22.10.2026
Rozgorzała narodowa dyskusja nad „Lalką” Bolesława Prusa i najnowszymi ekranizacjami tej powieści.
Dla przypomnienia: chodzi o film „Lalka” w reżyserii Macieja Kawalskiego, który wszedł do polskich kin w październiku oraz serial wyprodukowany przez Netflix w reżyserii Pawła Maślony, a włączonego do dystrybucji mniej więcej w tym samym czasie. Zdarzało się więc, że niektórzy zapoznawali się z tymi wersjami w różniej kolejności, najpierw film a później serial, bądź zgoła odwrotnie. Z kronikarskiego obowiązku przypomnieć muszę, że mieliśmy już kiedyś zarówno wersję kinową (1968) jak i telewizyjną (1973) Lalki, obie bardzo dobrze odbierane i oceniane wówczas. Dyskusja, o której wspomniałem na wstępie, koncentrowała się głównie wokół takich zagadnień jak zgodność z powieścią, oddanie realiów epoki wraz, rzecz prosta, z nierozerwalną wiarygodnością i autentycznością postaci. Postaci zakorzenionych głęboko w polskiej kulturze i wręcz emblematycznych, bo Wokulski, Łęcka, Rzecki, Starski czy baronowa Krzeszowska i wiele, wiele innych, to bodaj kanon naszych narodowych literackich archetypów. I muszę przyznać, że tych ocen i opinii porównawczych pojawiła się niezliczona ilość, bardzo dużo i bardzo różnych, nie tylko w prasie i mediach społecznościowych, ale także w towarzyskich rozmowach, gdzie zagorzałych fanów jednej bądź drugiej ekranizacji było mniej więcej po równo.
Postanowiłem przygotować się do tematu porządnie i starannie, z biblioteki wypożyczyłem książkę, typowe wydanie lektury szkolnej, z wyjaśnieniami, komentarzami, a nawet dość szczegółowym streszczeniem, żeby mieć pod ręką pierwowzór. Nie żebym był absolutnym orędownikiem wiernych adaptacji i odmawiał twórcom filmowym prawa do swobodniejszego podejścia do literatury i z tego czynił kryterium wartości uzyskanego dzieła, raczej po to, by móc obserwować różnice w samym podejściu do powieści. W pierwszym momencie zwyciężyło jednak „słodkie lenistwo”, a może niecierpliwość do jak najszybszego „pójścia do kina” – w każdym razie zadowoliłem się odświeżeniem pamięci i przekartkowałem streszczenie. No i zaczął się w mojej głowie kręcić kalejdoskop historyjek o podobnej kanwie miłości bolesnej, nieodwzajemnionej, ślepej, beznadziejnej i w końcu tragicznej. Od „Straconych złudzeń” Balzaka, „Idioty” Dostojewskiego i „Anny Kareniny” Tołstoja, przez „Przeminęło z wiatrem Mitchell, „Sagę rodu Forsyte’ów” Galsworhy’ego, „Na Wschód od Edenu” Stainbecka, „Wielkiego Gatsby’ego” Fitzgeralda, na – w nieco w innym tonie acz tym samym nurcie się sytuującej – „Lolicie” Nabokova kończąc. W kinie usiadłem więc obudowany takimi rozmyślaniami, nie do końca śledząc przebieg samej fabuły, a bardziej koncentrując się na materii stricte filmowej, pracy kamery, montażu i szczegółów scenograficznych oraz kostiumów, ścieżki dźwiękowej i oczywiście kreacji aktorskich. Trzeba powiedzieć uczciwie, że film zrealizowany jest z dużym rozmachem i z dbałością o detale zwłaszcza w oddawaniu epoki realiów Warszawy końca XIX wieku, ulic, ówczesnych ubiorów i kolorytu. Film posiada swoją rytmikę narracji , tempo i poetykę kamery ze zbliżeniami planem szerszym i budowaniem napięć za pośrednictwem obrazów i odpowiedniego montażu. Przejścia od bardzo dynamicznych i prowadzonych w żywym tempie sekwencji do stosowanych z wyczuciem spowolnień akcji świadczą, iż twórcy biorą pod uwagę i wrażliwość widza i jego zdolności percepcyjne. Brawo! Bez zarzutu funkcjonuje także ścieżka dźwiękowa budowana na muzyce epoki. Mamy też w tym filmie szereg doskonałych ról interpretowanych przez plejadę wykonawczyń i wykonawców iście gwiazdorską. Niestety, zdarza się, że w tych interpretacjach obok fantastycznych popisów aktorskich i z najwyższym kunsztem odegranych całych scen, zderzamy się z poprowadzeniem postaci w sposób uproszczony, szablonowy i w konsekwencji nieszczery. Przypadki to nieliczne, ale jednak… W tej właśnie warstwie, pracy z aktorem, brakuje mi rzeczywistej i autorskiej obecności reżysera, jego piętna na kształcie postaci filmowych. Jakby ci wszyscy odtwórcy ról pierwszo i drugoplanowych – znakomici i wybitni – sami sobie wymyślali i realizowali koncepcje dla odgrywanych przez siebie postaci. To, że nawet najwybitniejszy, genialny aktor może a nawet powinien zostać wzbogacony reżyserską podpowiedzią, wiedzą właśnie ci najwybitniejsi, którzy mieli szczęście pracować z takimi mistrzami polskiego kina jak Wajda, Zanussi, Has czy nawet Pasikowski. Dokumentują to także liczne anegdoty z planów filmowych, opowiadające o tym w jaki sposób „reżyserska ręka” ingerowała w grę aktora, czasem brutalną reprymendą, niekiedy łagodną perswazją, a nierzadko nawet podstępem. W filmie Kawalskiego oparto się li tylko na wyśmienitym castingu, zakładając – w przeważającej większości słusznie – że sam się on obroni. Doświadczamy więc, jak już wcześniej wspominałem, obok scen genialnych i wirtuozerskich, także ujęcia dużo gorsze, nie w pełni wykorzystujące potencjał odtwórcy. Ale nie będę się pastwił, być może jestem zbyt wymagający… Nie będę też dokonywać rankingu ról, zaznaczę jedynie, że zdecydowana większość, a może nawet wszystkie, są na najwyższym filmowym poziomie. Jednak zrobię wyjątek: Interpretowana przez Marka Kondrata postać Rzeckiego to majstersztyk i tzw. „palce lizać”, zaś Łęcki w wykonaniu Andrzeja Seweryna balsam dla oczu i uszu i czysta poezja! Dłonie same składają się do oklasków. Konkludując z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że film jest bardzo dobry i gorąco polecam.
Po powrocie z kina, w kolejnych kilku dniach obejrzałem sześcioodcinkowy serial „Lalka” i tak naprawdę nie wiem, co o nim napisać, żeby nie wyrządzić krzywdy, bo przecież nie jest też tak, że zupełnie mi się nie podobał. Bardzo luźne podejście do pierwowzoru zupełnie mi nie przeszkadzało, natomiast ponad moje siły były płytkość wgłębiania się psychologiczną prawdę postaci, w treść, niechlujstwo w radzeniu sobie z planem filmowym, zaś liczba uproszczeń prowadzących często do karykatury naprawdę była uciążliwa. Rozumiem, że ograniczony budżet nie pozwalał z taką swobodą zadbać o wszystkie szczegóły produkcji, ale tak naprawdę to nie usprawiedliwia pokazywania niezdarnego np. wielkiego balu w jakimś kameralnym ujęciu. Za to prowadzący ku zaskakującemu zakończeniu odcinek ostatni, przekonał mnie, że w gruncie rzeczy dlaczego nie? Każdy zasługuje na swoją „Lalkę”. I ma prawo takiej oczekiwać. Podobnie jak i twórcy mają pełne prawo do zaspokajania tych drzemiących w każdym odbiorcy kultury potrzeb. Kogóż nie irytował do szaleństwa szamocący się bez opamiętania i kompletnie zaślepiony miłością Wokulski. Mnie samego tak, owszem zawsze irytował. A musi taki być? No niekoniecznie. Więcej na temat serialu nie powiem ani słówka, bo w gruncie rzeczy wcale nie żałuję, że obejrzałem to po pierwsze, a po drugie nie chciałbym zdradzać zbytnio fabuły tej wariacji na kanwie „Lalki”, bo tak chyba należałoby nazwać związek serialu z powieścią.
Zastanawiałem się czy pisać tu o moim kolejnym i ostatnim już doświadczeniu z „Lalką” tej jesieni, bo pewnie narażę się wielu znawcom literatury, ale w końcu uznałem, ze tak. Otóż na koniec sięgnąłem raz jeszcze po książkę, tym razem wgryzając się w samą powieść. I ku mojej absolutnie autentycznej zgrozie skonstatowałem, że nie jestem w stanie jej czytać. Zawiłość opisów, dłużyzny w prowadzeniu narracji, słabe i przegadane dialogi, prosta, schematyczna, momentami prostacka psychologia postaci, to tylko podstawowe uwagi jakie mam do tej zasłużonej szkolnej lektury. Obrazoburcze? Trudno, proszę z tym zrobić, drogi czytelniku, co się żywnie podoba.
Marian Mahor
