzę sobie z tym doświadczeniem.
Natomiast jeżeli chce Pani dyskutować, zapraszam do rozmowy o tym, co napisałem: proszę wskazać błąd, nieprawdziwy fakt, wadliwe rozumowanie, fałszywy cytat, nietrafną analogię. Mogę się zgodzić, nie zgodzić, poprawić albo odpowiedzieć.
Ale kolejne komentarze o moim „samouwielbieniu”, potrzebie „pomocy” i działaniu „na własną szkodę” nie są argumentami. Są tylko opiniami Pani Ireny o Krzysztofie Bielejewskim. Zapewne dla Pani niezwykle interesującymi. Dla dyskusji o AI — kompletnie bezużytecznymi.
I skoro kończy Pani francuskim C’est la vie, pozwolę sobie odpowiedzieć równie światowo:
Chacun son métier. Każdy niech pilnuje swojego fachu. Zwłaszcza psycholog.
Dziękuję. Oceniłam publiczne pisanie, polemiki i korzystanie z AI — nie Pańską psychikę.
Nazywanie krytyki „diagnozą” świadczy jedynie o tym, że nie rozróżnia Pan analizy psychologicznej od oceny publicznej twórczości.
Felieton i naszą wymianę pozostawiam czytelnikom. Sami ocenią argumenty oraz Pański sposób reagowania na krytykę.
Obu Paniom Psycholożkom zwracam uwagę, że w omawianym przypadku (pana B.) potrzebny jest psychiatra – nie psycholog…
@Senex
„Obu Paniom Psycholożkom zwracam uwagę, że w omawianym przypadku (pana B.) potrzebny jest psychiatra – nie psycholog…”
.
A pan to czytając tekst potrafi zdiagnozować, że potrzebne są leki? Skoro wysyła pan do psychiatry?
Nie podoba mi się ta dyskusja .Przypomina szczucie, mędrkowanie i publiczne wylewanie własnych frustracji.
To nie felieton o warsztacie, lecz triumfalna autoprezentacja. Autorowi wydaje się, że zapanował nad AI — podobnie jak żeglarzom, którzy po rejsie z Europy na Karaiby ogłaszają, że „pokonali” Atlantyk. Żadna przesada: oba żywioły są dla człowieka porównywalnie nieogarnialne.
Załóżmy jednak na chwilę, że autor rzeczywiście zapanował nad AI. I co z tego? Cztery teksty dziennie nie są miarą talentu, przenikliwości ani znaczenia. Świadczą przede wszystkim o tym, że maszyna potrafi mielić słowa szybciej, niż człowiek zdąża je przemyśleć. Nad czym ten triumf? Nad programem, który nie protestuje, nie chodzi na papierosa i nie ma własnego zdania? Technologia dała autorowi megafon, a on najwyraźniej pomylił głośność z rangą wypowiedzi.
Dyskusja pod tekstem tylko to potwierdziła. Krytycy mieli rację co do zjawiska: problemem nie jest samo używanie AI, lecz nadmiar, powtarzalność, brak selekcji i mylenie wydajności z wartością. Bielejewski miał pełne prawo się bronić, ale przegrał tę obronę, ponieważ każdą krytykę potraktował jak napaść i odpowiedział dokładnie tą manierą, którą mu zarzucono: rozwlekle, z protekcjonalną ironią, chochołami zamiast argumentów i nieustannym udowadnianiem własnej wyższości.
W ciągu ostatnich jedenastu i pół miesiąca Bielejewski opublikował w „Studiu Opinii” więcej felietonów niż wszyscy pozostali autorzy razem wzięci. Mimo to nieustannie tłumaczy, jak pisze, dlaczego pisze i dlaczego używa AI. Po co? Co właściwie chce tym udowodnić — i komu?
Czy celem ma być przekształcenie „Studia Opinii” w kolejny blog Bielejewskiego — taki jak jego własny, praktycznie martwy: bez żywej rozmowy, bez czytelników i bez naturalnej wymiany myśli? Jeśli tak, byłaby to polityka samobójcza dla portalu, który powinien pozostać miejscem wielogłosowym, a nie taśmą produkcyjną jednego autora. Kompletnie nie rozumiem tej strategii. Czy ktoś jest w stanie wyjaśnić, dokąd to ma prowadzić?
Panie Władysławie,
dziękuję. Atlantyk, megafon, taśma produkcyjna, martwy blog, samobójstwo portalu — rozmach ma Pan rzeczywiście oceaniczny. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od tekstu o tym, jak korzystam z programu komputerowego.
Spróbujmy jednak na chwilę zejść z pokładu i stanąć na suchym gruncie faktów.
Pisze Pan, że w ciągu ostatnich jedenastu i pół miesiąca opublikowałem w „Studiu Opinii” więcej felietonów niż wszyscy pozostali autorzy razem wzięci.
To jest twierdzenie sprawdzalne. Proszę więc podać wyliczenie.
Ile dokładnie opublikowałem ja? Ile pozostali autorzy? Jak zakwalifikował Pan teksty, przedrukowane materiały, komentarze redakcyjne, eseje i artykuły? Jeśli ma Pan liczby — chętnie je zobaczę. Jeśli ich Pan nie ma, liczebnik „więcej niż wszyscy razem” jest nie statystyką, lecz efektownym zdaniem, które postanowiło przebrać się za statystykę.
Dalej dowiaduję się, że mój blog jest „praktycznie martwy: bez żywej rozmowy, bez czytelników”.
To również fascynujące. Nie wiedziałem, że ma Pan dostęp do jego statystyk odwiedzin. Ja mam. Jeżeli zatem dysponuje Pan moim panelem analitycznym, proszę sprawdzić przy okazji, czy dobrze ustawiłem ciasteczka.
Brak komentarzy nie oznacza braku czytelników. Biblioteka nie jest martwa dlatego, że ludzie nie krzyczą między regałami. Artykuł nie przestaje być czytany dlatego, że pod nim nie odbywa się zebranie koła gospodyń publicystycznych.
Najbardziej jednak urzekła mnie wizja, że moim celem jest „przekształcenie Studia Opinii w kolejny blog Bielejewskiego”.
Panie Władysławie — gdybym posiadał taką władzę nad redakcją, zacząłbym od rzeczy znacznie skromniejszej: doprowadziłbym do publikowania wszystkich moich odpowiedzi na komentarze.
Niestety nie mam tej władzy.
Nie ustalam programu „Studia Opinii”, nie decyduję, kogo portal publikuje, nie usuwam innych autorów, nie przydzielam miejsca na stronie. Wysyłam tekst. Redakcja podejmuje decyzję, czy go zamieścić.
Jeżeli więc martwi Pana liczba moich publikacji, pretensję kieruje Pan pod niewłaściwy adres. To trochę osobliwe oskarżać aktora o to, że teatr zbyt często obsadza go w repertuarze.
Może Pan oczywiście uważać, że piszę za dużo. Sam już przyznałem, że ilość nie jest miarą jakości i że większa selekcja czasami moim tekstom służy. Ale Pan wykonuje charakterystyczny skok. Z: „Bielejewski publikuje dużo” przechodzi Pan do: „Bielejewski myli wydajność z wartością”, potem do: „chce zamienić portal we własny blog”, a następnie już tylko krok dzieli nas od „polityki samobójczej Studia Opinii”.
To nie argumentacja. To schody ruchome. Wsiada się na fakcie na parterze, a po chwili wysiada na piątym piętrze przy intencjach autora, których autorowi nikt nawet nie zadał trudu zapytać.
Nie twierdziłem też nigdy, że cztery teksty dziennie są dowodem talentu. To Pańskie zdanie, które najpierw wkłada mi Pan do kieszeni, a potem z oburzeniem je tam znajduje. Talent mierzyć liczbą tekstów byłoby równie głupio jak mierzyć jakość restauracji liczbą wydanych obiadów. Ale równie głupio byłoby twierdzić, że skoro kucharz potrafi przygotować sto dobrych obiadów, powinien dla zachowania godności ugotować trzy.
O jakości tekstu świadczy tekst. Nie kalendarz. Nie stoper. Nie licznik publikacji.
I wreszcie rzecz najważniejsza. Pisze Pan, że krytycy „mieli rację”, a ja „przegrałem obronę”. Nie wiedziałem, że odbywał się proces i że został Pan przewodniczącym składu orzekającego.
Ja nikogo nie próbuję przekonać, że musi lubić moje teksty. Jedni je czytają, inni nie. Jednych bawią, innych drażnią. Niektórzy uważają moje metafory za celne, inni za manierę. Wszystko to mieści się w normalnym życiu autora.
Ale od kilku dni obserwuję zabawne przesunięcie. Coraz mniej mówi się o tym, czy informacje podawane przeze mnie są prawdziwe, czy rozumowanie jest poprawne i czy wnioski mają podstawy. Coraz więcej natomiast o tym, jaki jestem, co sobie wyobrażam, czego chcę dowieść, po co piszę, dlaczego piszę, czego potrzebuję i dokąd rzekomo zmierzam.
Mam już psycholożkę. Mam specjalistów od mojego ego. Mam kontrolerów normy produkcyjnej. Teraz dostałem również konsultanta strategicznego, który ustalił, że zamierzam przejąć portal. Brakuje jeszcze dietetyka.
I właśnie dlatego Pański komentarz jest dla mnie ciekawszy jako zjawisko niż jako krytyka. Jeżeli znajdzie Pan w moim tekście fałszywy fakt, błędne źródło, nieuczciwie przytoczony cytat albo argument, który logicznie nie wytrzymuje próby — proszę wskazać. Naprawdę. To może być wartościowa rozmowa.
Jeżeli natomiast chce Pan nadal ustalać, co „Bielejewski chce udowodnić”, jaki ma stosunek do własnej wielkości i jaki tajny plan przygotował dla „Studia Opinii”, proszę kontynuować bez mojego udziału. Biografię wewnętrzną Krzysztofa Bielejewskiego pisze Pan bowiem z taką swobodą, że szkoda przeszkadzać autorowi.
Tylko może gdzieś drobnym drukiem: „Fabuła inspirowana prawdziwymi wydarzeniami”.
Moim zdaniem ten felieton wiele wyjaśnia. O ile dobrze pamietam Pan Krzysztof Bielejewski ogłosił separacje z SO bez orzekania winy i jego dalsza obecność na łamach SO zależy od moderatora portalu wiec niech tak zostanie.
Panie Profesorze, po chorobie wróciłem do czytania SO zaledwie dwa miesiące temu. W tym czasie pan Bielejewski już dwukrotnie ogłaszał separację. Widocznie „separacja” oznacza u tego autora gatunek literacki.
Szanowny Panie Krzysztofie,
zupełnie nie rozumiem celu tego felietonu. Od połowy października 2025 roku „Studio Opinii” publikuje Pańskie felietony i komentarze w liczbie wielokrotnie większej niż teksty większości pozostałych autorów. Są one na ogół wysoko oceniane przez głosujących, choć rzadko wywołują dłuższe dyskusje — zapewne także dlatego, że zanim czytelnik zdąży odnieść się do jednego tekstu, pojawia się następny, a czasem kilka następnych.
Nie jest też tajemnicą, że wielu autorów i stałych komentatorów od dawna przypuszczało, iż intensywnie korzysta Pan z generatywnej AI. W sierpniu sprawa została już wyraźnie podniesiona w dyskusji pod tekstem redakcyjnym Wojciecha Kuszko. Mimo to nic Panu nie zostało ograniczone: nadal publikuje Pan tak często jak wcześniej, a redakcja najwyraźniej akceptuje ten model pracy.
Po co więc ten felieton, który musiał zostać odczytany jako prowokacja? Z góry było wiadomo, że nie rozpocznie spokojnej rozmowy o granicach współautorstwa, weryfikacji źródeł i odpowiedzialności za tekst, lecz wywoła kolejną awanturę. I właśnie tak się stało: dyskusja szybko zeszła z kwestii warsztatu na wzajemne oskarżenia, oceny charakterów i popisy retoryczne. [
Nie kwestionuję Pańskiego prawa do korzystania z AI. Dzisiejszy autor może używać jej do c zego tylko potrzebuje, w granicach prawa i etyhki. AI nie jest jednak zwykłym atramentem, Wordem ani kalkulatorem: ingeruje w język, układ argumentów, dobór przykładów oraz ton wypowiedzi. Tym większa staje się odpowiedzialność autora za selekcję, prawdziwość informacji, styl i proporcje tekstu.
Nie rozumiem jednak, jaki interes miał Pan w ponownym rozpalaniu tej sprawy. Czy chciał Pan rzeczowo wyjaśnić czytelnikom swój warsztat? Jeśli tak, wystarczyłoby kilka spokojnych akapitów, bez wielokrotnie powtarzanej autoprezentacji i bez uprzedzającej polemiki z krytykami. Czy chciał Pan przekonać niezdecydowanych? Czy może raczej sprowokować przeciwników, aby raz jeszcze wystąpili przeciw Panu, a następnie móc pokazać ich jako zawistnych, nieżyczliwych lub nierozumiejących technologii?
To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Autor ma pełne prawo pisać często, korzystać z nowych narzędzi i bronić własnego stylu. Ma także prawo odpowiadać krytykom. Warto jednak czasem zapytać nie tylko: „czy wolno mi opublikować kolejny tekst?”, lecz także: „czy jego publikacja coś wyjaśni, coś wniesie i czy jest warta czasu czytelnika?”.
I jeszcze jedno pytanie, chyba najważniejsze: czy takie teksty oraz awantury, które po nich wybuchają, rzeczywiście przysparzają autorowi powagi, autorytetu, szacunku i życzliwości czytelników? Czy raczej wywołują skutki przeciwne — znużenie, niechęć oraz przekonanie, że kolejne publikacje służą głównie podtrzymywaniu sporu wokół samego autora?
Bo w epoce AI prawdziwą próbą autora nie jest już zdolność do wytworzenia kolejnych tekstów. Jest nią umiejętność wyboru, skracania, rezygnacji z riposty oraz odróżnienia głośności własnego głosu od rzeczywistego znaczenia wypowiedzi.
Szanowny Panie,
zacznę od odpowiedzi na pytanie, które powtarza Pan kilka razy: po co powstał ten felieton?
Otóż odpowiedź jest znacznie mniej tajemnicza, niż Pan przypuszcza.
Napisałem go na prośbę Wojciecha Kuszki.
Nie obudziłem się któregoś ranka z myślą: „Dawno nie było awantury, może opiszę ChatGPT”. Nie zastawiałem pułapki na krytyków, nie organizowałem prowokacji socjologicznej i nie zamierzałem sprawdzać, ilu przeciwników AI uda mi się wywabić z krzaków.
Redaktor Kuszko poprosił mnie o opisanie mojego sposobu pracy z AI. Uznałem, że skoro mam to zrobić, spróbuję napisać praktyczny tekst o warsztacie: jak szukam materiałów, jak weryfikuję informacje, jak używam AI do porządkowania, redagowania, generowania wariantów i jak decyduję, co zostaje, a co ląduje w koszu. Chciałem pokazać narzędzie w robocie, zamiast kolejny raz rozprawiać abstrakcyjnie o tym, czy sztuczna inteligencja jest zbawieniem ludzkości, końcem cywilizacji albo wyjątkowo inteligentnym kalkulatorem.
Krótko mówiąc: miał to być warsztat, nie kolejny traktat o metafizyce AI.
Zwłaszcza że wcześniej w „Studiu Opinii” zdarzały się już teksty o AI, które — mówiąc delikatnie — miały więcej teoretycznego zadęcia niż praktycznego pożytku. Ja chciałem pokazać, co naprawdę robię przy biurku, a nie rozważać przez sześć stron, czy maszyna posiada duszę.
Pan natomiast pyta, czy nie wystarczyłoby „kilka spokojnych akapitów”.
Oczywiście, że by wystarczyło. Właściwie wszystko można skrócić.
„Pan Tadeusz”: facet wraca na Litwę, jest spór o zamek, na końcu tańczą poloneza.
„Zbrodnia i kara”: student morduje lichwiarkę, potem ma wyrzuty sumienia.
Mój tekst: używam AI, ale odpowiadam za rezultat.
Trzy zdania. Sprawa załatwiona.
Tylko że wtedy nie byłby to felieton ani opis warsztatu, tylko instrukcja przyklejona do czajnika.
Zwraca Pan uwagę, że AI ingeruje w język, układ argumentów, dobór przykładów i ton wypowiedzi. Pełna zgoda. Właśnie dlatego opisałem proces bardziej szczegółowo. Gdybym napisał wyłącznie: „korzystam z AI, ale wszystko kontroluję”, natychmiast pojawiłoby się słuszne pytanie: jak?Kto wybiera temat? Kto szuka źródeł? Kto sprawdza fakty? Kto podejmuje decyzję, czy analogia jest dobra? Kto odrzuca propozycje? Kto odpowiada za ostateczne zdanie?
Właśnie temu poświęcony był tekst.
Może się Panu nie podobać jego długość, ton, liczba przykładów albo moje poczucie humoru. To są normalne uwagi krytyczne. Ale twierdzenie, że skoro tekst wywołał awanturę, to widocznie został napisany po to, żeby ją wywołać, jest logicznie dość osobliwe. Według tej zasady człowiek, który opisze szczepienia i zostanie zaatakowany przez antyszczepionkowców, musiał pisać tekst po to, żeby ich sprowokować.
Nie. Czasami publikuje się tekst, a ludzie po prostu zaczynają się awanturować. Bez pomocy autora.
Ma Pan również rację, że dyskusja bardzo szybko zeszła z AI na moją osobę. Tyle że trudno obciążać mnie odpowiedzialnością za to, że zamiast polemizować z opisanym przeze mnie sposobem pracy, niektórzy komentatorzy zaczęli analizować moją próżność, megalomanię, psychikę, potrzeby emocjonalne, częstotliwość publikowania i — jak się dowiedziałem — konieczność udzielenia mi pomocy.
Ja napisałem o narzędziu. Komentatorzy napisali o Bielejewskim. A teraz Pan pyta, dlaczego rozmowa zeszła z narzędzia na Bielejewskiego. Nie wiem. Może warto zapytać komentatorów.
Najbardziej jednak zastanawia mnie końcówka Pańskiego wpisu. Pyta Pan, czy moje teksty przysparzają mi „powagi, autorytetu, szacunku i życzliwości czytelników”.
Muszę Pana rozczarować. Nie publikuję po to, żeby gromadzić życzliwość jak punkty w programie lojalnościowym. Jeżeli ktoś mnie po przeczytaniu tekstu bardziej lubi — miło. Jeżeli mniej — przeżyję. Jeżeli uważa mnie za człowieka nieznośnego, ale tekst zmusił go do pomyślenia o problemie — też dobrze. Publicystyka nie jest konkursem na najbardziej sympatycznego pensjonariusza sanatorium. Piszę po to, żeby coś powiedzieć, coś zakwestionować, coś wyśmiać, czasem zirytować, a czasem komuś podsunąć narzędzie albo argument.
Natomiast zgadzam się z Panem w jednym: autor powinien umieć skracać, selekcjonować i czasem zrezygnować z riposty. Święta prawda. Tyle że czytam tę radę już w kolejnym obszernym komentarzu napisanym specjalnie po to, żeby przekonać mnie, iż ludzie powinni pisać mniej. Zaczynam podejrzewać, że zwięzłość ma w „Studiu Opinii” szczególny status: wszyscy jej ode mnie wymagają, ale niewielu chce dawać przykład własnym zachowaniem.
A więc jeszcze raz, najkrócej jak potrafię. Felieton powstał na prośbę Wojciecha Kuszki. Miał pokazać praktyczny warsztat pracy z AI. Nie miał nikogo prowokować.
To, że kilka osób po jego lekturze postanowiło urządzić mi publiczną terapię grupową, było już ich autonomicznym wkładem w rozwój sztucznej inteligencji.
Postać „wykładowcy Rotman School of Management” jest Pana autorskim pomysłem, czy wytworem AI?
Dosyć, dosyć, dosyć już tych kłótni i polemik o to czyje ma być na wierzchu. Ta „dyskusja” ośmiesza Studioopinii i jego ojców-założycieli, zamienia niezależny portal dziennikarski w magiel, w którym chodzi tylko o to by moje było na wierzchu.
Mamy czasy groźne, na świecie trwa wojna, albo gorąca albo hybrydowa, świat jest na krawędzi a na łamach Studia trwa spór o to, czy teksty pisane z użyciem AI to dzieło autora czy algorytmu – to jest bez sensu, dalsze kontynuowanie takich sporów oznacza definitywny koniec Studia.
Ludzie opamiętajcie się !
Tak, to prawda.
Stare powiedzenie: ” Każdy osioł lubi słuchać swego ryku!”, odnosi się do gadatliwości. Czy tylko…?
Autor tak bardzo lubi własny głos, że każdą krytykę traktuje jako okazję, by przemówić jeszcze dłużej.
Dziesięć dziennie
Dziesięć felietonów dziennie.
Dziesięć wyroków. Dziesięć trąb.
Klik, klik — i już są gotowe,
a autor nad nimi: „To ja. To mój sąd”.
Maszyna mu miele politykę,
kulturę, pogodę i bruk.
On tylko poprawia nazwisko,
czasem przecinek. I druk.
Nazajutrz pyta: „Co pisałem?”
„Nie pamiętam. Tyle się działo…”
Kolega: „Pamięta się przecież
to, co się samemu pisało”.
On prycha: „To drobiazg techniczny.
Treść była moja — w intencji”.
Lecz teksty lecą jak z procy,
a pamięć nie zna ich więcej.
Bo żeby pamiętać własne zdanie,
trzeba je najpierw powiedzieć.
Kto tylko naciska „opublikuj”,
ten może co najwyżej siedzieć.
Wiersz — w manierze Juliana Tuwima — stworzyła AI; ta sama, która pisze felietony…
Panie Krzystofie, czy Pan istnieje naprawdę?
Czy jest ktoś taki jak Krzysztof Bielejewski? Czy po drugiej stronie klawiatury jest człowiek
Przypuszczam, że ktoś taki jak Krzysztof Bielejewski, który wykłada w Toronto na Rotman School of Management nie istnieje.
Piszę jako wieloletnia czytelniczka „Studia Opinii”, z uwagą śledząca publikacje wielu autorów, a także dyskusje prowadzone przez czytelników w komentarzach. Impulsem do tej wypowiedzi stał się ten felieton pana Krzysztofa Bielejewskiego oraz towarzysząca mu obszerna polemika. Ważnym kontekstem są również wcześniejsze dyskusje, rozpoczęte tekstem redaktora Wojciecha Kuszko o felietonach i komentarzach pana Bielejewskiego.
Nie zamierzam rozstrzygać, kto w dotychczasowych sporach miał rację, ani występować w roli osobistego przeciwnika autora. Chcę jedynie podzielić się refleksjami, które od pewnego czasu narastają we mnie jako czytelniczce.
Nie kwestionuję prawa pana Bielejewskiego do pisania, częstego publikowania ani korzystania z narzędzi AI. Po blisko roku niemal codziennej obecności jego felietonów i komentarzy mam jednak nie tylko poczucie znużenia ich skalą i powtarzalnością, lecz także coraz silniejszy sprzeciw wobec sposobu, w jaki autor odnosi się do czytelników neutralnych, sceptycznych lub krytycznych.
Nie chodzi wyłącznie o długość tekstów. Chodzi o ich powtarzalną konstrukcję: jedna dość prosta myśl, a potem seria anegdot, porównań, dowcipów, ironii, pytań retorycznych, znanych rekwizytów i kolejnych puent. W rezultacie treści merytorycznej bywa niewiele, natomiast stylistycznego opakowania bardzo dużo. Czytelnik nie otrzymuje pogłębionej argumentacji, lecz następne warianty tej samej autoprezentacji.
W felietonie o AI można było rzeczowo wyjaśnić: do czego autor używa narzędzia, gdzie przebiega granica między pomocą a współtworzeniem tekstu, jak weryfikuje źródła, cytaty, daty i dane oraz jakie konkretne błędy AI udało mu się wykryć przed publikacją. Zamiast tego otrzymaliśmy długi monolog o tym, że autor ma gust, doświadczenie, poczucie humoru, kontrolę nad maszyną i — rzecz jasna — ostatnie słowo.
Nie jest to rozmowa z czytelnikami, lecz przemawianie do nich z pozycji człowieka przekonanego, że z góry wie lepiej, co jest ważne, śmieszne, mądre i warte uwagi. A gdy ktoś ma inne zdanie, autor nie odpowiada najpierw na jego argument, lecz usiłuje go ośmieszyć: sugeruje, że krytyk nie rozumie felietonu, chce zamienić go w komunikat PKP, instrukcję pralki lub trzy punkty PowerPointa, tropi „pralki”, nie umie czytać albo kieruje się niezrozumiałą niechęcią do technologii.
Najbardziej irytujące nie jest nawet to, że autor pisze długo, ale że w odpowiedziach na krytykę regularnie obraża inteligencję czytelników. Nie odpowiada na ich rzeczywiste argumenty, lecz na ich uproszczone, groteskowe karykatury — łatwe potem do wyśmiania.
Kiedy czytelnik pyta o nadmiar, powtarzalność i brak selekcji, autor odpowiada tak, jakby żądano zakazu pisania. Gdy ktoś wskazuje, że felieton rozwleka banalną tezę, autor zachowuje się, jakby krytyk domagał się likwidacji felietonu i zastąpienia go komunikatem PKP, instrukcją pralki lub trzema punktami PowerPointa. Kiedy pada pytanie o skalę publikacji jednego autora w portalu wielogłosowym, autor odpiera zarzut, którego nikt nie postawił: że rzekomo zamierza „przejąć Studio Opinii”.
To nie jest polemika. To jest retoryczna sztuczka: wkłada się rozmówcy w usta zdanie głupsze niż to, które rzeczywiście wypowiedział, następnie je ośmiesza, a potem ogłasza własne zwycięstwo. Taka metoda pozwala autorowi nie odpowiadać na pytania niewygodne, a jednocześnie udawać człowieka, który z łatwością rozprawia się z argumentami przeciwników.
Czytelnik szybko zauważa, że w tych odpowiedziach powraca jeden i ten sam układ ról. Autor jest zawsze tym, który ma szerszą wiedzę, większy dystans, lepsze poczucie humoru, większą kulturę argumentacji i lepsze rozeznanie w świecie. Krytyk zaś występuje jako ktoś zawistny, niedoinformowany, zacofany, niezdolny do zrozumienia felietonu albo owładnięty potrzebą tropienia „pralek”, „promptów” i domniemanych spisków autora.
W takim modelu rozmowy nie ma miejsca na partnerstwo. Czytelnik nie jest traktowany jako osoba zdolna do sformułowania odmiennego, może nawet trafnego sądu. Ma do wyboru tylko dwie role: może przyklasnąć autorowi albo zostać uznany za kogoś, kto nie rozumie tekstu, nie dorósł do technologii, cierpi na zawiść albo powinien po prostu przestać czytać.
Najbardziej niepokojący w tej całej sprawie nie jest jednak nawet nadmiar tekstów, ich rozwlekłość czy powtarzalność stylistyczna. Znacznie poważniejszy jest stosunek autora do czytelników, którzy mają odwagę nie zgodzić się z nim, zachować sceptycyzm albo po prostu zadać niewygodne pytanie.
W jego odpowiedziach zbyt często brakuje szacunku, taktu, delikatności i najzwyklejszej empatii. Czytelnik, który nie podziela zachwytu autora nad jego warsztatem, tempem publikacji czy sposobem wykorzystywania AI, nie jest traktowany jak partner rozmowy. Zostaje ustawiony jako ktoś niezdolny do zrozumienia tekstu, nieznający się na technologii, zacofany, zawistny, mało oczytany albo nieumiejący odróżnić narzędzia od autora.
To szczególnie przykre, ponieważ wielu czytelników „Studia Opinii” nie przychodzi tu po elementarne wyjaśnienia ani po lekcję nowoczesności. Czytelnicy SO to ludzie światli, świetnie wykształceni, doświadczeni zawodowo, oczytani, przyzwyczajeni do samodzielnego myślenia i do krytycznego odbioru tekstu. Właśnie dlatego wybierali i nadal wybierają ten portal: nie jako miejsce dla biernego konsumenta medialnego przekazu, lecz jako przestrzeń poważniejszej rozmowy, wymiany argumentów i sporów prowadzonych na poziomie.
Tym bardziej niepokoi sposób, forma i ton, którymi autor zwraca się do ludzi mających inne zdanie. Kiedy czytelnik pyta o nadmiar publikacji, otrzymuje sugestię, że chciałby zakazać autorowi pisania. Gdy wskazuje rozwlekłość, autor udaje, że krytyk oczekuje komunikatu PKP albo instrukcji obsługi pralki. Kiedy ktoś pyta o możliwą dominację jednego autora w portalu wielogłosowym, odpowiedź brzmi tak, jakby zarzucał on autorowi zamiar przejęcia całego „Studia Opinii”.
To nie jest tylko ostra ironia. Jest to sposób traktowania rozmówcy, który odbiera mu prawo do rzeczywistego stanowiska. Czytelnik najpierw wypowiada pogląd, potem autor przekształca go w wersję bardziej prymitywną, niedorzeczną lub śmieszną, a następnie tę wersję z satysfakcją ośmiesza. W ten sposób rozmowa przestaje być rozmową, ponieważ nie ma w niej odpowiedzi na to, co rzeczywiście zostało powiedziane.
Czytelnik odbiera to jako lekceważenie i niechęć. Nie otrzymuje sygnału: „Możemy się różnić, ale pańska uwaga jest warta namysłu”. Otrzymuje raczej komunikat: „Jeżeli się pan ze mną nie zgadza, to albo pan nie rozumie, albo nie nadąża, albo ma pan złą wolę; najlepiej więc niech pan nie czyta”. Taka postawa nie zachęca do dialogu. Ona go zamyka.
W konsekwencji autor sam tworzy wokół swoich tekstów sytuację, w której czytelnik ma do wyboru dwie role: potakiwać albo zostać potraktowany jako ktoś intelektualnie gorszy, technologicznie zacofany, niezdolny do rozumienia felietonu bądź kierujący się zawiścią. Jest to postawa nie tylko arogancka, lecz także bardzo nieostrożna wobec własnych odbiorców.
Rzecz nie kończy się jednak na sposobie traktowania czytelników pod własnymi felietonami. Autor bardzo często zamieszcza długie, rozwlekłe komentarze również pod tekstami innych autorów. Nie są to zawsze zwykłe głosy w dyskusji ani rzeczowe uzupełnienia. Nierzadko sprawiają wrażenie kolejnych miniaturowych felietonów: rozbudowanych, pełnych dygresji, analogii, ironii i puent, a zarazem pisanych z pozycji człowieka, który ma obowiązek objaśnić innym, czego nie zrozumieli, gdzie się pomylili i dlaczego ich sposób widzenia sprawy jest niewystarczający.
W takich wpisach autor innych tekstów bywa traktowany nie jak równorzędny uczestnik rozmowy, lecz jak czytelnik wymagający korekty. Można odnieść wrażenie, że nie tylko jego argumenty, lecz także warsztat, styl, sposób myślenia i zdolność formułowania sądów muszą zostać ocenione przez pana Bielejewskiego. Tymczasem odmienny pogląd nie jest dowodem niekompetencji, a inny styl pisania nie wymaga natychmiastowego pouczenia.
Autor ma naturalnie prawo komentować każdy opublikowany tekst. Nie ma jednak obowiązku wchodzić z rozbudowaną, mentorsko-ironiczną interwencją pod każdym materiałem, który nie odpowiada jego sposobowi myślenia. Zwłaszcza wtedy, gdy autor tekstu nie prosił o taki wykład, nie prowadził z panem Bielejewskim polemiki i nie otwierał sporu na temat własnych kompetencji czy warsztatu.
Powtarzanie tego samego schematu — długi komentarz, korekta cudzych poglądów, podważenie cudzej argumentacji, ironiczne ustawienie rozmówcy i końcowa puenta — zaczyna być odbierane jako uporczywe wchodzenie w cudzą przestrzeń autorską. Nie wzbogaca to dyskusji. Często przesuwa jej środek ciężkości z tekstu omawianego autora na kolejną obecność pana Bielejewskiego i jego sposób widzenia świata.
W wieloautorskim portalu potrzebna jest różnorodność głosów, temperamentów i stylów. Nie każdy autor musi pisać tak samo szybko, tak samo zjadliwie, tak samo obszernie ani posługiwać się tym samym zestawem figur retorycznych. Nie każdy musi też przyjmować sposób myślenia pana Bielejewskiego jako punkt odniesienia dla własnej pracy. Szacunek dla pluralizmu oznacza uznanie, że inni autorzy mają prawo być inni: pisać krócej lub dłużej, spokojniej lub ostrzej, bardziej analitycznie albo bardziej osobiście, a przede wszystkim mieć własne poglądy bez konieczności uzasadniania ich przed samozwańczym arbitrem.
Nie twierdzę, że każda obecność autora pod tekstami innych osób jest szkodliwa. Problemem staje się skala i powtarzalność tego zjawiska. Gdy jeden autor jest niemal stale obecny — poprzez własne felietony, rozbudowane odpowiedzi pod nimi, komentarze pod cudzymi tekstami i dalsze polemiki — zaczyna dominować nad przestrzenią, która z definicji powinna należeć do wielu osób.
Wtedy pojawia się ryzyko, że „Studio Opinii” przestanie być miejscem wielogłosowej rozmowy, a zacznie przypominać scenę, na której niezależnie od przedstawienia zawsze musi wystąpić ten sam komentator. Dla autorów może to być zniechęcające, dla komentatorów męczące, a dla czytelników — coraz bardziej nużące. Nie dlatego, że jeden człowiek ma prawo do głosu, lecz dlatego, że jego głos coraz częściej zagłusza możliwość spokojnego wybrzmienia głosów innych.
„Studio Opinii” przez lata przyciągało ludzi wymagających. Nie dlatego, że zawsze się ze sobą zgadzali, ale dlatego, że cenili poważną argumentację, niezależność sądu, intelektualną uczciwość i kulturę sporu. Czytelnik tego rodzaju nie oczekuje, że autor będzie przyjmował każdą krytykę z wdzięcznością. Oczekuje natomiast, że autor nie będzie go pouczał z pozycji wyższości, odmawiał mu inteligencji, wiedzy i dobrej woli oraz wmawiał mu poglądów, których nie wyraził.
Jest w tym szczególny paradoks. Z jednej strony „Studio Opinii” publikuje bardzo wiele tekstów pana Bielejewskiego, zapewniając mu szeroką i stałą obecność. Z drugiej strony sam autor coraz częściej sprawia wrażenie, jakby czytelnicy nie byli mu potrzebni jako rozmówcy, lecz jedynie jako publiczność dla kolejnych wystąpień. Gdy oklaskują — są mile widziani. Gdy pytają, wątpią lub krytykują — stają się przedmiotem pouczeń, drwin, uproszczeń i retorycznych popisów.
Nie jest to sposób budowania autorytetu. Autorytet nie polega na tym, że autor ma ostatnie słowo, potrafi napisać dłuższą ripostę lub zbudować efektowniejszą puentę. Powstaje z rzetelności, powściągliwości, zdolności do przyjęcia częściowej racji oraz szacunku dla człowieka po drugiej stronie ekranu.
Autor ma oczywiście prawo nie zgadzać się z czytelnikami. Nie ma jednak prawa traktować ich jak statystów w przedstawieniu o własnej intelektualnej przewadze. Jeśli chce pisać w miejscu, które utrzymuje się dzięki uwadze i zaufaniu odbiorców, powinien pamiętać, że czytelnik nie jest ani klientem do odprawienia, ani uczniem do napomnienia, ani wrogiem do ośmieszenia. Jest współuczestnikiem publicznej rozmowy.
Nie chodzi o to, by pan Bielejewski przestał pisać, zrezygnował z AI albo wyrzekł się własnego stylu. Chodzi o rzecz prostszą: o większą selekcję, krótsze formy tam, gdzie nie ma potrzeby rozwijania myśli, mniej reaktywnych odpowiedzi oraz więcej gotowości do przyjęcia, że krytyk może czasem mieć rację nawet wtedy, gdy wyraża ją niezgrabnie lub z ironią.
W epoce AI szczególną wartością nie jest już zdolność do wyprodukowania dowolnej liczby akapitów, felietonów i ripost. Wartością jest umiejętność wyboru: co napisać, co skreślić, czego nie publikować oraz kiedy nie odpowiadać. Taka samodyscyplina byłaby dla autora i dla czytelników znacznie cenniejsza niż kolejny wielostronicowy dowód, że autor potrafi mówić długo, błyskotliwie i przede wszystkim o sobie.
Szanowna Pani Katarzyno,
przeczytałem Pani komentarz uważnie, bo w przeciwieństwie do kilku wcześniejszych wpisów zawiera on przynajmniej pewną konstrukcję myślową. Jest długa, chwilami bardzo długa — co w tekście poświęconym zgubnym skutkom długiego pisania ma swój dyskretny urok — ale konstrukcja jest.
Spróbuję więc odpowiedzieć nie na Pani osobowość, charakter, potrzeby emocjonalne ani stosunek do świata. Odpowiem na to, co Pani napisała. Może właśnie tym drobnym gestem rozpoczniemy odnowę kultury dialogu.
Ma Pani rację w jednym: czasem piszę za długo. Zdarza mi się również polubić własną metaforę bardziej, niż powinienem, albo odpowiedzieć na zaczepkę wtedy, gdy rozsądniej byłoby pójść na spacer. Ironia bywa narzędziem precyzyjnym, ale można nią także przesadzić. To są uwagi, które potrafię przyjąć bez pomocy psychologa, komisji pojednawczej i zespołu interwencji kryzysowej.
Natomiast dalej zaczyna Pani budować postać autora, którego ja sam nie bardzo rozpoznaję.
Według Pani zawsze wiem lepiej, każdego krytyka sprowadzam do idioty, czytelników dzielę na wielbicieli i zacofanych przeciwników, cudze teksty traktuję jak materiał do poprawiania, a całe „Studio Opinii” stopniowo zmieniam w scenę własnego przedstawienia.
To efektowny portret. Tylko że efektowny portret nie staje się automatycznie prawdziwy dlatego, że został namalowany na sześciu stronach.
Zarzuca mi Pani przede wszystkim budowanie chochołów. Bardzo dobrze. To zarzut poważny i łatwy do sprawdzenia. Proszę więc zrobić rzecz elementarną: wskazać konkretną wypowiedź konkretnego rozmówcy, następnie moje konkretne zdanie, w którym ją zniekształciłem, i pokazać różnicę.
Wtedy można rozmawiać. Natomiast kilkakrotne napisanie, że „autor upraszcza stanowiska krytyków”, jest nadal twierdzeniem, a nie dowodem tego twierdzenia.
Co ciekawe, sama stosuje Pani wobec mnie metodę bardzo podobną do tej, którą mi zarzuca. Kiedy odpowiadam komuś, że fakt częstego publikowania nie dowodzi niskiej jakości tekstów, Pani przekłada to na tezę, jakobym twierdził, że krytyk „chce zakazać mi pisania”. Kiedy żartuję z postulatu ekstremalnego skracania felietonu, otrzymuję zarzut, że wmówiłem krytykom żądanie zamiany publicystyki w instrukcję pralki.
Nie. To były figury polemiczne. Można je uważać za dobre, złe, zużyte, przesadzone albo irytujące. Ale ironiczne doprowadzenie argumentu do absurdu jest jednym z najstarszych narzędzi polemiki, a nie fałszowaniem protokołu przesłuchania. Felietonista nie jest stenografem. Inaczej Kisiel musiałby przepraszać połowę PRL, a Urban trzy czwarte świata.
Drugi zarzut dotyczy mojej obecności pod tekstami innych autorów. Pisze Pani wręcz o „uporczywym wchodzeniu w cudzą przestrzeń autorską”. To określenie doprawdy niezwykłe. Komentarz zamieszczony pod publicznie opublikowanym tekstem jest „wchodzeniem w cudzą przestrzeń”? Po co zatem pod tekstami istnieje funkcja komentowania?
Rozumiem, że poprawny model dialogu wyglądałby tak: autor publikuje opinię, czytelnicy czytają, wzruszają się odpowiednio, a potem dyskretnie opuszczają salę, żeby przypadkiem nie naruszyć przestrzeni autorskiej. Otóż nie. Jeżeli ktoś publikuje tekst w portalu Studio Opinii, musi chyba dopuszczać możliwość pojawienia się… opinii. Także długiej. Także krytycznej. Także mojej.
Nie mam monopolu na komentowanie, ale również nie widzę powodu, dla którego miałbym sobie nakładać reglamentację wypowiedzi dlatego, że ktoś uznał moją obecność za nazbyt widoczną. Jeżeli komentuję tekst niesłusznie — proszę wykazać, gdzie nie mam racji. Jeżeli podaję błędny fakt — proszę go sprostować. Jeżeli argumentuję wadliwie — proszę rozebrać argument. To jest dyskusja. „Pan za często zabiera głos” jest natomiast uwagą administracyjną.
Trzeci zarzut, czyli moja rzekoma dominacja nad portalem, jest jeszcze prostszy. Nie jestem redaktorem „Studia Opinii”. Nie ustalam kolejności publikacji, nie określam liczby swoich tekstów na stronie i nie usuwam cudzych. Redakcja może opublikować mój tekst albo go odrzucić. Może opublikować dziesięciu innych autorów. To jej decyzja. Przypisywanie mi odpowiedzialności za „zagłuszanie wielogłosowości” dlatego, że redakcja publikuje moje teksty, jest trochę jak oskarżanie aktora o zniszczenie repertuaru teatru, ponieważ dyrektor często go obsadza. Może należałoby porozmawiać z dyrektorem.
Pisze Pani również, że czytelnicy „Studia Opinii” są ludźmi światłymi, świetnie wykształconymi, oczytanymi i przyzwyczajonymi do samodzielnego myślenia.
Znakomicie. Tym bardziej nie trzeba ich chronić przede mną. Światły, wykształcony i samodzielnie myślący człowiek bez trudu odróżni argument od żartu, ironię od twierdzenia naukowego, a kiepską ripostę od dobrej. Może także w dowolnym momencie zamknąć mój tekst. To zdumiewające, jak często ludzie przekonujący mnie o wysokiej inteligencji czytelników jednocześnie zachowują się tak, jakby czytelnik wymagał ochrony przed długim felietonem.
Najpoważniej traktuję natomiast uwagę o szacunku dla rozmówcy. Tutaj rzeczywiście warto pilnować granicy. Ostry spór nie powinien zamieniać się w pogardę, a satyra w obrażanie człowieka wyłącznie za to, że ma inne zdanie. Jeżeli gdzieś tę granicę przekroczyłem, konkretny przykład może mnie skłonić do korekty. Ale szacunek działa w obie strony. Czytelnik nie otrzymuje szczególnego immunitetu tylko dlatego, że jest czytelnikiem. Jeżeli pisze publicznie o mojej megalomanii, psychice, próżności, potrzebie samouwielbienia, braku samokontroli czy konieczności udzielenia mi pomocy, nie może następnie z godnością obrażonego ambasadora oznajmiać, że moja ironiczna odpowiedź naruszyła standardy dialogu.
Partnerstwo oznacza równość. Nie prawo krytyka do wymierzenia policzka i obowiązek autora do podziękowania za wartościowy feedback.
I jeszcze jedno. Pani komentarz kończy się znaną już radą, że największą wartością w epoce AI jest wiedzieć, co skreślić, czego nie publikować i kiedy nie odpowiadać. To może być bardzo dobra rada. Tylko zauważam pewien paradoks. Aby przekonać mnie do korzyści płynących ze skracania, selekcji i powstrzymywania się od odpowiedzi, napisała Pani jeden z najdłuższych komentarzy w całej tej dyskusji.
Nie mam o to pretensji. Przeciwnie. Właśnie skorzystała Pani z tego samego prawa, którego tak energicznie radzi mi Pani używać oszczędniej.
Niech więc każde z nas wybiera własną dawkę. Pani może pisać długo o tym, dlaczego ja piszę za długo. Ja mogę odpowiedzieć. Czytelnik może przeczytać. Albo nie. Tak właśnie wygląda pluralizm. I chyba jest to rozwiązanie zdrowsze niż ustanowienie komisji, która będzie decydowała, ile akapitów wolno obywatelowi opublikować, zanim zacznie „dominować przestrzeń”. Zwłaszcza że mam niepokojące przeczucie, iż do takiej komisji zgłosiłoby się bardzo wielu kandydatów.
Obawiam się (?), że redakcja i czytelnicy StudioOpinii mogą być ofiarami jakiegoś żartu/mistyfikacji/eksperymentu.
Być może ktoś taki jak Pan Krzysztof nie istnieje, a jest to wyłącznie jakaś „internetowa kreacja”.
Przeczytałem uważnie dyskusję pod tym felietonem o pisaniu z pomocą AI, w tym jego odpowiedź na mój wpis, i mam bardzo smutne refleksje. Podobne wnioski miałem po lekturze wcześniejszych sporów pod tekstami Wojciecha Kuszki, „Similis simili gaudet” i „Miało być inaczej, a nic się nie zmieniło!”.
Pan Bielejewski z zasady nie polemizuje z tym, co komentator rzeczywiście napisał. Nie znalazłem ani jednej takiej wypowiedzi. Najpierw argument przesuwa, zubaża lub przeinacza, potem zastępuje wygodną karykaturą, a w końcu efektownie ją ośmiesza. Z uwagi o nadmiarze, powtarzalności i rozwlekłości robi żądanie, by przestał pisać. Z pytania o miejsce jednego autora na portalu — teorię o „przejęciu” redakcji. Z krytyki publicznego stylu polemiki — „diagnozę psychologiczną”. To nie odpowiedzi, lecz klasyczne fantomy: najpierw wkłada rozmówcom w usta tezy, których nie wypowiedzieli, następnie bohatersko je obala. To nie pojedynczy przypadek, lecz stały wzór „polemiki” w wydaniu tego autora.
W ten sposób normalna krytyka zostaje przedstawiona jako dowód lęku przed AI, zazdrości, zacofania, nieuctwa albo złej woli. Autor nie rozmawia z realnym czytelnikiem, lecz z wyobrażonym wrogiem. A następnie ogłasza, że odpiera atak. To mechanizm uporczywie powtarzany w wielu jego odpowiedziach i zarazem najlepsze potwierdzenie zarzutów formułowanych przez jego krytyków.
Chodzi o minimum rzetelności polemicznej: odpowiadać na argumenty, a nie na własne wyobrażenia o intencjach rozmówcy. Czytelnicy poświęcają czas na lekturę obszernych felietonów i jeszcze obszerniejszych odpowiedzi; mają prawo oczekiwać, że ich konkretne uwagi o selekcji, powtórzeniach, manierze, jakości argumentacji i proporcjach zostaną potraktowane poważnie, a nie z góry uznane za napaść.
I tu ujawnia się rzecz najbardziej przykra: stosunek autora do czytelników. Grono czytelników „Studia Opinii” nie jest zbiorem — jak mawiał Nadredaktor Bogdan Miś — „proletariatu umysłowego”. To środowisko ludzi rozumnych, wykształconych i doświadczonych, z własnymi kompetencjami, pamięcią, lekturami i ukształtowanym smakiem. Nie są klientelą mediów społecznościowych ani grafomańskich blogów, którym wystarczą hałas, seryjna produkcja tekstów i kilka bon motów.
Przez prawie osiemnaście lat czytelnicy znajdowali tu treści ambitne, nietuzinkowe, intelektualnie uczciwe i językowo dopracowane. Tym bardziej razi, że pan Bielejewski tak często okazuje lekceważenie ich dobrej woli, wiedzy i rzeczywistych zainteresowań — przypisując im rzeczy, których nie powiedzieli ani nawet nie sugerowali.
Brakuje w jego odpowiedziach elementarnego szacunku, uznania i zwykłej empatii wobec czytelników. Ktoś poświęca czas, aby przeczytać tekst, zastanowić się nad nim i sformułować własny pogląd, a w zamian dostaje pouczenie, że nie zrozumiał, że kieruje się złą wolą albo że ma po prostu „nie czytać”. To jest permanentne lekceważenie odbiorcy.
Nie sposób przecież „nie czytać” autora, który wchodzi niemal pod każdy artykuł i w niemal każdą dyskusję ze swoimi pouczeniami, poczuciem wszechwiedzy i potrzebą ostatniego słowa. Autor tak obecny w przestrzeni wspólnej — często także tam, gdzie nikt go nie zapraszał ani jego komentarza nie oczekiwał — nie może potem odpowiadać czytelnikom: „Jak się nie podoba, to nie czytajcie”. Jeśli ktoś z taką lubością narzuca swoją obecność, musi również umieć przyjąć reakcję, pytanie i krytykę.
Sedno problemu nie leży w AI ani nawet w liczbie publikacji. Leży w myleniu wydajności z wartością, objętości z wagą myśli, retorycznej sprawności z rzetelnością oraz polemiki z publicznym unieważnianiem rozmówców. Autor ma prawo pisać, ile chce; redakcja ma prawo publikować, co uzna za stosowne. Ale portal wielogłosowy i rzeczowy nie powinien przeobrazić się w scenę dla monologów jednego autora oraz niekończącej się obrony przed domniemanymi atakami.
Nie każda krytyka jest napaścią. Nie każdy czytelnik jest wrogiem. Czasem najdojrzalszą odpowiedzią nie jest kolejna ironiczna puenta, lecz jedno proste zdanie: „Rozumiem argument. Zastanowię się.”
Panie Bielejewski,
dziękuję za długą i — jak zwykle — wyczerpującą odpowiedź. W istocie odpowiedział pan tylko na jedno z moich pytań: dlaczego napisał pan ten artykuł. Wyjaśnił pan, że powstał on na prośbę redaktora Wojciecha Kuszki. To istotna informacja, której wcześniej nie znałem i która rzeczowo wyjaśnia bezpośrednią genezę felietonu.
Pozostałe moje argumenty potraktował pan tak, jak traktuje pan argumenty wielu innych komentatorów: przeinaczył, skarykaturyzował, ośmieszył i wyszydził. Bóg zapłać i za to. Jako skromny żuczek jestem wdzięczny, że zaszczycił mnie pan własnym komentarzem, zamiast zwyczajnie mnie zignorować. Niestety, jestem żuczkiem upartym i zawziętym, więc nie opędzi się pan ode mnie po jednym „odporze”.
„Studio Opinii” to przede wszystkim czytelnicy. Bez nich nie byłoby komentatorów, autorów ani redaktora. Nie byłoby dla kogo pisać i dla kogo redagować. Portal tworzy niewielka, lecz realna wspólnota stałych autorów, czytelników i komentatorów, którzy znają się, czytają wzajemnie swoje teksty i rozmawiają o nich poza stroną internetową.
Ta studioopiniowa opinia publiczna już na przełomie listopada i grudnia ubiegłego roku widziała, że tempo i skala pańskich publikacji budzą uzasadnione pytania o udział AI w ich powstawaniu. Gdyby już wtedy, podczas debiutu, napisał pan otwarcie, że tworzy pan dużą część tych tekstów przy pomocy AI, i opublikował rzeczowy tekst warsztatowy, byłoby to uczciwe postawienie sprawy oraz pożyteczny wkład w rozmowę o nowym narzędziu.
Tymczasem przez wiele miesięcy zachowywał się pan tak, jakby AI nie miała z pańskimi felietonami nic wspólnego albo miała znaczenie zupełnie marginalne. Kiedy w sierpniu 2026 roku temat został publicznie nazwany w dyskusji pod tekstem Wojciecha Kuszki, również nie odpowiedział pan wprost i spokojnie. Archiwum zawiera pańskie ówczesne komentarze. Dopiero dziś dowiadujemy się, że warsztatowy artykuł powstał na prośbę redaktora.
Nie dziwi mnie zatem, że redaktor Kuszko, dbający o spoistość i atmosferę portalu, poprosił pana o wyjaśnienie sposobu pracy z AI. Dziwi mnie natomiast, że z takiej prośby uczynił pan felieton, który od początku był obliczony na polemikę: pełen uprzedzających ironii, karykatur domniemanych krytyków i demonstracji własnej przewagi nad ludźmi, którzy mają wątpliwości.
Nie twierdzę, że chciał pan wywołać awanturę wyłącznie dla samej awantury. Twierdzę coś prostszego: wiedział pan doskonale, że tekst napisany w takim tonie, po wcześniejszych sporach wokół AI i pańskiej nadobecności publikacyjnej, wywoła ostrą reakcję. Nie był to więc niewinny opis warsztatu, lecz tekst skonstruowany jako publiczna odpowiedź na dawne zarzuty i zaproszenie do kolejnej rundy sporu.
Pan bardzo chętnie przedstawia swoich krytyków jako ludzi, którzy albo nie rozumieją technologii, albo są zawistni, albo marzą o tym, by z felietonu zrobić instrukcję obsługi czajnika, komunikat PKP lub trzy slajdy PowerPointa. To pańska wygodna metoda: nie odpowiadać na rzeczywisty argument, lecz stworzyć jego wersję głupszą, niż została wypowiedziana, a następnie ją wyśmiać.
W odpowiedzi na prostą uwagę o potrzebie skracania i selekcji tekstu przywołuje pan Adama Mickiewicza oraz Dostojewskiego. Skala tej analogii — i pańskiej pewności, że właśnie w takim towarzystwie należy rozważać własną felietonistykę — przekracza wytrzymałość nawet tak skromnego żuczka jak ja.
Nikt nie domagał się od pana zakazu pisania, zakazu używania AI ani redukowania felietonów do trzech zdań. Pytania dotyczyły czegoś innego: nadmiaru, powtarzalności, selekcji, proporcji między stylem a treścią, a także szacunku dla czasu oraz inteligencji czytelnika.
Nie odpowiedział pan na te pytania. Zamiast tego rozbudował pan kolejną obronę własnego stanowiska, w której przedstawia się pan jako człowiek oświecony, nowoczesny i doskonale władający narzędziem, a sceptycznego czytelnika sprowadza do roli niedojrzałego, zacofanego lub niezdolnego do pojęcia oczywistości.
Ten konkretny felieton nie jest przede wszystkim o warsztacie. Jest o pańskiej przewadze nad krytykami. Uwagi warsztatowe są w nim potrzebne głównie jako dekoracja dla opowieści o autorze, który ma gust, doświadczenie, złośliwość, poczucie humoru, kontrolę nad maszyną i — co szczególnie istotne — ostatnie słowo.
Wpisy pani Sonii, MERIDIANA, pani Elizy, pana Anastazego, pani Ireny, pana Władysława, profesora Stanisława Obirka, pana Zbigniewa i moje nie były frontalnym atakiem. Większość zawierała konkretne argumenty dotyczące długości, powtarzalności, stylu, proporcji i sposobu używania AI. Pan, zamiast odpowiedzieć na ich istotę, przeinaczał je, wykrzywiał i karykaturyzował, aby później efektownie je wyszydzić i unieważnić.
Następnie ten zbiór krytycznych wypowiedzi ogłosił pan „awanturą”, „personalnym atakiem” oraz „publiczną terapią grupową”. To wygodna teatralna poza. Najpierw konstruuje pan zarzuty, których nikt nie postawił, potem przypisuje je krytykom, a następnie może wystąpić jako człowiek atakowany, niezrozumiany i pokrzywdzony. Jest to retorycznie zgrabne, ale merytorycznie fałszywe i polemicznie nieuczciwe.
Najpełniej własną postawę wobec czytelników opisał pan sam. Cytuję:
> „Muszę Pana rozczarować. Nie publikuję po to, żeby gromadzić życzliwość jak punkty w programie lojalnościowym. Jeżeli ktoś mnie po przeczytaniu tekstu bardziej lubi — miło. Jeżeli mniej — przeżyję. Jeżeli uważa mnie za człowieka nieznośnego, ale tekst zmusił go do pomyślenia o problemie — też dobrze. Publicystyka nie jest konkursem na najbardziej sympatycznego pensjonariusza sanatorium. Piszę po to, żeby coś powiedzieć, coś zakwestionować, coś wyśmiać, czasem zirytować, a czasem komuś podsunąć narzędzie albo argument”.
W tym fragmencie nie chodzi przecież o to, że autor nie musi zabiegać o sympatię. Chodzi o pańskie jawne lekceważenie czytelników i ich informacji zwrotnej. Czytelnicy poświęcają czas na lekturę pańskich tekstów, a część z nich także na sformułowanie opinii. Oczekują nie wdzięczności, lecz minimum szacunku, uczciwego odczytania ich argumentów i traktowania ich jak ludzi zdolnych do samodzielnego sądu.
Pańska deklaracja brzmi natomiast następująco: mogę powiedzieć, co chcę; mogę kogoś wyśmiać; mogę go zirytować; a jeśli uzna mnie za nieznośnego, to jego problem. Informację zwrotną od czytelników traktuje pan, sądząc po tej deklaracji, z demonstracyjnym lekceważeniem.
Dla mnie, skromnego żuczka, jest pan producentem masowej felietonistyki wspieranej przez AI: czasami zgrabnej językowo, lecz coraz częściej opartej na przewidywalnej konstrukcji, seryjnej autoprezentacji, ozdobnikach i bon motach zamiast ambitnej treści.
Od prawie roku z „Studia Opinii”, które było i nadal pozostaje forum ludzi myślących oraz miejscem wielogłosowej rozmowy, próbuje pan uczynić scenę własnej stałej obecności. Publikuje pan bardzo dużo, odpowiada przesadnie długo, nagminnie komentuje pan cudze teksty w formie marnej, szkolnej dydaktyki, a każdą krytykę wciąga pan w kolejną opowieść o sobie, swoich krytykach i własnej rzekomej przewadze.
Jeżeli ten proces będzie trwał, portal nie stanie się bogatszy. Stanie się bardziej jednostajny, hałaśliwy i mniej ciekawy dla ludzi szukających argumentów, różnorodności oraz rozmowy — a nie kolejnego odcinka niekończącego się felietonu pana Bielejewskiego o panu Bielejewskim.
@Krzysztof Bielejewski
„W Rotman School of Managemeny dzień o piętnastej popołudniu (…)
Lobby Rotmana jest miejscem w którym swiatowa gospodarka jest omawiana (…)
Usiadłem z filiżanką espresso, kiedy jeden z kolegów – profesor finansów (…)
-So, profesor, what is happening in Poland”
Tak Pan pisał w jednym z felietonów, o Pana pracy na Rotmanie wspominal Pan wielokrotnie.
Z ciekawości, co ma celu taka kreacja? W końcu legendę buduje się z jakiegoś powodu.
Co prawda piszę to jako anonimowy komentator, ale jeśli w StudioOpinii (gdzie publikowało i publikuje sporo dobrych, znanych autorów), czytam felieton i ktoś opisuje swoją pracę na „Rotman School of Management”, to wierzę, że to jest wiarygodna informacja.
.
Czasy takie, że pomimo coraz lepszych narzędzi, coraz chyba trudniej odróżnić prawdę od fałszu.
Więc po co?
.
A skoro to jest (prawdopodobnie) nieprawdą, co to jeszcze?
Skoro tekst p. Bielejewskiego powstał „na prośbę Wojciecha Kuszki”, redaktora SO, fakt ten odczytuję jako rzeczywisty koniec SO. Wydaje się, że wpuszczenie tego pana na łamy zasłużonego portalu, który współtworzyło grono wybitnych dziennikarzy i publicystów, było planową akcją, prowadzącą do jego wygaszenia.
Felieton, który miał być dowodem świadomego i odpowiedzialnego korzystania z AI, przerodził się w wieloodcinkowy pokaz autoprezentacji, retorycznego zadęcia i niezdolności do przyjęcia najprostszej krytyki. Zamiast obronić własny warsztat, autor sam wykazał, że AI może produkować mu coraz więcej słów, lecz nie potrafi dostarczyć mu ani umiaru, ani samokrytycyzmu, ani szacunku dla inteligencji czytelników.
@Krzysztof Bielejewski
Opisywał Pan w StudioOpinii osobiste z spotkania Dickiem Cheneyem.
Czy to tak samo jak z „wykładaniem na Rotman School of Management”?
.
Tak.z ciekawości. Skoro na „inteligenckim portalu” czytam osobiste(?) wspomnienia dotyczące historycznej postaci, to chciałbym to wiedzieć. Może inni czytelnicy też
.
A przecież, każdy tekst można opatrzyć przyciskiem w rodzaju „*opisywane wydarzenia nie miały miejsca”, albo coś w tym stylu.
Panie Kubo,
zaczyna Pan od pytania, a trzy komentarze później dochodzi do stwierdzenia: „skoro to jest (prawdopodobnie) nieprawdą, co jeszcze?”. Otóż „prawdopodobnie” nie jest dowodem. Jest insynuacją ubraną w ostrożny nawias. Jeżeli twierdzi Pan, że skłamałem na temat Rotman School of Management albo spotkania z Dickiem Cheneyem, proszę napisać to wprost i przedstawić podstawę takiego zarzutu. Dokument, źródło, konkretny fakt. Wtedy odpowiem na konkret.
Natomiast metoda: „wydaje mi się, że to nieprawda, więc ciekawe, co jeszcze jest nieprawdą” nie jest dociekliwością. To zwykłe rzucenie błotem i czekanie, czy coś zostanie.
Co więcej, dyskusja zaczęła się od AI, przeszła przez długość moich felietonów, mój charakter, megalomanię, częstotliwość publikacji, a teraz dotarliśmy do śledztwa biograficznego. Jeszcze kilka komentarzy i zapewne będę musiał przedstawić świadectwo chrztu oraz rachunki za espresso.
Jeżeli ma Pan zarzut — proszę go udowodnić. Jeżeli ma Pan tylko podejrzenie — proszę nie przedstawiać go jako półfaktu. Na „inteligenckim portalu” to chyba nie jest wymaganie wygórowane.
Może być?
Warto zwrócić uwagę na bardzo istotny szczegół językowy: Rotman napisał „having been hired at the Rotman School”, czyli dosłownie „był zatrudniony / został zatrudniony w Rotman School”. Odpowiedź nie brzmi: „nigdy nie prowadził u nas zajęć”, „nigdy nie wykładał”, „nigdy z nami nie współpracował” czy „nigdy nie był gościnnym wykładowcą”. Stwierdza konkretnie, że nie mają rekordu zatrudnienia osoby o tym nazwisku. To rozróżnienie może mieć znaczenie, zależnie od charakteru Twojej faktycznej współpracy z Rotman.
„Stwierdza konkretnie, że nie mają rekordu zatrudnienia osoby o tym nazwisku. To rozróżnienie może mieć znaczenie, zależnie od charakteru Twojej faktycznej współpracy z Rotman.”
.
Wkleiłem screena z prawdziwej korespondencji z Rotman School of Management, a Pan mi wyjeżdża z jakimś płodem AI, Panie Krzysztofie…
Kilka pytań do redakcji.
Panie Redaktorze, skoro — jak twierdzi autor — felieton o AI powstał na Pańską prośbę, warto byłoby poznać stanowisko redakcji w kilku sprawach:
– Jaki był cel tej prośby: praktyczne wyjaśnienie warsztatu czy rozpoczęcie debaty o AI?
– Czy cel został osiągnięty? Czego konkretnie można było dowiedzieć się z tekstu o rzetelnym korzystaniu z AI, poza deklaracją autora, że zachowuje nad narzędziem kontrolę?
– Czy można było przewidzieć, że tekst wywoła wielodniową polemikę skupioną nie na AI, lecz na osobie autora, jego stylu odpowiedzi i stosunku do krytycznych czytelników?
– Jak redakcja ocenia sposób odpowiadania autora na odmienne opinie? Gdzie przebiega granica między prawem do ostrej polemiki a protekcjonalnym traktowaniem czytelnika?
– Czy „Studio Opinii” ma zasady chroniące wielogłosowość portalu przed dominacją jednego autora — poprzez częstotliwość publikacji, rozbudowane odpowiedzi, nieustanne komentowanie innych autorów i niekończące się polemiki?
Jeszcze raz Panie Krzysztofie. Przedstawia się Pan jako znajomy Dicka Cheneya, wykładowca znanych uczelni.
Skoro na łamach StudioOpinii pisze/wspomina Pan osobiste kontakty z Dickiem Cheneyem, to chciałbym po prostu wiedzieć na ile to wiarygodne.
Pisza tutaj tacy autorzy, jak Ernest Skalski, czy Andrzej Koraszewski. To coś znaczy.
.
A wpisując w wyszukiwarkę „Krzysztof Bielejewski” można wpaść na przykład na wpisy Manueli Gretkowskiej. Zapewne wie Pan które.
.
A screen ze swojej korespondencji z Rotman Scool.of Management wrzuciłem wyżej.
rzeczywiście, pomyliłem sie. Powinno być „MOJEJ”
1.Nie pomylił się Pan, tylko wkleił odpowiedź z Gemini Groka, albo innego Claude.
2.Wiem co to znaczy „having been hired”.
3.W języku polskim, „rekord zatrudnienia osoby”, naprawdę można powiedzieć albo napisać inaczej
Panie Kubo, warto drążyć tę sprawę dalej. Uzasadnione wydaje się oczekiwanie większej transparentności: precyzyjnego wskazania wykształcenia, stopnia naukowego, nazw instytucji, charakteru pracy akademickiej oraz zakresu użycia AI przy tworzeniu publikacji. Szczególnego wyjaśnienia wymaga dawna formuła o doktoracie w „Business Harvard School” oraz deklaracja pracy na Uniwersytecie w Toronto — w dostępnych materiałach są to przede wszystkim informacje przypisywane samemu autorowi, a nie niezależnie potwierdzone dane.
Nie ma natomiast podstaw, by przesądzać, czy autor ukończył studia lub maturę, ani by na podstawie stylu jego wypowiedzi zarzucać mu oszustwo. Można jednak oczekiwać odpowiedzi na konkretne, weryfikowalne pytania:
– Jakie studia ukończył, w jakiej uczelni i w którym roku?
– Jaki dokładnie stopień naukowy posiada, kto go nadał i na podstawie jakiej rozprawy?
– Czym była wskazywana „Business Harvard School” — oficjalną nazwą instytucji, programem, skrótem czy błędnym zapisem?
– W jakim charakterze i w jakich latach był związany z Uniwersytetem w Toronto: etatowy pracownik, wykładowca kontraktowy, badacz, gość dydaktyczny czy uczestnik innej formy współpracy?
– Które elementy felietonów powstają samodzielnie, a które przy wsparciu AI: research, konspekt, pierwsza wersja, redakcja, korekta czy generowanie całych fragmentów?
– Jak autor weryfikuje fakty, cytaty, dane i przypisy proponowane przez modele językowe?
Rzetelna krytyka powinna trzymać się właśnie tych pytań. Jeżeli deklaracje pozostaną nieprecyzyjne albo nie będzie można ich zweryfikować, będzie to uzasadniało dalszą ostrożność wobec autoprezentacji autora.
Mnie na tym nie zależy.
Jak pisałem – chodzi o to, że kiedy na portalu, który był miejscem, gdzie publikowało wielu znakomitych autorów, czytam felieton, w którym autor pisze np.: „wykładałem na uczelni….”, nie zapalała mi się automatycznie czerwona lampka. Już wystarczająco fejków, wszędzie dookoła.
A tutaj, cholera, co chwilę „coś się nie klei”.
Od bardzo dawna u tego autora można obserwować praktykę, która musi budzić głębokie zaniepokojenie i zwyczajne zgorszenie. Nie chodzi o samo używanie AI, częstotliwość publikowania ani o prawo autora do ostrej polemiki. Chodzi o sposób, w jaki krytyczni czytelnicy są konsekwentnie traktowani: ich argumenty bywają przeinaczane, ich intencje przypisywane im bez podstaw, a ich dobra wola zastępowana wygodną figurą przeciwnika, którego można następnie bez trudu wyśmiać. Jest to brak elementarnej rzetelności polemicznej, ale również brak zwykłej ludzkiej przyzwoitości w traktowaniu drugiego człowieka.
Pan Bielejewski od miesięcy nie prowadzi polemiki z czytelnikami, lecz urządza pokaz retorycznej dominacji. Krytyczny komentarz nie jest dla niego argumentem do rozważenia, ale surowcem do przerobienia na karykaturę. Czytelnik pisze o nadmiarze — autor odpowiada, jakby żądano zakazu pisania. Kto pyta o wielogłosowość portalu — słyszy, że przypisuje mu zamiar „przejęcia” redakcji. Kto wskazuje na rozwlekłość i brak selekcji — zostaje sprowadzony do człowieka marzącego o komunikacie PKP, instrukcji pralki albo trzech slajdach PowerPointa. A potem przychodzi puenta, kpina i ogłoszenie zwycięstwa nad stanowiskiem, którego nikt nie wyraził.
To nie jest ostra publicystyka. To nie jest nawet temperament polemiczny. To systematyczna odmowa uznania, że po drugiej stronie ekranu może istnieć człowiek inteligentny, uważny i działający w dobrej wierze. W tym modelu czytelnik ma tylko dwie role: klaskać albo zostać uznanym za zawistnego, nierozumiejącego tekstu, niedorosłego do technologii czy niezdolnego do rozmowy. Taka praktyka jest zaprzeczeniem elementarnej rzetelności polemicznej i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.
Dotychczas autor nie zademonstrował innego sposobu prowadzenia rozmowy ani z czytelnikami, ani z komentatorami, ani z autorami „Studia Opinii”. Jego odpowiedzi konsekwentnie pokazują niezdolność albo niechęć do rzetelnej polemiki: zamiast uczciwie przedstawić cudzy argument i odpowiedzieć na jego istotę, przeinacza go, upraszcza, ośmiesza i zastępuje wygodną karykaturą. Nie jest to spór ludzi różniących się poglądami. Jest to praktyka eliminowania rozmówcy z rozmowy.
Trudno nie odnieść wrażenia, że autor albo nie rozumie, albo nie chce rozumieć podstawowych reguł obowiązujących w świecie nauki, kultury i uczciwego warsztatowo dziennikarstwa. W tych środowiskach rzetelność polemiczna nie jest ozdobą ani dowolnym dodatkiem do stylu. Jest warunkiem elementarnej akceptacji. Trzeba umieć wiernie odtworzyć stanowisko oponenta, odróżnić argument od osoby, przyjąć możliwość własnego błędu i odpowiedzieć na sedno sprawy, a nie na jego karykaturę. Kto nie chce lub nie potrafi spełniać tych minimalnych wymogów, nie buduje autorytetu ani debaty — po prostu nie ma tam czego szukać.
„Studio Opinii” nie jest prywatnym blogiem jednego autora ani sceną, na której każda cudza uwaga ma służyć jako wstęp do kolejnego monologu. Jest wspólną przestrzenią autorów, komentatorów i czytelników. Jeśli redakcja nadal będzie tolerować przejmowanie kolejnych dyskusji przez wieloakapitowe riposty, deformujące sens cudzych wypowiedzi i ustawiające krytyków w roli intelektualnie gorszych, portal nie zostanie zniszczony przez krytykę. Zostanie wyjałowiony przez brak rozmowy.
Czytelnicy, komentatorzy i wreszcie autorzy nie odejdą dlatego, że ktoś pisze ostro, polemizuje bezkompromisowo albo broni własnego zdania. Odejdą wówczas, gdy uznają, że ich czas, argumenty, doświadczenie i dobra wola nie mają żadnej wartości; gdy każda krytyczna uwaga zostanie z góry uznana za atak, zawiść, nieuctwo albo niezdolność do zrozumienia tekstu; gdy rozmowa będzie możliwa wyłącznie pod warunkiem zaakceptowania przewagi jednego autora. Portal opinii przestaje istnieć nie wtedy, gdy pojawia się spór, lecz wtedy, gdy spór zostaje zastąpiony przez monolog, a jego uczestnicy mają do wyboru tylko oklaski albo milczenie.
Mili Państwo,
myślę, że zdołam wszystkich pogodzić („zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”, jak powiada Klasyk).
Wszystko już było. Dawno, dawno temu, żył sobie w Wiedniu niejaki pan Karl Kraus (1874–1936). Trudnił się głównie dziennikarstwem i wydawał pismo zatytułowane „Die Fackel” („Pochodnia” – ta „Pochodnia w uchu” Canettiego to właśnie trochę stąd). Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, bo dużo ludzi wydawało i wydaje różne pisma, ale pan Kraus wyróżniał się tym, że prawie wszystkie teksty do owego periodyku pisał sam. Wiadomo: Jeśli chcesz, by coś było zrobione porządnie, zrób to sam. A natchnienie go nie zawodziło. „Pochodnia” ukazywała się – z krótkimi przerwami – w latach 1899–1936, i to czasem w numerach podwójnych i potrójnych, bo w pojedynczym pan Kraus nie był w stanie pomieścić wszystkich myśli produkowanych przez jego mózg. Gdy mu się zmarło (kto wie, czy nie z przepracowania), okazało się, że do 922 numerów pisma zaczernił grubo ponad 20 000 stronic.
Niemcy i w ogóle autorzy niemieckojęzyczni (nasz pan Kraus był austriackim Żydem) tak jakoś mają. Lubią pisać. Schopenhauer naśmiewał się ponoć ze swojej mamusi, bardzo wówczas popularnej pisarki, że tego samego dnia, w którym kończyła jedną powieść, zaczynała już następną. „Bednarzu, szykuj mi kałamarz”, wołał Jean Paul Richter, na którego dzieła zebrane też chyba trzeba by dwumetrowej półki. Stąd się chyba wzięło złośliwe niemieckie powiedzonko, wymyślone albo spopularyzowane przez Georga Christopha Lichtenberga: „Er kann die Tinte nicht halten”. Każcie je sobie przetłumaczyć SI, ale uprzedzam, będzie trochę konfabulować, sens tego skrzydlatego słowa jest zwykle nieco inny, znacznie zabawniejszy i bardziej dosadny.
Trzeba tu dodać, że pan Kraus nie miał do dyspozycji komputera i Sztucznej Inteligencji, lecz jedynie własną, która niestety czasem go zawodziła – zdarzało mu się wypisywać okrutne goopstwa – zwłaszcza na temat bliźnich, których z jakichś powodów nie darzył sympatią.
Podejrzewam, że nasz Ulubiony Felietonista będzie się musiał jeszcze trochę napracować, by choćby tylko wyrównać rekord pana Krausa. Ale nie traćmy nadziei. I trzymajmy kciuki.
„Główną troską nie jest to, co inni mówią o moich felietonach, tylko czy mam temat do następnego. Dopóki nie mam tematu następnego felietonu, dopóty jestem niespokojny. Nie mam czasu dla wnuków, nie idę w gości, nie zapraszam nikogo do domu. Dopiero kiedy mam temat, pomysł — wtedy jestem spokojny.”
Daniel Passent, 2011.
Tak niedawno, a tak dawno.
Wszyscy macie rację ale za dużo tu takich dyskusji. Natrętnych trolli czy zaburzonych egocentryków po prostu się blokuje. No i oczywiście wcześniej Redakcja powinna wiedzieć, kogo dopuszcza na swoje łamy, na jakich uczelniach ta osoba wykłada itd.